Zanim zostałem dziennikarzem…
(Aż wstyd się przyznać.) Kiedyś próbowałem być poetą, pisarzem, krytykiem literackim, a nawet redaktorem czasopism literackich. Do dzisiaj na klastrach mojego dysku twardego (już nieco zakurzonych) zalega mnóstwo bajtów nieudanych początków powieści, wierszy czy wielce „wiekopomnych” szkiców. Nie ma się, czym chwalić.
Wirtualne „palenie” rękopisów, czyli po prostu opróżnianie kosza, wydaje mi się boleśniejsze niż zwykłe wrzucanie kartek do pieca. (Co dziwne, mojej żonie udało się skasować z Windowsa kosz. Ciekawe, gdzie trafił. Do metakosza?!) Na pozór wygląda niewinnie. Przejdę jednak do sedna. Bardzo lubię wszelkiej maści kolaże, sklejki, samplowanie, czyli po prostu Ctrl + C, Ctrl + V. Najlepiej na tym blogu wychodzi mi cytowanie. Zwykle od osób, które czytały moje opowiadania (z artykułami też tak bywało) słyszałem, że są przegadane. Że za dużo jest w nich szczegółów. Że niepotrzebnie pastwię się nad detalami. Że powinienem się leczyć. Święta racja.
Fragment pierwszy (nigdy nieskończony tekst „Nie ma boga”): „Każdy chce mieć inny balkon, choć na chwilę odróżnić się od sąsiada. Wmówić sobie, że ma się droższą tapetę, drewniane meble, broń Boże, z jakiejś, parszywej okleiny i okna z PCV, takie z prawdziwego zdarzenia. Wieczorem, gdy jeszcze firanki nie pójdą w ruch, widać, że każdy ma podobne szafki w kuchni, lampy, a nawet pojemniki na makaron czy cukier. Rekordy popularności biją gruszkowe kredensy i wiśniowe szafy. Hitem są bordowe ściany.
Wystarczą barwniki z marketu. Następne w kolejce są panele za 29,90 za metr. (…) I karaluchy. Są na każdym piętrze. Opanowały całe piony. (…) Podjeżdża dziewiętnastka. Jest pełna. Kierowca rusza. Drobne nogi uderzają w pląsy. Najpierw walca, później poloneza, a na zakręcie krótkiego, ale żwawego oberka. Ze sprzęgła na gaz i z powrotem. A potem kilka ozdobników: otwarcie drzwi, zerknięcie w lusterko, chwila skupienia i zamknięcie drzwi. Wygina majestatycznie dłonie tak, jakby do mnie machał. Oczko puszcza do lusterka. Trzewiki spokoju mu nie dają. Żabot uwiera. W drżącej dłoni krucha filiżanka. On sam filigranowy. Prawie przezroczysty. (…) – Pan wysiada? – pyta mnie starsza kobieta, która przytula się do moich pleców. – Tak – odpowiadam cicho. Chyba nie dosłyszała. Czuję jej wystające kości biodrowe, mdły zapach szminki i tanich perfum z rynku na Chełmińskiej. Jest urzędniczką. Sekretarką. Sklepową. Kasjerką. Zakłada nogę na nogę, nosi spódnicę za kolano i w siatce buty na zmianę. Czapki, jeśli nie musi, nie zdejmuje. Albo jest na emeryturze. W wolnych chwilach jeździ do hipermarketów i przebiera w przecenach. Przybiera na wadze.
Woli szynkę z błyszczącymi, tęczowymi nalotami niż świeże boczki, wątrobianki, łopatki, polędwice parzone i pieczone, a nawet salcesony czy mortadele. Za wszelką cenę pragnie dostać wędlinkę za 9,99 zł. Szyneczka, świeża bułeczka, masełko i jakiś serial. Potem jakaś krzyżówka, najlepiej jolka, bo jolki są dobre do snu. A piersi ma twarde. Przysuwa się nagle do mnie. Autobus hamuje. Wpada mi w ramiona. I znowu, choć kwestia należy do kierowcy, teraz my, kilka taktów – dwa kroki z oberka, kilka dźwięków mazurka, a na koniec polka. Matka Polka. Przyciska mnie do piersi”. Uff. Starczy.
Fragment drugi (nigdzie niewydanej powieści pod wieloma tytułami: „Maria”, „Na początku była rzeka”): „Zaczęło wiać. W mieście ruszało się wszystko. Nie kończyły się pielgrzymki papierków od cukierków, różnego kroju liści, zgubionych chustek, o których nikt już nie pamięta, pojedynczych włosów gubionych przez panny przy porannym rozczesywaniu. Nic już nie miało tej samej postaci, co wcześniej. Szyldy i okiennice zużywały się szybciej, nie wędrował już ulicami zapach świeżych bochenków chleba, ani kwiatów od nadgorliwych kwiaciarek, ani też krochmalonych prześcieradeł schnących na strychach. Ludzie też trochę przyspieszyli, jakby wiatr wszystkich do czegoś gonił. Nie wiadomo, skąd też pojawiły się przeciągi. Wprawiały w ruch mieszkania i wszystkie w nich rzeczy, które chroniły kamienice przed poderwaniem w niebo. Czas też jakby przyspieszył. Krótka wskazówka na ratuszowym zegarze nie nadążała za długą. Dzwony biły prawie nieustannie, kiszki niemal po pstryknięciu palcami wypełniały się mięsem, bochenki rosły w kilka sekund, dzieci od razu po urodzeniu mówiły: Mutti, Vatti, Oma i Opa”. Teraz znów zmiana nastroju.
Fragment trzeci (nigdzie niepublikowanego opowiadania „Szafot”): „- Ochojska to największa zdrajczyni Rzeczypospolitej – przygryza wargi Robert. – Okrada Polaków. Głodzi nas. Gdyby dawała nam to wszystko, co wywozi z kraju, to nie byłoby biedy, głodu i może nawet bezrobocia. (…) Po robocie wsiądziemy w tramwaj. Pojedziemy na Starówkę. Jutro Ochojska ma spotkanie w Dworze Artusa. (…) W kuchni mam niewielką komórkę. W sam raz dla niej. (…) Za kierownicą mercedesa siedziała Ochojska. Samochód skręcił na bulwar, Janek szybko wgramolił się go trabanta, tym razem zapalił od razu. Na zakręcie ledwie się wyrobił. Mercedes leniwie skręcił w stronę mostu, Janek jechał tuż za nim. Powoli. (…) Nie miał wątpliwości, że stanie się to dzisiaj, tu i teraz. (…) Skręciła w Poznańską. No to zaczynamy: dodajesz trochę gazu. (…)
A masz! Skręcam w prawo, nawet włączam sygnalizator. Plastyk mojego trabanta nie łamie się i nie wygina. A na twojej twarzy widzę strach. Łapiesz za kierownicę i próbujesz ją utrzymać, patrzysz się na mnie i unosisz lewą rękę, jakbyś chciała mi coś pokazać. Błagać mnie o litość. Błagać zaraz będziesz mogła. Mercedesik się wygina, taka wielka maszyna, a nie może sobie poradzić z plastykowym tworem z NRD, wiem – oba są niemieckie, ale nikt nie przebije trabantów, chwała wam Automobil-Werk Zwickau. A masz! Drugi raz w nią pukam, coś zaczyna skrzypieć w moim trabanciku, ale ona ma gorzej, rozwaliłem jej lampy z przodu. (…) Epilog. Wersja pierwsza: Janina Ochojska budzi się zlana zimnym potem w swoim łóżku. Wersja druga: Janek zabiera Ochojską do domu i zamyka ją w komórce. Nad ranem Baśka znajduje ją i rozwścieczona zaczyna gotować obiad. Później zanosi jedzenie jeszcze nieprzytomnej Ochojskiej. Po tym jak Baśka zamyka drzwi na cztery zamki, do obiadu Ochojskiej dorywa się wycieńczona i głodzona przez cztery dni Agata Młynarska, którą Janek przywiózł dwa tygodnie temu z festynu w gminie Brzuze”. Kolejnych wersji nie przytaczam. Są niecenzuralne.
Fragment czwarty (opowiadanie pt. „Trędowisko”): „Cieknie mi ślina, kiedy patrzę na cielęce nerki. Już nawet czuję zapach dobrze wypieczonego mięsa, a na podniebieniu wyszukany smak delikatnie pachnącego moczu. Podjeżdżam rozklekotanym wózkiem do serów. Dwadzieścia deko edamskiego, bo najtańszy, jedenaście za kilogram. Kobieta nie słyszy. To przez ten czepek na głowie, który ma mnie chronić przed jej łupieżem i łojotokiem. Powtarzam, a ona wypowiada magiczne słowo „co”, podnosząc intonację tak, że rośnie mi ciśnienie. Dwadzieścia deko edamskiego i trzydzieści deko ogórków kiszonych. Nie ma ogórków, jest tylko kapusta kiszona. W dupie mam kapustę kiszoną. Kroi mi ser. Patrzy na kończący się kawałek sera, bojąc się chyba, że utnie sobie brudne paluchy. Na nerki mnie nie stać. (…) A ja naprawdę kocham zwierzęta. Lubię głaskać pod włos ząbki na wołowych i wieprzowych językach, a szczególnie ugniatanie orzechokształtnych ptasich żołądków. Znowu sześć bułek bladych jak gejsze. Chleb, jajka, mleko, mąka, jabłka z twardą skórką. Cena, kod do wbicia, suma, wysuwają się przegródki z pieniędzmi. Do zapłacenia dziesięć czterdzieści pięć”.
Fragment piąty (tekst bez tytułu): (…) niski głos mam zawsze nad ranem, gdy dzwonią do mnie, bo o tej porze zawsze ktoś dzwoni ze swoim magicznym dziękujemy, ale nie chcemy, może się jeszcze odezwiemy, a dlaczego tak wcześnie, kochany my już od siódmej rano grzejemy herbatkę, grzałki chodzą pełną parą, Stasia po bułki wyskoczy, Marysia dzieci do przedszkola odprowadzi, a Janka ogryza paznokcie, bo znowu jest w ciąży, wąsate godzille już od siódmej kawkę popijają, paznokcie malują, czapek z głów nie zdejmują przez cały dzień, piszą jednym palcem na klawiaturze, choć po dziesięć kursów każda skończyła i nawet dyplomy w domu mają, że Excela znają od podszewki, a jak coś nie daj Boże na ekranie się pojawi, dyskietkę odwrotnie włożą, pana Mietka wołają, informatyka i patrzą na jego owłosione ręce, sapiąc i przegryzając kanapki z boczkiem, a dyrektorzy testują kąt możliwego wygięcia swoich foteli z krowiej skóry, z Jyska na wyprzedaży po 199 zł, ćwiczą podpisy”.
Ciąg dalszy pewnie nie nastąpi. (Czas więc na porządki i przywrócenie kosza, bo wielkiego pisarza to ze mnie nie będzie.)
























