platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum kategorii: Wynurzanie

Zanim zostałem dziennikarzem…

(Aż wstyd się przyznać.) Kiedyś próbowałem być poetą, pisarzem, krytykiem literackim, a nawet redaktorem czasopism literackich. Do dzisiaj na klastrach mojego dysku twardego (już nieco zakurzonych) zalega mnóstwo bajtów nieudanych początków powieści, wierszy czy wielce „wiekopomnych” szkiców. Nie ma się, czym chwalić.

Wirtualne „palenie” rękopisów, czyli po prostu opróżnianie kosza, wydaje mi się boleśniejsze niż zwykłe wrzucanie kartek do pieca. (Co dziwne, mojej żonie udało się skasować z Windowsa kosz. Ciekawe, gdzie trafił. Do metakosza?!) Na pozór wygląda niewinnie. Przejdę jednak do sedna. Bardzo lubię wszelkiej maści kolaże, sklejki, samplowanie, czyli po prostu Ctrl + C, Ctrl + V. Najlepiej na tym blogu wychodzi mi cytowanie. Zwykle od osób, które czytały moje opowiadania (z artykułami też tak bywało) słyszałem, że są przegadane. Że za dużo jest w nich szczegółów. Że niepotrzebnie pastwię się nad detalami. Że powinienem się leczyć. Święta racja.

Jak odzyskać kosz w Windowsie?

Fragment pierwszy (nigdy nieskończony tekst „Nie ma boga”): „Każdy chce mieć inny balkon, choć na chwilę odróżnić się od sąsiada. Wmówić sobie, że ma się droższą tapetę, drewniane meble, broń Boże, z jakiejś, parszywej okleiny i okna z PCV, takie z prawdziwego zdarzenia. Wieczorem, gdy jeszcze firanki nie pójdą w ruch, widać, że każdy ma podobne szafki w kuchni, lampy, a nawet pojemniki na makaron czy cukier. Rekordy popularności biją gruszkowe kredensy i wiśniowe szafy. Hitem są bordowe ściany.

Panele oczywiście w promocji

Wystarczą barwniki z marketu. Następne w kolejce są panele za 29,90 za metr. (…) I karaluchy. Są na każdym piętrze. Opanowały całe piony. (…) Podjeżdża dziewiętnastka. Jest pełna. Kierowca rusza. Drobne nogi uderzają w pląsy. Najpierw walca, później poloneza, a na zakręcie krótkiego, ale żwawego oberka. Ze sprzęgła na gaz i z powrotem. A potem kilka ozdobników: otwarcie drzwi, zerknięcie w lusterko, chwila skupienia i zamknięcie drzwi. Wygina majestatycznie dłonie tak, jakby do mnie machał. Oczko puszcza do lusterka. Trzewiki spokoju mu nie dają. Żabot uwiera. W drżącej dłoni krucha filiżanka. On sam filigranowy. Prawie przezroczysty. (…) – Pan wysiada? – pyta mnie starsza kobieta, która przytula się do moich pleców. – Tak – odpowiadam cicho. Chyba nie dosłyszała. Czuję jej wystające kości biodrowe, mdły zapach szminki i tanich perfum z rynku na Chełmińskiej. Jest urzędniczką. Sekretarką. Sklepową. Kasjerką. Zakłada nogę na nogę, nosi spódnicę za kolano i w siatce buty na zmianę. Czapki, jeśli nie musi, nie zdejmuje. Albo jest na emeryturze. W wolnych chwilach jeździ do hipermarketów i przebiera w przecenach. Przybiera na wadze.

Promocja na kurczaki. Jedyne...

Woli szynkę z błyszczącymi, tęczowymi nalotami niż świeże boczki, wątrobianki, łopatki, polędwice parzone i pieczone, a nawet salcesony czy mortadele. Za wszelką cenę pragnie dostać wędlinkę za 9,99 zł. Szyneczka, świeża bułeczka, masełko i jakiś serial. Potem jakaś krzyżówka, najlepiej jolka, bo jolki są dobre do snu. A piersi ma twarde. Przysuwa się nagle do mnie. Autobus hamuje. Wpada mi w ramiona. I znowu, choć kwestia należy do kierowcy, teraz my, kilka taktów – dwa kroki z oberka, kilka dźwięków mazurka, a na koniec polka. Matka Polka. Przyciska mnie do piersi”. Uff. Starczy.

Fragment drugi (nigdzie niewydanej powieści pod wieloma tytułami: „Maria”, „Na początku była rzeka”): „Zaczęło wiać. W mieście ruszało się wszystko. Nie kończyły się pielgrzymki papierków od cukierków, różnego kroju liści, zgubionych chustek, o których nikt już nie pamięta, pojedynczych włosów gubionych przez panny przy porannym rozczesywaniu. Nic już nie miało tej samej postaci, co wcześniej. Szyldy i okiennice zużywały się szybciej, nie wędrował już ulicami zapach świeżych bochenków chleba, ani kwiatów od nadgorliwych kwiaciarek, ani też krochmalonych prześcieradeł schnących na strychach. Ludzie też trochę przyspieszyli, jakby wiatr wszystkich do czegoś gonił. Nie wiadomo, skąd też pojawiły się przeciągi. Wprawiały w ruch mieszkania i wszystkie w nich rzeczy, które chroniły kamienice przed poderwaniem w niebo. Czas też jakby przyspieszył. Krótka wskazówka na ratuszowym zegarze nie nadążała za długą. Dzwony biły prawie nieustannie, kiszki niemal po pstryknięciu palcami wypełniały się mięsem, bochenki rosły w kilka sekund, dzieci od razu po urodzeniu mówiły: Mutti, Vatti, Oma i Opa”. Teraz znów zmiana nastroju.

Fragment trzeci (nigdzie niepublikowanego opowiadania „Szafot”): „- Ochojska to największa zdrajczyni Rzeczypospolitej – przygryza wargi Robert. – Okrada Polaków. Głodzi nas. Gdyby dawała nam to wszystko, co wywozi z kraju, to nie byłoby biedy, głodu i może nawet bezrobocia. (…) Po robocie wsiądziemy w tramwaj. Pojedziemy na Starówkę.  Jutro Ochojska ma spotkanie w Dworze Artusa. (…) W kuchni mam niewielką komórkę. W sam raz dla niej. (…) Za kierownicą mercedesa siedziała Ochojska. Samochód skręcił na bulwar, Janek szybko wgramolił się go trabanta, tym razem zapalił od razu. Na zakręcie ledwie się wyrobił. Mercedes leniwie skręcił w stronę mostu, Janek jechał tuż za nim. Powoli. (…) Nie miał wątpliwości, że stanie się to dzisiaj, tu i teraz. (…) Skręciła w Poznańską. No to zaczynamy: dodajesz trochę gazu. (…)

Trabant po tuningu

A masz! Skręcam w prawo, nawet włączam sygnalizator. Plastyk mojego trabanta nie łamie się i nie wygina. A na twojej twarzy widzę strach. Łapiesz za kierownicę i próbujesz ją utrzymać, patrzysz się na mnie i unosisz lewą rękę, jakbyś chciała mi coś pokazać. Błagać mnie o litość. Błagać zaraz będziesz mogła. Mercedesik się wygina, taka wielka maszyna, a nie może sobie poradzić z plastykowym tworem z NRD, wiem – oba są niemieckie, ale nikt nie przebije trabantów, chwała wam Automobil-Werk Zwickau. A masz! Drugi raz w nią pukam, coś zaczyna skrzypieć w moim trabanciku, ale ona ma gorzej, rozwaliłem jej lampy z przodu. (…) Epilog. Wersja pierwsza: Janina Ochojska budzi się zlana zimnym potem w swoim łóżku. Wersja druga: Janek zabiera Ochojską do domu i zamyka ją w komórce. Nad ranem Baśka znajduje ją i rozwścieczona zaczyna gotować obiad. Później zanosi jedzenie jeszcze nieprzytomnej Ochojskiej. Po tym jak Baśka zamyka drzwi na cztery zamki, do obiadu Ochojskiej dorywa się wycieńczona i głodzona przez cztery dni Agata Młynarska, którą Janek przywiózł dwa tygodnie temu z festynu w gminie Brzuze”. Kolejnych wersji nie przytaczam. Są niecenzuralne.

Fragment czwarty (opowiadanie pt. „Trędowisko”): „Cieknie mi ślina, kiedy patrzę na cielęce nerki. Już nawet czuję zapach dobrze wypieczonego mięsa, a na podniebieniu wyszukany smak delikatnie pachnącego moczu. Podjeżdżam rozklekotanym wózkiem do serów. Dwadzieścia deko edamskiego, bo najtańszy, jedenaście za kilogram. Kobieta nie słyszy. To przez ten czepek na głowie, który ma mnie chronić przed jej łupieżem i łojotokiem. Powtarzam, a ona wypowiada magiczne słowo „co”, podnosząc intonację tak, że rośnie mi ciśnienie. Dwadzieścia deko edamskiego i trzydzieści deko ogórków kiszonych. Nie ma ogórków, jest tylko kapusta kiszona. W dupie mam kapustę kiszoną. Kroi mi ser. Patrzy na kończący się kawałek sera, bojąc się chyba, że utnie sobie brudne paluchy. Na nerki mnie nie stać. (…) A ja naprawdę kocham zwierzęta. Lubię głaskać pod włos ząbki na wołowych i wieprzowych językach, a szczególnie ugniatanie orzechokształtnych ptasich żołądków. Znowu sześć bułek bladych jak gejsze. Chleb, jajka, mleko, mąka, jabłka z twardą skórką. Cena, kod do wbicia, suma, wysuwają się przegródki z pieniędzmi. Do zapłacenia dziesięć czterdzieści pięć”.

Fragment piąty (tekst bez tytułu): (…) niski głos mam zawsze nad ranem, gdy dzwonią do mnie, bo o tej porze zawsze ktoś dzwoni ze swoim magicznym dziękujemy, ale nie chcemy, może się jeszcze odezwiemy, a dlaczego tak wcześnie, kochany my już od siódmej rano grzejemy herbatkę, grzałki chodzą pełną parą, Stasia po bułki wyskoczy, Marysia dzieci do przedszkola odprowadzi, a Janka ogryza paznokcie, bo znowu jest w ciąży, wąsate godzille już od siódmej kawkę popijają, paznokcie malują, czapek z głów nie zdejmują przez cały dzień, piszą jednym palcem na klawiaturze, choć po dziesięć kursów każda skończyła i nawet dyplomy w domu mają, że Excela znają od podszewki, a jak coś nie daj Boże na ekranie się pojawi, dyskietkę odwrotnie włożą, pana Mietka wołają, informatyka i patrzą na jego owłosione ręce, sapiąc i przegryzając kanapki z boczkiem, a dyrektorzy testują kąt możliwego wygięcia swoich foteli z krowiej skóry, z Jyska na wyprzedaży po 199 zł, ćwiczą podpisy”.

Kiedy powstanie powieść o toruńskiej Czeczenii?

Ciąg dalszy pewnie nie nastąpi. (Czas więc na porządki i przywrócenie kosza, bo wielkiego pisarza to ze mnie nie będzie.)

Toruń w kilku odsłonach

Czy Anglik w Toruniu może się załapać na drugi papier toaletowy za 1 gr? Dlaczego okienka w toruńskim wydziale komunikacji otwartym do godz. 17 są już zamknięte o pół godziny wcześniej? I gdzie do cholery na Starówce dziecko może zrobić siusiu po godz. 18?

Scena nr 1

U nas na Rubinkowie to my Tesco mamy pod dostatkiem (źródło: mapy.google.pl)

Tesco przy ul. Rydygiera (nie powiem które, bo są dwa sklepy tej sieci przy Rydygiera). Godz. 20. Podchodzę do kasy. Kasjerka mnie szybko kasuje. Jakoś niezdarnie idzie mi pakowanie zakupów do plecaka, obserwuję więc kolejnego klienta. Wykłada szybko towary. Ruchy kasjerki są zgrabne. Bierze w rękę papier toaletowy i mówi cicho pod nosem: Proszę pana, dzisiaj mamy promocję, za drugi papier zapłaci pan tylko 1 gr.

Klient: – I don’t understand. Do you speak English?

Kasjerka: – Aha, to już nic.

Zacytujmy Wikipedię: „Tesco – największa brytyjska sieć hipermarketów, która ma swoje filie również w innych krajach”. Zupełnie nie mam żalu do pani kasjerki, że nie zna angielskiego. Szkoda mi tylko trochę tego Anglika, że nie dostał papieru za 1 gr. A tak poważnie: chętnie bym zaprosił prezesa Tesco do Torunia, aby na własne oczy obejrzał, jak wyglądają sklepy tej sieci w 777-letnim mieście. Jedna wielka prowizorka: łuszcząca się farba, odrapane ściany, skrzypiące drzwi, połamane płytki na podłogach i smutne kasjerki rysujące mangę w przerwie między jednym a drugim klientem.

Scena nr 2

Parking na pl. św. Katarzyny. Kwadrans po godz. 18. Środek tygodnia. Wybrałem się z rodziną na Starówkę. Córce zachciało się jednak siusiu. Wziąłem ją więc na ręce i pobiegłem czym prędzej do toalety w pobliżu kościoła garnizonowego. A tam kartka z niedbale wypisanym komunikatem: „Awaria toalety”. Lecę więc dalej.

A mogło się to skończyć gorzej? (źródło: mmlublin.pl)

A mogło się to skończyć gorzej? (źródło: mmlublin.pl)

Tchu mi brak. Przejście dla pieszych, cukiernia, postój taksówek. – Już blisko – mówię. – Tatusiu, już nie mogę – powtarza córka. Już jesteśmy, szalety w rogu Rynku Nowomiejskiego. Wybieram toaletę dla niepełnosprawnych, tę z przewijakiem dla niemowląt. Tam trzeba wrzucić złotówkę do automatu zamontowanego przy klamce. Na szczęście mam złotówkę. (To jakiś koszmar!) Złotówka nie wchodzi. Łapię za klamkę. Pukam, ale nikt się nie odzywa. Dobra, idziemy do męskiego (z damskich z córką mnie wypraszają). Naciskam klamkę. Zamknięte. (Co jest do cholery!) Niech będzie damski. (O żesz ty!) Tutaj też zamknięte.

Finał był szczęśliwy. W końcu znaleźliśmy toaletę, ale to nie był publiczny szalet. Nie zamierzam powtarzać tu regułek typu: „pl. św. Katarzyny to punkt, od którego wielu turystów rozpoczyna zwiedzanie toruńskiej Starówki. Jeśli ich dziecko złapie potrzeba i prędko nie znajdą toalety, to już nie wrócą do Torunia”. A może warto by po prostu opracować plan Starówki, na którym zostałyby umieszczone wszystkie miejsca, gdzie można załatwić pilną potrzebę. Mogłaby ona uwzględniać: klatki schodowe, gdzie nie ma domofonów, nieoświetlone podwórka, bramy, podjazdy, wnęki, itp. Propozycji jest wiele, np. mur przy ul. Zaszpitalnej, brama w pobliżu „Taniej Książki” przy Łaziennej, podwórko na ul. Szpitalnej koło NOT-u, plac podominikański.

Scena nr 3

W czwartek o godz. 16.15 zapragnąłem zapisać się w wydziale ewidencji i rejestracji na zarejestrowanie samochodu. Dzwonię więc najpierw do sekretariatu. Czekam dwie minuty, ale nikt nie podnosi słuchawki. Szukam więc innych numerów w miejskim BIP-ie. Są. Można się dodzwonić nawet do okienek. Wybieram jeden numer. Cisza. Drugi. Cisza. Wchodzę więc w zakładkę „Jak załatwić sprawę w Urzędzie?” Jest numer, gdzie można się zapisać na zarejestrowanie samochodu. Wybieram. Znów to samo. Zapisać można się telefonicznie lub osobiście.

Decyduję się więc na drugą opcję. Już z daleka widzę, jak sprzątaczka myje szybę w drzwiach wejściowych do wydziału. To zły znak. Ale nie poddaję się. Wchodzę. Pierwsze piętro i nadzieja, że wreszcie się uda. Ale tam już są wypastowane podłogi, a we wszystkich okienkach spuszczone żaluzje. Na szczęście jakaś pani wychodzi z pokoju. Może ona mnie zapisze. Pytam więc: – Proszę pani, czy można się jeszcze zapisać. Pani urzędniczka: – Już nie. Zapraszam jutro od godz. 7.30. Można zapisywać się również telefoniczne. Trzeba dzwonić pod końcówkę: 232.

W domu jeszcze raz sprawdziłem godziny, w jakich czynny jest wydział, bo może to ja się pomyliłem. A tam jak byk napisane: 7.30-17. Wiem, ciężkie jest życie petenta w tym kraju. Dlatego też nie będę komentował całej sytuacji. Ręce opadają.

Scena nr 4

Czy torunianie pokochają kupy? (źródło: torunjaksiepatrzy.pl)

Czy torunianie pokochają kupy? (źródło: torunjaksiepatrzy.pl)

Właśnie ruszyła kampania przeciw psim kupom. W najbliższych dniach „psia kupa” będzie odmieniana w Toruniu przez wszystkie przypadki. Najciekawsza w tym wszystkim była jednak konferencja prasowa otwierająca tę akcję. Synonimów „odchodów” było tam naprawdę pod dostatkiem np. „odzwierzęce nieczystości” (prezydent Michał Zaleski) albo „przysłowiowa kupa” (Mirosław Bartulewicz ze straży miejskiej). Urzędnikom jakoś nie przechodziło przez gardło słowo „kupa”. Oceniać akcji na razie nie będę. Niech rozpocznie się na dobre. Wątpliwości oczywiście mam bardzo wiele. Bo czy w kraju, w którym po wdepnięciu w psią kupę mówi się „to na szczęście”, można ludzi nauczyć wkładania gorących jeszcze odzwierzęcych nieczystości do torebek?

Działo się, oj działo!

Wiele się wydarzyło od ostatniego wpisu. Lista jest długa: prokuratorskie zarzuty dla urzędników dotyczące trasy mostowej, wypowiedzi premiera RP o moście, milczenie w tej sprawie prezydenta, kłótnia radnych o bilety, sylwestrowy wypadek Zaleskiego.

Zacznijmy od krótkiego podsumowania ub.r. Na szczęście mamy już go za sobą. Bo tak naprawdę to nie był dobry rok. 2009 miał być rokiem rozpoczęcia wielkich inwestycji. Łopaty jednak nie poszły w ruch. Co więcej, to był rok cięć i zaciskania pasa. Cięć oczywiście w wielu przypadkach groteskowych. Prezydent bowiem oszczędzał, na czym się dało: na obuwiu strażników miejskich, wodzie w szkolnych basenach czy oświetleniu, co chyba najbardziej irytowało torunian.

Most dla ludzi...

Most marudzi...

Wciąż nie ruszyła zapowiadana na jesień 2009 budowa mostu. Ociągają się również inwestorzy galerii handlowych: Solaris Center i Toruń Plaza. Z miejskich projektów w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego rozpoczęła się tylko przebudowa Szosy Chełmińskiej. (Na marginesie: sądzę, że marszałek powinien pogrozić palcem władzom Torunia. Że za to odwlekanie inwestycji może odbierać odebrać nam pieniądze zapisane na liście projektów kluczowych.)

Na horyzoncie nie widać też kolejnych inwestycji. Jedna z branż, jaka ostatnio rozkwita, to bezdotykowe myjnie aut. To smutne. 2010 ma być lepszy. Większość wspomnianych inwestycji ma się rozpocząć. Trudno jednak nie wiązać tego z kampanią wyborczą. Czy to zwykły przypadek?

Tak halę widzą architekci z firm Dedeco i MD

Tak halę widzą architekci z firm Dedeco i MD. Jak dla mnie ten projekt jest wielką pomyłką. Na pierwszy rzut oka to kolejny klocek. No i ten wynik...

Patrząc na tegoroczne plany, aż chciałoby się, by wybory odbywały się co rok. Na jednym wdechu nie sposób wymienić inwestycji, jakie zaplanował prezydent na 2010: most, sala koncertowa, hala widowiskowo-sportowa, północna średnicówka, zadaszenie stadionu żużlowego, Centrum Nowoczesności, Toruński Inkubator Technologiczny, podstawówka na Bielawach, parking podziemny na pl. św. Katarzyny. Nie będzie miesiąca, by władze, nie wbiły symbolicznej łopaty.

Przez ostatnie dni głośno było o wypadku Michała Zaleskiego. Na forach roztrząsano, skąd prezydent wziął Opla Vectrę, skoro nie wpisał go do ostatniego oświadczenia majątkowego. Niektórzy w napięciu czekali na opinię biegłych, czy kraksa na Bema była kolizją, czy wypadkiem. A to wszystko przeplatały kolejne komunikaty o stanie zdrowia gospodarza Torunia.

Nic dodać, nic ująć

Nic dodać, nic ująć

W ubiegłym tygodniu zapytałem więc wiceprezydenta Zbigniewa Fiderewicza, czy w zastępstwie Michała Zaleskiego 18 stycznia spotka się z szefem resortu infrastruktury Cezarym Grabarczykiem i porozmawia z nim o zwiększeniu mostowej dotacji. Usłyszałem jednak, że nie będzie takiej potrzeby, bo prezydent zamierza spotkać się z ministrem. Kilka godzin później rzeczniczka Zaleskiego wysłała kolejny komunikat, w którym czytamy, że jej szef „odniósł poważne obrażenia układu kostnego i narządów ruchu”, a „leczenie szpitalne potrwa do końca tego miesiąca”.

Jak zatem będzie wyglądać to spotkanie? Czy minister odwiedzi Zaleskiego w szpitalnym łóżku lub świetlicy? Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się to z czasami PRL-u albo z jakimś filmem z tamtego okresu (bo w PRL-u przeżyłem niecałe dziewięć lat). Mam więcej pytań: Jaki charakter będzie miała ta rozmowa? Służbowy czy prywatny? Jeśli służbowy – bo przecież rozmowa o moście ma traktować – to, czy jest to zgodne z przepisami? Czy Zaleski może załatwiać kasę na most w szpitalu, będąc na zwolnieniu lekarskim L4? (Nie szukam dziury w całym. Zadaję tylko pytania.) A tak na marginesie: to w ogóle nie wyobrażam sobie rozmowy tych dwóch panów np. w szpitalu, kiedy jeden z nich leży bądź siedzi z nogą w gipsie. Groteska.

Połowa lat 80. Kombinezon, sanki...

Olsztyn. Połowa lat 80. Kombinezon, sanki...

A na koniec garść wspomnień. Ostatnie śnieżyce, zamiecie i zawieje kojarzą mi się z dzieciństwem. Sankami, które dzieliłem z bratem, kombinezonem, niewielką górką na osiedlu, śnieżkami, które nie chciały się lepić i bałwanami, które stały kilka tygodni.

The best of… Michał Zaleski ver. 2.0

Nie wiem, czy jest jeszcze ktoś w Toruniu, kto poza Michałem Zaleskim wie, o co chodzi z toruńskim mostem. Prezydent potrafi odmieniać już go przez wszystkie przypadki. Pewnie zasypiając, widzi przed oczami odlewane filary przeprawy.

Kadr z 18. urodzin Radia Maryja (źródło: TV Trwam)

Kadr z 18. urodzin Radia Maryja (źródło: TV Trwam)

(Tym razem będzie poważnie.) Jako torunianin mam już dość tego, co się dzieje wokół mostu. Rok temu, kiedy wianek polityków PO obwieścił wszem i wobec, że projekt trafi na listę podstawową z unijnym dofinansowaniem, mieszkańcom Torunia spadł kamień z serca. To „wydarzenie” zostało okrzyknięte wydarzeniem 2008 r. Pamiętam jak z budynku Urzędu Marszałkowskiego wraz z posłem Grzegorzem Karpińskim dzwoniłem do Radia Gra, aby ogłosić tę wiekopomną informację. Minął rok, a mostu nie ma. Ani metra. Nie wiem nawet, czy krzaczki i drzewka, które rosną na jego trasie są wykarczowane.

Najpierw była mowa o wiośnie. Potem jesieni. A teraz mówi się o lecie 2010 – jeśli oczywiście wszystko pójdzie zgodnie z planem. Taką mantrę co chwilę można usłyszeć z ust prezydenta. (Mam pisać dalej?) W poniedziałek Zaleski odwiedził minister rozwoju regionalnego. I co? I nic. Potwierdziło się to, co wiedzieliśmy od wielu miesięcy. Nie ma szans na zwiększenie dofinansowania z magicznej liczby 327 na 748 mln zł. Czy prezydent łudzi się, że w tym roku ktoś mu przyniesie most pod choinkę? Z każdej strony – od ministerstwa infrastruktury, posłów rządzących bądź opozycyjnych – słyszę, że nie ma szans na dodatkową kasę. A prezydent – jak twierdzi np. poseł Zbigniew Girzyński – udaje, że tego nie wie. Co więcej, Zaleski idzie krok dalej i wpisał taką wartość dofinansowania do planów budżetowych na przyszły rok, łudząc się, że dostaniemy 85 proc. (Głowa już mnie boli. Mam mostowy strumień świadomości.)

Dlaczego znów kampania wyborcza w mieście będzie krążyć wokół mostu? Mieliśmy już potyczkę Zaleskiego z Filarem i most w tle. Potem most pojawił się w kampanii do parlamentu, a ostatnio do europarlamentu. Mam już tego dość. Czy siedem lat nie wystarczy, aby wybudować most w Toruniu? Czy prezydent czeka z wbiciem pierwszej łopaty na wybory? Czy inwestycje – średnicówka, sala koncertowa, inkubator technologiczny, centrum nowoczesności – są skrojone i specjalnie opóźnione, aby rozpoczęły się właśnie w 2010 r.? Mam nadzieję, że nie.

Jaki powinien być prezydent Torunia? Powinien słuchać i wsłuchiwać się w głosy mieszkańców, a co najważniejsze – dostrzegać ich przy planowaniu budżetu miasta. Nie powinien wdzięczyć się tylko do wybranych środowisk w TV Toruń i TV Trwam lub mówiąc wprost – do swojego elektoratu. Zamiast dróg, mostów, kilometrów, ton asfaltu, cegieł i zbrojeń powinien mówić o ludziach.

Jaki jest prezydent Zaleski? Łatwiej jest mu mówić o kilometrach dróg, metrach kwadratowych powierzchni oddanych do użytku niż o ludziach i ich potrzebach. Czy asfalt i beton załatwi wszystkie problemy? Wystarczy spojrzeć na Rynek Nowomiejski. To zmarnowana szansa i chyba najlepsza metafora rządów Zaleskiego. Kilka lat temu na nowo wybrukowano plac. Zniknęły obleśne, czerwone budy, gdzie można było kupić mydło i powidło. Dostaliśmy jednak pustkę, która bije po oczach. Pustkę, z którą nikt nie może sobie poradzić. Pustkę pod hasłem „rewitalizacja za unijne pieniądze”. Smutek. (Słownik synonimów podpowiada jeszcze: depresja, dno, dołek psychiczny, dół, ponurość, przygnębienie, zdołowanie, boleść, ból, opłakiwanie, rozpacz, żal, bieda, bolączka, nieszczęście, strapienie, troska, udręka, utrapienie, zgryzota, zmartwienie.)

Jak będzie wyglądać przyszły rok? Będzie taki jak najbliższe dni. Prezydent ma już kalendarz wypełniony spotkaniami opłatkowymi w całym mieście. (A tak na marginesie. Ostatnio byłem na stronie www Piotra Grzymowicza, prezydenta Olsztyna. Ciekaw jestem, kiedy prezydent Zaleski wpadnie na taki pomysł. Mógłbym zrobić sondę pod tym wpisem: Czy prezydent Zaleski odpowie na ten wpis? a) Tak. b) Nie! W życiu! c) Czy prezydent potrafi posługiwać się internetem? d) Nie wiem. Być może. f) Zrobi to za niego urzędnik.)

Toruń w tubie (Pilot serialu)

Oglądając filmy na You Tube podpisane tagiem „toruń”, ciekaw jestem, czy po takiej „promocji” ktoś zechciałby odwiedzić nasze miasto. Nie znajdziemy tam kłamstw, jakie  są w przewodnikach turystycznych. Miasto nie jest wyretuszowane. Ma liczne skazy, blizny.

Ma wiele twarzy. Jedną z najpopularniejszych jest twarz Cygana spacerującego po ul. Chełmińskiej. Ale podaruję sobie rozpisywanie się o tym panu. Kolejną jest Robert D., toruński hiphopowiec rapujący o Rubinkowie. Oto fragment jego dzieła:

YouTube Preview Image

„Dookoła mnie bloki. Nagle zachód słońca – zachwyciłem się widokiem. Rubinkowo I, II, III, tu się żyje, normalnie tu się żyje, jak wszędzie. (…) Idę dalej przed siebie i nic się nie dzieje – myślę, co to za miasto, w ogóle co ja tutaj robię. Podczas tego myślenia dostałem oświecenia. Jak mógł to, bym wyjechał stąd. Nic mnie tutaj nie trzyma”.

Jedna z najpopularniejszych toruńskich produkcji na You Tube, która była klikana już 548 tys. razy, przedstawia walkę uliczną dzieci z Bydgoskiego Przedmieścia. To dzieło bodajże studentów z Domu Studenckiego nr 3, którzy dopingują młodych. Czym byłby Toruń bez studentów i UMK? – Grudziądzem – odpowiadał pewien mój znajomy.

YouTube Preview Image

Rekordy – 44,8 tys. odsłon – bije też film z grupką uczniów, którzy podczas wycieczki do Torunia wdychają hel. Po prostu boki zrywać. Ubaw po pachy. Wielka heca.

YouTube Preview Image

Można też znaleźć ciekawostki np. papieża Jana Pawła II smaganego młotem wahadłem:

YouTube Preview Image

Jest też wiele filmów z życia nocnego Torunia, czyli wypraw po kebaby lub po prostu przed siebie, śpiewów pod średniowiecznymi murami, tańców i swawoli, Oszczędzę wam tych widoków. Toruń autami stoi. Co drugi film z Torunia przedstawia zjazd posiadaczy bmw lub innych dwuśladów. Ścigają się, palą gumę i tak w kółko. Mnie natomiast natchnął jeden z filmów nagranych na toruńskiej obwodnicy poligonowej. Właśnie tam wybiera się wielu kierowców, którym życie niemiłe. Na jednym z nich w głośnikach leci „It’s my life” Dr. Albana. Dzięki tej piosence ten film ma drugie dno.

YouTube Preview Image

(Czas na wynurzenia, czyli szczyptę banału.) Na pewno lepiej pamiętałbym moje analogowe dzieciństwo, gdybym miał wtedy komórkę, netbooka, smsy, mmsy, fotki z aparatów cyfrowych czy też dyktafon mały jak paznokieć u kciuka. Nie wyobrażam sobie jednak tego, że ten cały młodzieńczy bunt, meszek nad górną wargą i pierwsze podniety, mam nagrane jako avi, mp3, wav czy w innym równie tajemniczym formacie i te pliki są gdzieś w sieci. Jak to dobrze, że tamte czasy nie były cyfrowe. Bo internet pamięta. (Ile bym dał za to, by mieć stare hasła do moich starych skrzynek e-mail lub stron www.) Naprawdę. Jakiś czas temu grzebiąc gdzieś głęboko w pajęczynie stron, znalazłem swoje dawne teksty z ok. 1999 r. Nie wiem, jakim cudem przetrwały one na klastrach jakiegoś serwera. (Gdzieś tam w przestworzach sieci wciąż jest informacja, że wygrałem koszyk pełen smakołyków w jednej z toruńskich sieci sklepów spożywczych.) CDN

Miszmasz, gmatwanina, rozgardiasz…

Piątkowy wieczór. Poświata monitora na szybie. Za oknem 8 st. C. I szał przeglądania stron internetowych. Sznurek po sznurku. Tak naprawdę nie wiem, co mnie trzyma przy monitorze. Nałóg? Głód informacji, którego nie da się zaspokoić?

Jak się reklamuje Dziennik na Google...

Tak się reklamuje Dziennik na Google...

Informacja o śmierci Marka Edelmana ginie wśród tysiąca innych informacji, nagłówków, migających reklam. Pamiętam, jak 11 lat temu gdzieś z końca mieszkania mojej przyszłej żony usłyszałem, jak  mówią coś o Zbigniewie Herbercie w „Wiadomościach”. Poezja w telewizji? O tej porze? – zdziwiłem się. „Był”, „zrobił”, „napisał” – wszystko było w czasie przeszłym. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie.

A do internetowej żałoby jakoś nie mogę się przekonać. Do tych tematów dnia i czarno-białych fotografii. Czerwonych pasków. Wielkich liter. Naprawdę już nie mogę patrzeć na żółty pasek TVN 24. Bo ten kanał zmienia się w jeden żółty pasek. Dość sugestywnie opisał to niedawno Dariusz Kortko w „Wyborczej”. Czy śmierć Edelmana przyćmi choć na chwilę kolejne gorące doniesienia o aferze hazardowej, „Black Jacku”?

Czytam i przeglądam dalej. Choć ludzie jeszcze niewiele wiedzą o nowej Watergate, są już sondaże, czy premier powinien usunąć Chlebowskiego i Drzewieckiego. W serwisie plotkarskim „Gazety” można obejrzeć Pamelę Anderson bez makijażu. – Takiego syfu dawno nie widziałem – mówi na łamach lubelskiego dodatku „Wyborczej” mężczyzna, który skorzystał w usług PKP. I tutaj wciska się też Palikot: – Prezesi PKP to kłamcy.

Teraz Onet. „Państwo Chirac musieli się rozstać ze swoim pieskiem Sumo, który po opuszczeniu Pałacu Elizejskiego zaczął wykazywać zachowania agresywne i depresyjne do tego stopnia, że trzykrotnie ugryzł byłego prezydenta Francji”. Można też wziąć udział w sondzie: „Rusin czy Kręglicka? Która bardziej Ci się podoba?” Wybieram Kręglicką. Kolejna dawka informacji o Jacksonie. Tym razem o tym, że jednak był zdrowy i ważył 62 kilogramy. „Piosenkarz miał artretyzm w dolnej części kręgosłupa i niektórych palcach oraz łagodne zatory w tętnicach w nodze”.

Czy ktoś jeszcze pamięta burzę wokół Polańskiego? Ale ten świat goni. Co chwilę nowy breaking news na żółtym pasku. Jeden z tematów dnia w Wirtualnej Polsce: bielizna dla leworęcznych. Mogą już korzystać z portfeli, nożyczek czy temperówek.

„Są takie momenty w życiu każdego mężczyzny, w których najmniejsza nawet zwłoka może doprowadzić do tragedii. Sięganie lewą ręką do <praworęcznego> rozporka jest właśnie takim krytycznym momentem”.

A tą wiedzą z inowrocławskiego radia Gra pochwalę się przy najbliższej jeździe taksówką. W Rybitwach pod Inowrocławiem jedna z firm skupuje kasztany. 25 gr za kilogram. Co się z nich robi? Klej i maść na żylaki. Uwaga, zbieracze kasztanów! Cena skupu może jeszcze podskoczyć. Natomiast „Dziennik” przedstawia „Mapę męskiej rozkoszy”: „Najlepiej zataczaj opuszkiem palca kółeczka w tę i z powrotem, a następnie masuj to tajemnicze miejsce w górę i w dół”.

(A teraz chwila refleksji.) Każdego dnia do internetu trafiają stosy takich tekstów. Oczywiście, nie przeszkadza mi to. Internet od lat trzyma taki poziom, czy nam się to podoba, czy nie. Choć nie ukrywam, że czasami wolałbym mieć zainstalowaną blokadę na głupotę. Oszczędziłbym wiele czasu. Poszukiwanie ciekawych informacji w sieci to wciąż przedzieranie się przez dżunglę. Wiele rzeczy już mnie nie dziwi, nie brzydzi, nie odrzuca. Widziałem już naprawdę bardzo wiele. Najsmutniejsze jest to, że w tym wszystkim jest coraz mniej emocji. Że tak naprawdę najważniejsze jest kliknięcie i minuty spędzone na stronie. Jakość jest na dalszym planie. Nie chcę przez to powiedzieć, że internet jest „be”. On po prostu za bardzo wkracza w życie. Uzależnia. Po prostu: jak nie ma cię w sieci, to cię nie ma.

Mieszkać w Toruniu. Część druga. Starówka

Zacznijmy od banału. Toruńska Starówka ma wiele twarzy. Kilka z nich udało mi się poznać, gdy mieszkałem na niej na studiach.

Jedną z nich jest samochód dostawczy McDonald’s, który krzykami zaopatrzeniowców, sygnałem cofania, hukiem wózków i ich piszczącymi kółkami zwiastuje nadejście dnia. Kolejną jest czerwona twarz pijaka, który zrywa się o godz. 7 nad ranem, biegnie, ile tchu do nocnego na rogu Szerokiej i Łaziennej, żeby kupić wiśniówkę i za chwilę przepaść w bramie ze swoimi kolegami i najlepszą „koleżanką”. Później są tłumy ludzi, których ze swoich wnętrz wypluwają autobusy i tramwaje. (Skończmy z tą „poezją”.)

Gotyk na dotyk (źródło: otodom)

Gotyk na dotyk (źródło: otodom)

Mieszkanie na Starówce to wielka improwizacja. Klatka schodowa pierwszej kamienicy, w której mieszkałem, wyglądała jak w budynku do rozbiórki. Wszystkie kable, rury i rurki – pewnie, żeby nie naruszać zabytkowej tkanki, biegły po ścianach. Wchodząc na pierwsze piętro, trzeba było się pochylić, by nie uderzyć w „zwis”, z którego wystawały deski i trzcina. Przekraczając próg mieszkania, wchodziło się jednak do zupełnie innego świata. Kafelki w łazience, wykładziny, wertykale, terakota, białe ściany. Na suficie w przedpokoju była też jakaś belka z gwoździem. Podobno średniowieczna. Z XV w.

Kuchnia na Starówce wpisanej na listę UNESCO (źródło: otodom)

Kuchnia na Starówce wpisanej na listę UNESCO (źródło: otodom)

Odwiedziłem bardzo wiele mieszkań studenckich w Toruniu. Niemal na każdym kroku spotykałem się z prowizorką. Jedno z nich było ulokowane w suterenie. Do kąpieli trzeba było zagotować wodę w ogromnym garnku, a załatwiając potrzeby fizjologiczne, należało pamiętać, by zamknąć klapę i postawić na nią coś ciężkiego, żeby nie spotkać się z poczciwymi gryzoniami. Najgorzej było zimą. Łazienka nie była ogrzewana. Lokatorzy nalewali więc wrzątku do wanny. A w pomieszczeniu unosiła się para. Szło się przyzwyczaić.

Gotyk na dotyk 2009 (źródło: otodom)

Gotyk na dotyk 2009 (źródło: otodom)

Na drugim lub trzecim roku wylądowałem w kolejnym mieszkaniu na Starówce. Pierwsze wrażenie było bezcenne. Wchodzimy chyba czteroosobową grupką. Wszystko ładnie, pięknie. Okno do jednego z pokoików wychodzi na klatkę schodową. Oglądamy pokoje. Duże. Jasne. Nieczynne piece kaflowe. Ale klimat! W suficie w kuchni jest okno. Super! Jest też niewielki kibelek. I na koniec pytanie: Gdzie do cholery jest łazienka? – Ano, nie ma – odpowiedź właściciela kamienicy jest krótka. – Prysznic jest, ale w rogu kuchni. Można sobie firankę przez środek kuchni puścić. Dlatego to mieszkanie trochę tańsze jest. Mogę dorzucić kasę na farbę, gdybyście chcieli pomalować podłogi – mówi właściciel.

W mieszkaniach studenckich jest luzik (źródło: otodom)

W mieszkaniach studenckich jest luzik (źródło: otodom)

Oczywiście wzięliśmy to mieszkanie.

To jeszcze nie ten dzień

Właśnie minął termin porodu, a moja żona w najlepsze jeszcze na spacery chce chodzić, sklepy odwiedzać, biegać po domu z odkurzaczem, tak jakby dopiero była w piątym miesiącu. Żona coraz częściej odbiera telefony typu: – Już urodziłaś? Nie? Jak to? I jak tu napisać coś mądrego.

- Skończył mi się suwaczek – usłyszałem w niedzielę rano od żony. – Co!? – zapytałem z przerażeniem. – Jedziemy?! A ona na to, że to taki licznik dni, które zostały do porodu i że rano przeczytała: “Dziś narodziny mojego dziecka” i maila też dostała: “Gratulujemy z okazji…”

2577da5dc51

Będę mieć syna. Imię już dawno wybrane. Julian (po ojcu żony). Mam już córkę – Weronikę (po babci). Ma trzy lata. (Zdania robią się coraz krótsze.) Już wszystko jest zaplanowane. Jest kilka scenariuszy. Dzwoni żona. – To już – słyszę w słuchawce. – Już jadę – rzucam. Mam w portfelu odliczone pieniądze na taksówkę – starczy 15 zł. Auto mknie rondem na pl. Pokoju Toruńskiego, potem ul. Sobieskiego i wjeżdża na pl. Skarbka. A ja w głowie mam pustkę. Czy urodzi się zdrowe? Czy będzie wszystko w porządku? Czy na czole nie będzie mieć wielkiego znamienia jak Gorbaczow? (Tfu, tfu! Odpukać w niemalowane!) Czy dotrwam do przecięcia pępowiny? (Za pierwszym razem była cesarka.) Coraz więcej pytań, a ja coraz bliżej domu. Wjeżdżamy na ul. Wschodnią, a mi już się robi słabo. – Panie, ci drogowcy to darmozjady. Patrz, pan tutaj. Dwa lata temu jeździły tu walce, a już dziury się porobiły i trzeba łatać – odzywa się po chwili taksówkarz. – Panie, co mnie do cholery drogi obchodzą. Nie widzi pan, że ja rodzę!? – mówię, zaciskając pięści. – Proszę oddychać – mówi do mnie spokojnym tonem taksówkarz. – Mam trzech synów. Przyj pan, przyj. Widać już główkę. Może ją pan pogłaskać. Przyj! Panie, tylko nie zachlap mi kanapy, bo inaczej synek może zapomnieć o darmowych kursach.

Już jesteśmy blisko domu. A żona już spakowana. Pamiętam pierwszy poród. Kiedy się denerwuję, robię kilometry, biegam wte i wewte. Cud, że nie zrobiłem wtedy dziury w linoleum. Tak będzie również tym razem. Trzy lata temu toruńska porodówka wyglądała jak sklep mięsny lub ubojnia. Pełno było tam kolorowych kafelków pewnie pamiętających jeszcze czasy Jaruzelskiego. A teraz podobno rodzi się po ludzku. Zapowiadam z góry: relacji, fotogalerii, filmu z porodu tutaj na pewno nie będzie.

Czas zacząć odliczanie.