platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum kategorii: Komentowanie

Kolejna prowizorka, czyli Nowy basen w Toruniu

Basen napowierzchniowy i dodatkowe pasy na moście Piłsudskiego – to najważniejsze wtorkowe wiadomości z Torunia. Szkoda tylko, że w obu przypadkach jest mowa o zwykłych atrapach lub po prostu jednej wielkiej prowizorce. Ale przejdźmy do rzeczy.

Ja stawiam na plac cyrkowy. Tam najlepiej będzie pasować ten cały cyrk (źródło: torun.eboi.pl)

Dlaczego znów się czepiam? Bo w Toruniu nic nie można zrobić normalnie i po kolei. Od lat mówi się o budowie aquaparku z prawdziwego zdarzenia. Park wodny był punktem programów wyborczych. Skończyło się na razie na trochę większej pływalni, zwanej zwyczajowo miniaquaparkiem. Toruń chce wybudować salę koncertową. Dobrze, ale najpierw zróbmy minisalę koncertową dla Zespołu Szkół Muzycznych. Hale sportowe mają wszystkie większe miasta w regionie. U nas jak na razie buduje się tylko sale gimnastyczne dla szkół. Toruń mógłby z powodzeniem startować w konkursie na miniaturowe inwestycje.

Nie chcę we wszystkim szukać spisku, nie przepadam za spiskowymi teoriami dziejów, ale te baseny napowierzchniowe (już sama nazwa mnie odrzuca) mają raczej przykryć nieudolność magistratu w przypadku basenu na ul. Bażyńskich. Lepiej pakować kasę w jakąś prowizorkę, bo efekt jest szybki i tani, niż zająć się na poważnie starą pływalnią, skuteczniej zabiegać o inwestora, który postawi park wodny na ul. Przy Skarpie lub budować go w partnerstwie publiczno-prywatnym. Jest też inna opcja, z której skorzystał Olsztyn, gdzie powstaje basen olimpijski za 54 mln zł. Miasto pozyskało na niego pieniądze z urzędu marszałkowskiego i budżetu państwa. Będzie tam również basen rozgrzewkowy, niewielka część rekreacyjna ze zjeżdżalniami oraz niecką dla dzieci. Poza tym w każdej chwili obiekt będzie można rozbudować.

A nam pozostaje się chwalić, że mamy w mieście 11 pływalni krytych, co w przeliczeniu liczby mieszkańców na liczbę obiektów daje nam pierwsze miejsce w regionie. W ogóle jesteśmy w czołówce wśród miast o podobnej wielkości. Za nami są Rzeszów, Lublin, Poznań, Częstochowa i Olsztyn. I dlaczego do cholery ten pomysł pojawia się kilka miesięcy przed samorządową kampanią wyborczą i dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, a nie np. na początku tego roku? Dlaczego też akurat w tym przypadku będą mogli się wypowiedzieć mieszkańcy? Czy na tego typu sondaż mogą też liczyć wkrótce np. mieszkańcy i handlowcy z ul. Mickiewicza, którzy chcieliby się opowiedzieć przeciw lub za wstrzymaniem przebudowy ich ulicy?

A totalnym absurdem jest już jedna z propozycji, aby takie kąpielisko powstało przy basenie na ul. Bażyńskich. Ostateczną decyzję i tak podejmie prezydent Torunia.

Druga wiadomość: dodatkowe pasy na moście Piłsudskiego. Na pierwszy rzut można by krzyknąć: No, wreszcie! Super! Wczytując się w szczegóły, złapałem się za głowę. Zapewne nieprędko przejadę się mostem (w tym roku jechałem nim dwa razy), bo życie mi miłe. Według mnie to „rozwiązanie” nic nie zmieni. Więcej aut wciśnie się na most, więc może nieco zmniejszą się korki i zamiast sięgać do ul. Odrodzenia, będą się kończyć np. na al. Solidarności.

Ale co z tego. Najbardziej obawiam się, że po tych zmianach może dochodzić do kolizji już na moście, a wiadomo, co oznacza każde takie zdarzenie na naszej przeprawie. Bo właśnie na moście będą wykonywane te wszystkie manewry, czyli mówiąc krótko – wpychanie się z lewego na prawy pas. Obym jednak nie miał racji. I znów nasze władze powiedzą, że zrobiły co mogły, żeby poprawiła się sytuacja na moście, że więcej się zrobić nie da i że trzeba budować nową przeprawę.

Bierzemy sprawy w swoje ręce

Zacznijmy od frazesów. Z nieukrywaną radością spoglądam na kolejne inicjatywy obywatelskie, te wszystkie sprzeciwy wobec czegoś, petycje, listy poparcia. Już nie robimy kroku w stronę społeczeństwa obywatelskiego. Jesteśmy społeczeństwem obywatelskim. Niestety, wiele jeszcze muszą się nauczyć władze Torunia i urzędnicy.

Być może już za chwilę nie będzie w naszym mieście inicjatywy, inwestycji czy remontu, do którego ktoś nie będzie mieć uwag czy zastrzeżeń. Być może spowoduje to, że niektóre z nich wypadną z budżetu, będą realizowane z opóźnieniem lub trzeba będzie je zupełnie przygotowywać od nowa. I dobrze. Wszyscy dobrze wyjdą na tej lekcji.

Do tego wpisu sprowokowała mnie sytuacja wokół przebudowy ul. Mickiewicza – szumnie nazywana rewitalizacją miasta. Pomijam już fakt, że rewitalizacja w wydaniu władz Torunia to włącznie brukowanie oraz asfaltowanie ulic. Miasto zapomina, że w tym procesie najważniejszy jest człowiek, a nie kolejne metry kwadratowe kostki granitowej. Pięć tur konsultacji społecznych nic nie dały. Władze nie wyciągnęły z nich wniosków. Co więcej, mieszkańcy i handlowcy z Bydgoskiego zaczęli zbierać podpisy, aby przerwać prace i przeprojektować trasę. Wniosek może być tylko jeden: władze Torunia nie potrafią bądź po prostu nie chcą rozmawiać z mieszkańcami.

Odnoszę też coraz częściej wrażenie, że władze Torunia najzwyczajniej w świecie mijają się z potrzebami torunian. Wielu urzędników chce mieć święty spokój: zamówić projekt, ogłosić przetarg, wydać pieniądze co do grosza, a potem pochwalić się, ile się zrobiło metrów kwadratowych i ile się wydało. Kwestią drugorzędną są ci, dla których się wykonuje projekt, a coraz częściej również jakość prac. Nasi włodarze muszą się jednak obudzić z tego snu, z nieomylności, pewności siebie. Te czasy już dawno minęły.

Może czas w końcu zadać sobie pytanie: co jest nie tak z nową przeprawą przez Wisłę, trasą średnicową, ul. Mickiewicza, Fasolową, Zbożową, tramwajem na Bielany i wieloma innymi inwestycjami, które mają swoich zagorzałych przeciwników, które budzą wielkie emocje, które sprawiają, że ludzie po godzinach pracy zbierają setki podpisów, drukują ulotki, zakładają serwisy internetowe, chodzą na konsultacje, zdzierają na nich gardła i tracą nerwy? Czy coś nie tak jest z tymi torunianami?

Tak wielu protestów w naszym mieście jeszcze nie było. Problem leży po drugiej stronie. To magistrat staje się twierdzą, którą nie sposób zdobyć. Przykłady? Wszelkiej maści koncepcje rzadko kiedy wychodzą poza gabinety urzędników. O wielu inicjatywach oraz projektach opinia publiczna dowiaduje się za późno, np. gdy ogłaszany jest projekt na zagospodarowanie parku miejskiego na Bydgoskim Przedmieściu czy Bulwaru Filadelfijskiego. Dopiero wtedy można sobie pobrać pliki z koncepcją, wytycznymi, programem funkcjonalno-użytkowym. Dlaczego te materiały nie mogą być dostępne zaraz po ich opracowaniu i przed ich ostatecznym zatwierdzeniem poddane publicznej dyskusji? Bo uwag, sugestii oraz zastrzeżeń urzędnicy, dyrektorzy, prezydenci nie przyjmują chętnie, niektóre w ogóle do nic nie docierają, niektórych słyszeć nie chcą, obrażają się. Bo tak łatwiej, bo to my tutaj rządzimy.

Bardzo często w Toruniu czuję się jak petent. Ktoś, kto dowiaduje się na samym końcu, co się stanie, jaka czeka nas przyszłość. A władze Torunia zachowują się, jakby na te wszystkie inwestycje wydawały swoje, ciężko zarobione pieniądze. Nie wiem, skąd się bierze ten cały upór, aby jednak postawić na swoim, żeby jednak przeforsować jakiś projekt, zmieniając w nim tylko drobiazgi (tak jak w przypadku ul. Mickiewicza). Skąd ta determinacja, aby budować most właśnie na Wschodniej? Dlaczego nie można jeszcze raz zaprojektować trasy średnicowej? Mamy jednak rok wyborczy. Cuda się zdarzają. Ludzie się zmieniają. Ale dzień po wyborach…

Nasz prezydent dobry jest

(Zaraz ktoś zasugeruje, że oprócz tego, że na Facebooku jestem wśród znajomych prezydenta Torunia – co jest wielce karygodne i w ogóle nie przystoi – to do tego mam jeszcze fioła na punkcie Michała Zaleskiego, a ten blog nie powinien nosić nazwy „Teka Toruńska”, lecz winien być „Fanklubem Michała Shreka Zaleskiego”. Tym razem nie będzie o prezydencie, który wpada do basenu, pręży tors w jeziorze i przecina wstęgę na entym „Orliku”. Teraz będzie o kampanii wyborczej i pewnej strategii.)

Kandydaci 10 lat temu... (źródło: um.torun.pl)

Ta przemyślana i przebiegła strategia pojawiła się wiosną, mniej więcej w momencie, gdy rzecznikiem prasowym Zaleskiego została Aleksandra Iżycka, PR-owiec z krwi i kości. Wtedy też jakoś złagodniał wizerunek prezydenta (choć w niektórych audycjach pewnej telewizji zawsze był łagodny, uśmiechnięty, do rany przyłóż, itp., itd.). Znikły niemal zupełnie sprostowania do artykułów, zażarte polemiki i odpowiedzi dotyczące dość często błahostek. Jeszcze kilka miesięcy temu prezydent potrafił komentować tytuł tekstu, czasem jakąś frazę, która mu się nie spodobała. Teraz na niewygodne tematy, które stawiają prezydenta w złym świetle, odpowiada rzeczniczka lub jakiś dyrektor z magistratu. Prezydent, czyli mówiąc wprost  – szef magistratu, staje obok, tam, gdzie jest bezpieczniej. Lepiej niech mówią źle o urzędnikach, że są złośliwi, małostkowi, bezduszni, opieszali, że się mylą, że nie mają o czymś pojęcia. Oderwanie prezydenta od magistratu i tej urzędniczej machiny stało się już faktem.

Zaleskiego już nie ma na pierwszym froncie, gdzie można usłyszeć wyzwiska, żale, pretensje. Chyba ostatnie tego typu sceny można było obserwować wiosną na osiedlowych spotkaniach i konsultacjach dotyczących średnicówki. Teraz prezydent pojawia się tylko tam, gdzie można usłyszeć ciepłe słowa, podziękowania, gdzie można wygłosić przemówienie, wręczyć bukiet kwiatów, ciepły koc czy wiązankę. Przykłady? Już podaję, bo zaraz znajdzie się ktoś, kto zarzuci mi, że wyssałem sobie to wszystko z palca.

Pierwszy: ostatnie dwie tury konsultacji społecznych dotyczących przebudowy ul. Mickiewicza. W tym przypadku kapitał zbija konkurent Zaleskiego – Waldemar Przybyszewski, który je organizuje, moderuje i jest tam pierwszoplanową postacią (na ostatnim, żeby „zbliżyć się” do widowni szef rady miasta nawet zdjął marynarkę, wcześniej pytając o to gości). Bo prezydent na spotkania, gdzie można by sobie pobrudzić marynarkę i się srogo spocić, wysłał wiceprezydenta Torunia Zbigniewa Fiderewicza, który mistrzowsko opanował sztukę mówienia o niczym i ulotnił się w kluczowym momencie spotkania, gdy były formułowane wnioski (złośliwi twierdzą, że na mecz Unibaksu). Lepiej jednak omijać trudne tematy.

Kolejny przykład to sprawa sprzedaży basenu przy ul. Bażyńskich. Głośno wokół tego tematu zrobiło się przed wakacjami. Spontaniczna akcja, podpisy pod petycjami, oburzenie wśród uczniów, studentów. I co? Temat został już odłożony na bliżej nieokreśloną przyszłość, a prezydent tak bardzo nie obstaje już za sprzedażą basenu. Strategia wyborcza prezydenta jest bardzo prosta (Ameryki nie odkrywam!): dokonania oraz sukcesy, nawet te drobne i mało spektakularne, trzeba jak najbardziej uwypuklić, a trudne decyzje czy błędy – odłożyć na później lub zrzucić na urzędników.

Następny przykład: tymczasowy most. Mówi się o nim już pół roku. Wszystko wskazuje na to, że będzie to drogie i zbyt długotrwałe przedsięwzięcie (ok. 60 mln zł i 20 miesięcy). Prezydent już od dwóch miesięcy ma w rękach analizę dotyczącą doraźnej przeprawy. Wydaje się jednak, że Zaleski będzie zwlekać z tą budzącą kontrowersje decyzją tylko po to, aby jakieś posunięcie w tej sprawie wykonał klub PO. Wtedy będzie można na nich zrzucić winę, że chcą wyrzucić pieniądze w błoto, że rzucają kiełbasę wyborczą, itp., itd.

Na koniec ten nieszczęsny Facebook i garść retorycznych pytań: Czy pojawienie się Zaleskiego na Facebooku ma jakiś związek z tym, że profil w tym portalu założył sobie Waldemar Przybyszewski? Czy prezydent wreszcie włączy możliwość komentowania wpisów, a może po prostu boi się, co by przeczytał pod swoimi wpisami, zdjęciami? Czy prezydent odpowie na moje zaproszenie do FarmVille?

Monologi o drogach

Z uwagą śledzę poczynania toruńskich organizacji, które działają pod szyldem „Porozumienie Infrastruktura Toruń”. Jej członkowie chcą dialogu z władzami Torunia i urzędnikami. Sami jednak wciąż prowadzą monolog. To smutne.

Zaproszenie PIT na konferencję prasową

Dzisiaj PIT zorganizował konferencję prasową. To kolejna po apelu otwartym do torunian inicjatywa kilku fundacji, stowarzyszeń i komitetów. Jej członkowie zachęcają miasto do dialogu. Sami jednak wciąż uparcie prowadzą monolog. Jak na razie wygląda to na kabaret.

Pod koniec kwietnia PIT ogłasza swój apel otwarty. Idzie z nim do mediów. Jednocześnie składa go w sekretariacie prezydenta i szefa rady miasta. Rzeczniczka prezydenta Torunia zapytana o to, czy władze Torunia spotkają się z PIT, twierdzi, że jeśli wystąpią to pewnie do takiego spotkania dojdzie. Poza tym prezydent jest gotów odpowiedzieć na pytania. Oprócz tego szef rady miasta po zapoznaniu się z apelem do torunian stwierdza, że chętnie zorganizuje spotkanie i wyznacza termin na 18 maja. PIT i szef rady nie uzgadniają jednak między sobą tego terminu. Czytają sobie o tym w gazetach. PIT decyduje się po dwóch tygodniach, że zorganizuje konferencję prasową. Nie próbuje się umówić na spotkanie z władzami. Co więcej, czeka aż na takie spotkanie otrzyma zaproszenie.

Czy ma to coś wspólnego z kulturą osobistą? Jeśli chcę z kimś przeprowadzić wywiad lub mam do kogoś jakieś pytania, po prostu umawiam termin i miejsce spotkania. Pomijam tu kwestie, czy PIT ma racje co do inwestycji drogowych – jednym tchem: mostu, średnicówki, węzła Kluczyki, trasy W-Z i innych tras. Dlatego ta cała inicjatywa jest dla mnie podejrzana.

PIT powtarza, że jest nie za pięć dwunasta, ale za minutę dwunasta i liczy się czas, bo za chwilę zostanie wbita łopata na budowie mostu czy średnicówki. Publiczna dyskusja np. w Dworze Artusa z udziałem PIT, władz Torunia, radnych, urzędników i mieszkańców powinna się więc odbyć jak najszybciej. Im dłużej PIT będzie zwlekać, jego działania będą miały coraz więcej wspólnego z polityką niż chęcią zmian nietrafionych decyzji czy projektów. Na razie PIT chce zrobić szum. Szum medialny. A czas goni.

Ciekaw jestem jednak – choć zmierzyć tego raczej nie sposób – jakim poparciem wśród mieszkańców Torunia cieszą się propozycje wysuwane przez PIT. Czy organizacje wchodzące w skład porozumienia zamierzają zorganizować spotkania z mieszkańcami, aby pokazać im swoją wizję i przekonać, że efektem tego, co forsują władze miasta będzie paraliż komunikacyjny i kryzys finansowy? Czy na zmiany projektów, przebiegu i lokalizacji tras nie jest już za późno? Ile pieniędzy miasto wydało na przygotowanie tych wszystkich projektów? Gdzie były te organizacje, gdy magistrat zamawiał projekty i starał się o pieniądze na most, średnicówkę i inne trasy? Dlaczego cała ta dyskusja wybucha na kilka miesięcy przez wyborami? Jak PIT wytłumaczy torunianom kolejny rok zwłoki w oczekiwaniu na nowy most drogowy?

Propozycje PIT są ciekawe. Niektóre nawet bardzo. Mam jednak wrażenie, że tu nie chodzi o dyskusję nad postulatami i przekonanie do nich władz Torunia i radnych. Więc o co? Pożyjemy, zobaczymy.

OrbiToruń. Pierwsza krew

Za kilka dni miną dwa miesiące, odkąd działa miejski portal społecznościowy (podobno pierwszy w kraju). Serwis zacznie jednak coś znaczyć dopiero, gdy pokaże, że jest w stanie zmieniać rzeczywistość, wpływać na decyzje władz Torunia, radnych czy często bezdusznych urzędników. Śledząc ten portal, wątpię, czy ten eksperyment się uda.

Panorama OrbiToruń (źródło: orbitorun.pl)

Statystyki OrbiToruń są imponujące. W ciągu prawie dwóch miesięcy zalogowało się tam 923 użytkowników, powstało 111 aktywnych grup, 189 tematów na forum i aż 114 pomysłów dla miasta, które wydawały się z początku najsilniejszą stroną tego portalu. Jak na razie urzędnicy rozpatrzyli jeden pomysł. Chodzi o pomalowanie śmieciarek MPO. Znakomity pomysł Pracowni Zrównoważonego Rozwoju. Mowę mi odebrało, gdy przeczytałem, jak MPO zareagowało na tę propozycję. (Z półtoramiesięcznym opóźnieniem.) Do odpowiedzi wyciągnął ją portal. I usłyszał, że pomalowanie dwóch burt śmieciarki kosztuje od 3 do 5 tys. zł. MPO jednak po wybudowaniu zakładu unieszkodliwiania odpadów nie stać na malowanie śmieciarek (Zakład kosztował ok. 16 mln euro. Czym jest więc w tym obliczu 5 tys. zł? Warto jednak wspomnieć o zimie, podczas której MPO zarobił jak nigdy dotąd.) Bo „z propozycją związanych jest wiele problemów” – tłumaczy Dorota Arczyńska, rzecznika spółki. MPO spłaca teraz kredyty i ma inne priorytety niż malowanie śmieciarek. Mamy 20 takich pojazdów, co daje 100 tys. zł. Arczyńska jest dyplomatką: „Mogłoby być też tak, że pomalowane śmieciarki po kilku tygodniach wyglądałyby mniej estetycznie niż tradycyjne pomarańczowe pojazdy. Utrzymanie czystości śmieciarek to w polskich warunkach atmosferycznych o wiele trudniejsza sprawa, niż w Philadelphii”. (Stamtąd pochodzi ten pomysł. W Ameryce śmieciarki bez problemu pomalowali studenci. Ale to Ameryka.)

OrbiToruń pisze więc wprost: „Urzędnicy odkładają na razie pomysł na półkę, ale obiecują, że można do niego wrócić, kiedy sytuacja finansowa MPO będzie lepsza”. Porażka. Miejski portal za ok. 220 tys. zł nic nie wskórał. Skandal! Granda! Dlaczego portal nie zwrócił się z tym pomysłem do magistratu, który od czasu do czasu dokłada do MPO? Tego nie wiem. Ciekawe, co by usłyszał, gdyby to zrobił. (Może po prostu: „Chłopaki dajcie spokój, bo wykreślimy was z budżetu”.) Najsmaczniejsze jest jednak zakończenie śmieciowego postu. Marceli Sulecki, redaktor naczelny OrbiToruń pisze: „Niedługo omówimy kolejne pomysły. W MPO obiecano nam, że instytucja założy konto na portalu. Na razie ma je Urząd Miasta, a w ciągu kilku dni dołączy do niego Miejski Zarząd Dróg. Czekamy na kolejnych decydentów! Bez nich orbiToruń nie będzie tak obywatelski jak być powinien”. Dobrze, że redakcja zdaje sobie z tego sprawę. Dobrze, że o tym pisze.

Z dnia na dzień przybywa pomysłów. Jeśli urzędnicy będą na nie odpowiadać w takim tempie. To odpowiedzi na 111 pomysł doczekamy się… (Nie chce mi się już liczyć. Pewnie za kilka lat.) Jest jednak promyk nadziei. Promyczek. Rozmowa z Pawłem Piotrowiczem, szefem miejskich portali z wydziału współpracy zewnętrznej i informacji. Wiele mówi już sam tytuł: „Urzędnicy deklarują: Chcemy rozmawiać”. Minęły dwa miesiące, a magistrat stać tylko na takie szczere wyznanie.

Prezydent w ramach użytkownika

Jestem zdania, że urzędnicy i władze Torunia (prezydent, wiceprezydenci, skarbnik, sekretarz) powinni być na portalu zalogowani jeszcze przed tymi 923 użytkownikami, którzy nabrali się na miejski serwis społecznościowy. Oni już powinni czekać tam na nas od samego początku z otwartymi ramionami. Czy prezydent Zaleski będzie mieć swoje konto na OrbiToruń? – pyta Sulecki. Piotrowicz: „(…) będzie się oficjalnie pojawiać w portalu w ramach użytkownika o nazwie Urząd Miasta Torunia. To dobre rozwiązanie, bo w rzeczywistości urząd służy prezydentowi do wykonywania zadań i tworzenie dwóch profili o charakterze oficjalnym – osobno dla urzędu i dla prezydenta wprowadzałoby tylko niepotrzebne zamieszanie”. (Powraca więc pytanie, czy Zaleski potrafi obsługiwać komputer.) Brak mi słów, aby to komentować.

Piotrowicz: „Już sama idea portalu – otwartość i wolność słowa – (…) skraca dystans między obywatelem i urzędem. Oczywiście to administracja podejmuje decyzje, ale na poziomie pomysłów, dyskusji, swobodnej wymiany poglądów wszyscy mamy równe szanse (…) Dla mnie ważne jest też, aby ludzie skupieni wokół orbiToruń widzieli w oficjalnym urzędowym profilu partnera do rozmowy, a nie kogoś wyciąganego do tablicy, do przepytywania”. Tutaj nie mogę się powstrzymać od krótkiego komentarza.

Po pierwsze: przepaść między urzędnikami a obywatelami jest duża (może nawet z miesiąca na miesiąc coraz większa) i z pewnością nie zasypią jej odpowiedzi tego typu, co udzieliło MPO.

Po drugie: wszystko wskazuje, że miejskie jednostki (MPO, MZD, a może nawet mój ukochany MZK) założą tam oficjalne profile. Co to jednak zmieni? Równie dobrze mogę wejść na stronę każdej z tych instytucji i wysłać maila za pomocą formularza. Ludzie chcą mieć bezpośredni kontakt np. z szefami tych jednostek. Chcą bezpośrednio pochwalić lub nawrzucać Andrzejowi Glonkowi czy Marii Zawal i zobaczyć, jak oni pod własnym nazwiskiem tłumaczą się ze swoich decyzji, nie zasłaniając się brakiem czasu, rzecznikami prasowymi, przepisami, itp. To dopiero byłoby skracanie dystansu. Dyrektorzy MZD i MZK nie muszą od razu zamieszczać swoich fotek topless z wakacji czy przy kominku z rodziną. Wystarczy prosty gest: obecność w serwisie i w miarę aktywny udział. (Na przykład w piątki ok. 12, kiedy urzędnicy wysokiego szczebla myślą już o weekendzie, zakupach w hipermarkecie lub biorą udział w otwarciu jakiejś siedziby, spotkaniu opłatkowym, przecinaniu wstęgi czy objeździe.) Dopiero wtedy pan Glonek i pani Zawal będą partnerami do rozmowy.

Po trzecie: Piotrowicz jak słoń w składzie porcelany przypomina nam obywatelom, kto tu tak naprawdę rządzi – „to administracja podejmuje decyzje”. (Pewnie chodziło mu o administrację portalu. Ale czy na pewno? Czy to zwykłe przejęzyczenie?) Proszę Pana, w portalu społecznościowym rządzą obywatele. (Jeszcze na marginesie – w profilu „Urząd Miasta Torunia” nie ma nawet podanych danych kontaktowych. No cóż.) „Po czwarte” nie będzie.

Piotrowicz jednak zaznacza, że urzędnicy powoli przechodzą „z etapu dokładnego czytania (portalu – przyp. WG) do aktywności”. No i żaden ciekawy temat poruszany w portalu „nie powinien być zostawiony samemu sobie, bez odpowiedzi ze strony miasta”. Trzymam kciuki. Jaka będzie szybkość reakcji użytkownika „Urząd Miasta Torunia”? Ten okres „ (…) może być (…) wydłużony” – odpowiada Piotrowicz. Znów głos zabiera Sulecki: „Niedługo ocenimy dialog magistratu z mieszkańcami. Na razie nie wygląda on najlepiej”. Portal wysłał do miejskich jednostek pisma z prośbą o rejestrację w serwisie. Na razie nie ma reakcji z ich strony. Może konsultują je z prezydentem Torunia na cotygodniowych posiedzeniach.

Nadużycia w Urzędzie Miasta Torunia?

Na zakończenie trochę optymizmu: OrbiToruń wreszcie pokaże prawdziwą twarz naszych urzędników i władz Torunia. W końcu będą oni bliżej mieszkańców, ich spraw, problemów. Będziemy partnerami. A tak na poważnie: będzie po staremu. A swoją drogą – nie chcę już rozwijać tego wątku – na OrbiToruń wieje nudą. (I na koniec ostatni nawias. Współczuję redakcji OrbiToruń, bo tak naprawdę jest między młotem a kowadłem. Każdy jej ruch jest dokładnie obserwowany zarówno przez użytkowników, jak i urzędników. Jeśli portal pochyli się nad użytkownikami – ostatnio był taki wybieg w kierunku eNeRDe – urzędnicy będą patrzeć wilkiem. Jeżeli będą się podlizywać, zostaną nazwani urzędową tubą. Przy takim rozdaniu mówi się „pas”.)

Jak drogowcy sondę rozpisali

MZD ma problem z budową północnej trasy średnicowej. Inwestycja wywołała tak duży sprzeciw mieszkańców, że drogowcy chwytają się każdego sposobu, aby jednak pokazać, jak bardzo torunianie chcą tej trasy. Posunęli się już do takich granic absurdu, że na swoją stronę internetową wkleili amatorską sondę, którą łatwo dało się zmanipulować.

Sonda w sprawie średnicowej

Budowa północnej trasy średnicowej ma kosztować nieco ponad 70 mln zł. Toruński MZD oszczędza jednak, gdzie popadnie. (Nienawidzę prowizorki, atrap, półśrodków, ściemy, mydlenia oczu, itp.) Na początku tego tygodnia umieścił na swojej www sondę internetową, w której pytał: „Czy jesteś za budową Trasy Średnicowej?” Drogowcy zdecydowali się jednak na darmową sondę z serwisu sonda.pl.

Tymczasem tego typu sondy – co wiedzą już przedszkolacy serfujący po internecie – można łatwo oszukać. Wystarczy skasować w przeglądarce pliki cookies (Tutaj link do definicji z Wikipedii. Rzecz jasna dla drogowców) i ustawić ich blokowanie. W ten sposób w krótkim czasie nabiłem kilkadziesiąt głosów na „tak” i „nie”. Zadzwoniłem więc do „fachowców” (to stwierdzenie jest bardzo modne na forum „Wyborczej”) z MZD i wytłumaczyłem, że ta sonda nie ma najmniejszego sensu.

Dziś w pracy nie miałem zbyt wiele czasu, aby pomnożyć ten wynik. Ale marzyło mi się, żeby zrobić sobie screeny tej sondy, jak np. licznik głosów dobija do 966, 1410 lub 1795. Wieczorem okazało się, że mój telefon był skuteczny. Sonda zniknęła, a ja nawet screenów nie zdążyłem zrobić. Niezawodne okazało się jednak google, które kopiuje strony.

Wyniki tajemniczej sondy

Wynik jakoś znacznie się nie zmienił. Drogowcy poszli jednak po rozum do głowy i znów rozpisali ankietę, tym razem na stronie internetowej magistratu. I tam już nie ma zabaw z ciasteczkami. Ta sonda została już skontruowana nieco inteligentniej. Zmieniło się pytanie: “Czy jesteś za budową trasy średnicowej dla Torunia?” Samo stwierdzenie “dla Torunia” sugeruje, że jest to coś dobrego, na czym miasto skorzysta. Nie podobają mi się odpowiedzi. Wystarczyłoby suche “tak” lub “nie” jak poprzednio. A tutaj mamy: “TAK – kierowcom potrzebna jest droga, która rozładuje korki na linii wschód-zachód”, “NIE – ruch przez miasto odbywa się płynnie i nie potrzeba dodatkowej drogi”. Urzędnicy zlitujcie się i nie manipulujcie.

Co więcej, warto rzucić okiem na ankietę, którą będą jutro wypełniać osoby kupujące skarpetki, fasolę, groch i pietruszkę na targowisku przy Szosie Chełmińskiej. Można tam odpowiedzieć, czy jest się za lub przeciw inwestycji. Jeśli więc mamy możliwość wyboru, obok zalet tej trasy winno się wymienić także wady. Wątpliwe wydają się też korzyści. Wśród nich MZD wymienia „ograniczenie emisji spalin”. Gdy ten argument usłyszą mieszkańcy ul. Świętopełka, Sczanieckiego czy Wybickiego, którzy mają mieszkać kilkadziesiąt metrów od trasy, na pewno złapią się za głowę.

Jeśli MZD wciąż będzie przygotowywał tę inwestycję tak nieudolnie jak teraz, to trasa do 2012 r. może w ogóle nie powstać. I przekonają się o tym mieszkańcy ul. Wschodniej, Skłodowskiej-Curie, Szosy Lubickiej i Kościuszki, które po otwarciu mostu będą… (Czekam na propozycje dokończenia tego zdania. Zachęcam do komentowania.)

Rubinkowo. Osiedle zamknięte

Im głębiej wchodzę w miejskie plany dotyczące Rubinkowa, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że prędzej czy później wyprowadzę się z tego osiedla. Kolejnym powodem jest bezczynność władz spółdzielni, zupełny brak wyobraźni i wizji rozwoju tej dzielnicy. Za kilka lat Rubinkowo może stać się osiedlem zamkniętym. Gettem.

To na szczęście nie jest Rubinkowo. To jedno z osiedli we Włocławku. Czy ktoś wie które?

Ciężkie chwile dla mieszkańców Rubinkowa zaczną się jeszcze w tym roku, gdy ruszy budowa nowego mostu. Zapewne drogowcy prędko wejdą na pl. Daszyńskiego, bo roboty mają tam dużo (tunel pod skrzyżowaniem, estakada łącząca Szosę Lubicką z ul. Żółkiewskiego). Podobno to skrzyżowanie ma być czynne przez całą budowę. Jezdnie mają być zwężone. A to oznacza jedno: dłuższe kolejki aut na Szosie Lubickiej. Kierowcy, jak to kierowcy, będą próbowali je ominąć. Hordy samochodów ze wschodnich dzielnic do centrum będą mknąć więc ul. Skłodowskiej-Curie, która już teraz jest zakorkowana i przez sam środek Rubinkowa. Droga do centrum będzie więc drogą przez mękę. Moi drodzy sąsiedzi będą tam jechać pół godziny, a w godzinach szczytu – pewnie godzinę. Teraz wystarczy kwadrans.

Budowa mostu będzie jednak tylko wstępem do dramatu. Jakie korzyści przyniesie on dla mieszkańców Rubinkowa? Niewiele. Będziemy mogli łatwiej przedostać się na lewobrzeżną część miasta, gdzie aż roi się od różnorakich punktów usługowych, domów kultury, szkół średnich, przychodni, lekarzy, wyższych, przedszkoli, kin i hipermarketów. Łatwiej będzie wyjechać z miasta w kierunku Łodzi, Włocławka bądź Poznania. I koniec. Więcej zalet nie ma. Wad, niestety, jest znacznie więcej. Podobno – muszę to jeszcze potwierdzić w MZD – po otwarciu przeprawy nie będzie można wjechać z ul. Wschodniej w Rydygiera. Z osiedla wyjedziemy, ale tylko w kierunku skrzyżowania Wschodniej i Skłodowskiej-Curie. Dojazd do Rubinkowa I będzie więc docelowo możliwy tylko ze skrzyżowania Rydygiera i Szosy Lubickiej. A to oznacza, że poważnie zwiększy się na nim ruch.

Domyślam się, że od świata zostanie też odcięte osiedle domków PZWANN. Czy mieszkańcy domków przy ul. Wschodniej będą mieć tak jak teraz bezpośrednie wjazdy na posesje? Czy po wybudowaniu mostu trzeba będzie kluczyć kilkanaście minut po osiedlu, aby dojechać do domu? Wszystko na to wskazuje. Zamknięte będzie jednak nie tylko osiedle PZWANN. W getto zamieni się również Rubinkowo. Stanie się wyspą między wielkimi arteriami – Szosą Lubicką i Skłodowskiej-Curie, a w przyszłości też północną średnicówką. Co ciekawe, mieszkańcy będą mogli tylko w ograniczonym stopniu skorzystać z ul. Skłodowskiej-Curie czy średnicówki. Ci, którzy mieszkają przy ul. Rydygiera, Kasztanowej, Donimirskiego, Filomatów Pomorskich, Rakowicza czy Niesiołowskiego będą mogli sobie jedynie popatrzeć na trasę średnicową z okien.

Linią niebieską są zaznaczone tereny należące do miasta, a fioletową - przebieg estakady i ślimaka w kierunku Skłodowskiej-Curie (źródło: mzd.torun.pl)

(Ci z pierwszych czterech ulic będą mogli ją obserwować najwcześniej. Do 2013 r. ma powstać 200-metrowa estakada średnicówki – czyli znacznie dłuższa niż wiadukcik przy Kościuszki – nad linią Toruń-Olsztyn, a także ślimak, który połączy tę trasę z ul. Skłodowskiej-Curie. To wszystko będzie można oglądać z okien. Tylko oglądać. Będzie można pójść na spacer z pieskiem, by ten załatwił się w piaseczku pod wiaduktem. Bezpośrednio z Rubinkowa na ślimak i estakadę nie wjedziemy. Pozostaną nam więc jedyne atrakcje w postaci: hałasu ciężarówek wjeżdżających na estakadę i spalin. Co więcej, ruch na tym wiadukcie i ślimaku nie będzie mały. Średnicówka – może do 2017, a może do 2020 r. – ma tymczasowo pełnić rolę nowej trasy mostowej. Kierowcy będą nią jechać z mostu w kierunku ul. Grudziądzkiej i dalej na Gdańsk.)

Według planów jedyny wjazd z osiedla na średnicówkę zaplanowano na wysokości ul. Buszczyńskich – na linii boisk i targowiska. Wszystko jednak wskazuje, że kierowcy wjeżdżając na średnicówkę, będą mogli skręcić wyłącznie w prawo – w kierunku ul. Olsztyńskiej (dla tych którzy nie znają Rubinkowa: podobna sytuacja występuje na skrzyżowaniu Łyskowskiego i Szosy Lubickiej. Można tam skręcić tylko w prawo – w kierunku pl. Daszyńskiego), gdzie dopiero będzie można ustawić się w kolejce do Szosy Lubickiej lub Olimpijskiej i dalej w kierunku Skłodowskiej-Curie. Co więcej, po wybudowaniu fragmentu średnicówki na wysokości Rubinkowa, osiedle zostanie odcięte od ul. Bukowej. Nie dojedziemy już nią do Skłodowskiej-Curie. Efekt? Osiedle od północy zostanie praktycznie całkowicie zamknięte. A to pewnie wcześniej czy później przełoży się na ceny mieszkań, masowe przeprowadzki i degradację osiedla.

Jeśli władze Torunia nie otworzą oczu i nie zmienią tych planów, Rubinkowo obróci się w ruinę. Wiem, że trasa średnicowa to kwestia 10, może kilkunastu lat. Warto jednak pamiętać, że odcinek na wysokości Rubinkowa wciąż jest wpisany do studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego nie tylko miasta, ale również województwa. Trzeba więc już teraz – nie ma po co zwlekać – zmienić te plany. Średnicówka równie dobrze może biec ul. Skłodowskiej-Curie. Przecież dodatkowe trasy na terenach na północ od Rubinkowa można wytyczyć przez grunty Elany tak, by połączyć Olsztyńską z Polną i stworzyć czytelny układ komunikacyjny. A rezerwy, które miasto trzymało wzdłuż Strugi Toruńskiej, można wykorzystać na boiska, tereny rekreacyjne, usługi. (Obawiam się – choć robi się już z tej mojej pisaniny wielki słowotok – że budowa estakady dla średnicówki i ślimaka, to wstęp do przedłużenia tej trasy i poprowadzenia jej na skraju Rubinkowa.)

Moje piękne Rubinkowo (ul. Działowskiego)

Udział w degradacji osiedla ma i będzie miała również spółdzielnia, która zupełnie nie ma wizji, jak to Rubinkowo powinno wyglądać za 5, 10 czy 25 lat. Ale to już temat na kolejny odcinek. Ciąg dalszy więc na pewno nastąpi.

Most w Toruniu. Odcinek 2010

Czy ta mostowa tragikomedia wreszcie się skończy? Wszystko wskazuje, że nie. Mamy kolejny odcinek serialu.

Przez osiem lat dorobiliśmy się mostu w skali 1:1000 (źródło: www.linkpr.pl)

Dziś MZD poinformowało, że rozwiązało umowę z inżynierem projektu, czyli bydgoskim Przedsiębiorstwem Obsługi Inwestycyjnej i ukraińską spółką Grand Metropolia. Konsorcjum tych firm pracowało zaledwie trzy miesiące. Nie będę oceniać, czy jest to słuszna decyzja i rozgrzebywać, czy ich pracownicy byli solidni lub kompetentni. Uważam, że doszło do kuriozalnej sytuacji, że za przetarg na generalnego wykonawcę przeprawy, będą odpowiadać wyłącznie urzędnicy z naszego magistratu i Miejskiego Zarządu Dróg. A tajemnicą nie jest to, że żaden z nich do tej pory nie brał udziału w budowie mostu i układu komunikacyjnego o takich parametrach. Jeśli mają na koncie „obiekty inżynierskie” – mówiąc w slangu drogowców – to są to niewielkie wiadukty lub mostki. Swoją drogą takich inwestycji w CV nie miało też bydgoskie POI.

Co teraz będzie z mostem? Czy urzędnicy są w stanie wybrać, a potem nadzorować, firmę, która go postawi? Czy będziemy mieć powtórkę z budowy wiaduktu Kościuszki? Coraz częściej to, co dzieje się wokół mostu, kojarzy mi się z nieudolną budową tej estakady. Jeśli tak wiele problemów pojawia się przed wbiciem łopaty, to nie będzie ich mniej po wejściu na plac budowy. (Chciałbym się mylić.) Trzeba wreszcie zadać fundamentalne pytania: Czy to nie jest zbyt skomplikowana inwestycja dla naszych urzędników? Czy ich nie przerośnie? Czy toruńscy urzędnicy są w stanie rozstrzygnąć przetarg? - Tak. Nie mogę inaczej odpowiedzieć – usłyszałem dzisiaj od Andrzeja Glonka, szefa MZD.

Dziś rozmawiałem o tej całej sytuacji również z radnym Krzysztofem Makowskim. Pół żartem, pół serio powiedział, że prezydent Michał Zaleski od ośmiu lat przygotowuje budowę przeprawy. Pewnie więc tyle samo będzie potrzebować na jej budowę. Co więcej, nasi radni już zaczęli się nawet zakładać z miejskimi urzędnikami, że w tym roku w ogóle nie uda się wbić łopaty na placu budowy. Wcale nie jest mi do śmiechu.

Ile kosztuje ten węzeł? To wielka tajemnica (źródło: www.linkpr.pl)

Jaki ruch powinien zrobić teraz magistrat? Najwyższy czas, aby miasto zwróciło się o pomoc do ekspertów (z Polski, a nawet z zagranicy), którzy stawiali mosty o podobnej wielkości. Tu nie ma miejsca na wstyd. Prosić o pomoc nie jest żadną hańbą. Jeśli, broń Boże, w przyszłości budowa mostu zostanie przerwana, bo wykonawca ogłosi upadłość bądź popełni poważny błąd techniczny przy montowaniu konstrukcji, miasto stanie. Zostanie zupełnie sparaliżowane. I nie pomogą żadne konferencje prasowe, breloki z mostem i makiety w skali 1:1000.

Niezależni eksperci – profesorowie z politechnik, inżynierowie z firm z wieloletnim doświadczeniem – mogliby wejść w skład zespołu mostowego, na czele którego stoi prezydent i na bieżąco przyglądać się wszystkim etapom inwestycji. Ale nie może być to oczywiście działalność społeczna. Ekspertów trzeba by dobrze wynagrodzić. To z pewnością byłaby zaledwie kropla w morzu wydatków na most.

Panie prezydencie, nadszedł czas, aby wreszcie zaczął Pan korzystać z pomocy doradców i ekspertów. Oni są na wyciągnięcie ręki. Ostatnie miesiące pokazały, że ta inwestycja przerasta MZD i nasi drogowcy mogą sobie z nią nie poradzić. Trzeba się jednak umieć przyznać do błędu. A z tym Panie Prezydencie, ma Pan problemy.

Toruń w kilku odsłonach

Czy Anglik w Toruniu może się załapać na drugi papier toaletowy za 1 gr? Dlaczego okienka w toruńskim wydziale komunikacji otwartym do godz. 17 są już zamknięte o pół godziny wcześniej? I gdzie do cholery na Starówce dziecko może zrobić siusiu po godz. 18?

Scena nr 1

U nas na Rubinkowie to my Tesco mamy pod dostatkiem (źródło: mapy.google.pl)

Tesco przy ul. Rydygiera (nie powiem które, bo są dwa sklepy tej sieci przy Rydygiera). Godz. 20. Podchodzę do kasy. Kasjerka mnie szybko kasuje. Jakoś niezdarnie idzie mi pakowanie zakupów do plecaka, obserwuję więc kolejnego klienta. Wykłada szybko towary. Ruchy kasjerki są zgrabne. Bierze w rękę papier toaletowy i mówi cicho pod nosem: Proszę pana, dzisiaj mamy promocję, za drugi papier zapłaci pan tylko 1 gr.

Klient: – I don’t understand. Do you speak English?

Kasjerka: – Aha, to już nic.

Zacytujmy Wikipedię: „Tesco – największa brytyjska sieć hipermarketów, która ma swoje filie również w innych krajach”. Zupełnie nie mam żalu do pani kasjerki, że nie zna angielskiego. Szkoda mi tylko trochę tego Anglika, że nie dostał papieru za 1 gr. A tak poważnie: chętnie bym zaprosił prezesa Tesco do Torunia, aby na własne oczy obejrzał, jak wyglądają sklepy tej sieci w 777-letnim mieście. Jedna wielka prowizorka: łuszcząca się farba, odrapane ściany, skrzypiące drzwi, połamane płytki na podłogach i smutne kasjerki rysujące mangę w przerwie między jednym a drugim klientem.

Scena nr 2

Parking na pl. św. Katarzyny. Kwadrans po godz. 18. Środek tygodnia. Wybrałem się z rodziną na Starówkę. Córce zachciało się jednak siusiu. Wziąłem ją więc na ręce i pobiegłem czym prędzej do toalety w pobliżu kościoła garnizonowego. A tam kartka z niedbale wypisanym komunikatem: „Awaria toalety”. Lecę więc dalej.

A mogło się to skończyć gorzej? (źródło: mmlublin.pl)

A mogło się to skończyć gorzej? (źródło: mmlublin.pl)

Tchu mi brak. Przejście dla pieszych, cukiernia, postój taksówek. – Już blisko – mówię. – Tatusiu, już nie mogę – powtarza córka. Już jesteśmy, szalety w rogu Rynku Nowomiejskiego. Wybieram toaletę dla niepełnosprawnych, tę z przewijakiem dla niemowląt. Tam trzeba wrzucić złotówkę do automatu zamontowanego przy klamce. Na szczęście mam złotówkę. (To jakiś koszmar!) Złotówka nie wchodzi. Łapię za klamkę. Pukam, ale nikt się nie odzywa. Dobra, idziemy do męskiego (z damskich z córką mnie wypraszają). Naciskam klamkę. Zamknięte. (Co jest do cholery!) Niech będzie damski. (O żesz ty!) Tutaj też zamknięte.

Finał był szczęśliwy. W końcu znaleźliśmy toaletę, ale to nie był publiczny szalet. Nie zamierzam powtarzać tu regułek typu: „pl. św. Katarzyny to punkt, od którego wielu turystów rozpoczyna zwiedzanie toruńskiej Starówki. Jeśli ich dziecko złapie potrzeba i prędko nie znajdą toalety, to już nie wrócą do Torunia”. A może warto by po prostu opracować plan Starówki, na którym zostałyby umieszczone wszystkie miejsca, gdzie można załatwić pilną potrzebę. Mogłaby ona uwzględniać: klatki schodowe, gdzie nie ma domofonów, nieoświetlone podwórka, bramy, podjazdy, wnęki, itp. Propozycji jest wiele, np. mur przy ul. Zaszpitalnej, brama w pobliżu „Taniej Książki” przy Łaziennej, podwórko na ul. Szpitalnej koło NOT-u, plac podominikański.

Scena nr 3

W czwartek o godz. 16.15 zapragnąłem zapisać się w wydziale ewidencji i rejestracji na zarejestrowanie samochodu. Dzwonię więc najpierw do sekretariatu. Czekam dwie minuty, ale nikt nie podnosi słuchawki. Szukam więc innych numerów w miejskim BIP-ie. Są. Można się dodzwonić nawet do okienek. Wybieram jeden numer. Cisza. Drugi. Cisza. Wchodzę więc w zakładkę „Jak załatwić sprawę w Urzędzie?” Jest numer, gdzie można się zapisać na zarejestrowanie samochodu. Wybieram. Znów to samo. Zapisać można się telefonicznie lub osobiście.

Decyduję się więc na drugą opcję. Już z daleka widzę, jak sprzątaczka myje szybę w drzwiach wejściowych do wydziału. To zły znak. Ale nie poddaję się. Wchodzę. Pierwsze piętro i nadzieja, że wreszcie się uda. Ale tam już są wypastowane podłogi, a we wszystkich okienkach spuszczone żaluzje. Na szczęście jakaś pani wychodzi z pokoju. Może ona mnie zapisze. Pytam więc: – Proszę pani, czy można się jeszcze zapisać. Pani urzędniczka: – Już nie. Zapraszam jutro od godz. 7.30. Można zapisywać się również telefoniczne. Trzeba dzwonić pod końcówkę: 232.

W domu jeszcze raz sprawdziłem godziny, w jakich czynny jest wydział, bo może to ja się pomyliłem. A tam jak byk napisane: 7.30-17. Wiem, ciężkie jest życie petenta w tym kraju. Dlatego też nie będę komentował całej sytuacji. Ręce opadają.

Scena nr 4

Czy torunianie pokochają kupy? (źródło: torunjaksiepatrzy.pl)

Czy torunianie pokochają kupy? (źródło: torunjaksiepatrzy.pl)

Właśnie ruszyła kampania przeciw psim kupom. W najbliższych dniach „psia kupa” będzie odmieniana w Toruniu przez wszystkie przypadki. Najciekawsza w tym wszystkim była jednak konferencja prasowa otwierająca tę akcję. Synonimów „odchodów” było tam naprawdę pod dostatkiem np. „odzwierzęce nieczystości” (prezydent Michał Zaleski) albo „przysłowiowa kupa” (Mirosław Bartulewicz ze straży miejskiej). Urzędnikom jakoś nie przechodziło przez gardło słowo „kupa”. Oceniać akcji na razie nie będę. Niech rozpocznie się na dobre. Wątpliwości oczywiście mam bardzo wiele. Bo czy w kraju, w którym po wdepnięciu w psią kupę mówi się „to na szczęście”, można ludzi nauczyć wkładania gorących jeszcze odzwierzęcych nieczystości do torebek?

Młoda krew bardzo chce do Rady

Tym razem na tapetę wezmę niejakiego Jacka Kowalskiego (niestety w Google ciężko go znaleźć, bo to hasło ma ponad 38 tys. wyników), być może przyszłego radnego PiS. Otóż ten 28-letni „polityk” od października prowadzi bloga. Stawia sobie jeden cel: zasiąść w fotelu radnego po tegorocznych wyborach. Raczej mu się to nie uda.

Uśmiech Jacka Kowalskiego (internet, paint)

Uśmiech Jacka Kowalskiego (internet, paint)

Kowalski bowiem nie ma nic do zaproponowania. Przy pierwszej wizycie na stronie niemal od razu kliknąłem na podstronę „Program”. A tam znalazłem tylko pedeefy z programem Prawa i Sprawiedliwości. Kowalski w ogóle nie pokusił się, by dodać cokolwiek od siebie. Dyskwalifikacja. Kontakt z Kowalskim jest możliwy, ale tylko za pomocą specjalnego formularza. Nie znajdziemy tam komórki, e-maila, gg, skype, nie ma linka do profilu w N-K, FB i w innych tego typu serwisach. Żałość.

Jedźmy dalej. Nudne i ograne jest również logo strony ze zdjęciem Kowalskiego zmontowanym z  panoramą Starówki. To tak oczywiste, że nie zamierzam ciągnąć tego wątku. Czas na galerię zdjęć. W kategorii „Polityka” nie mogło zabraknąć fotek z politycznymi tatusiami, mamusiami i mentorami np. Zbigniewem Girzyńskim (Kowalski promuje książkę posła-historyka na swojej stronie) i Nelly Rokitą, której ściska dłoń (bez rękawiczki). Jest plakat wyborczy z 2006 r., gdy Kowalski był „trójką” na liście PiS. Na hasło „Nie ma jak Kowalski” nabrało się 597 osób. „Uzyskany wynik (…) choć nie pozwolił mi uzyskać mandaty radnego, to jednak zmobilizował mnie do wzmożonej pracy, która mam nadzieję zaowocuje w przyszłości” – pisze o sobie Kowalski.

Są też prywatne fotki ze ślubu, pielgrzymek na Jasną Górę, wycieczek, z pomnikami m.in. kardynała Wyszyńskiego i marszałka Piłsudskiego. To oczywiście jasne sygnały dla wiadomego elektoratu. Myśl przewodnia strony Kowalskiego to: zasiąść w fotelu radnego i jak najwięcej dołożyć urzędującemu miłościwie Michałowi Zaleskiemu.

Bo odwiedzających na stronie wita też licznik. Możemy śledzić na żywo, ile czasu zostało do końca kadencji prezydenta Michała Zaleskiego. A pod tym modułem znajdziemy listę radnych, którzy głosowali za ostatnią podwyżką cen biletów ze wskazaniem, którzy zostali wybrani w okręgu nr 3, czyli okręgu Jacka Kowalskiego.

Przejdźmy do najciekawszej części tej strony „Mój komentarz”. Kowalski bije gdzie popadnie i w kogo popadnie. Na oślep. Wiesza psy na Owsiaku i WOŚP, premierze, pośle Palikocie (na myśl o nim i jego sztucznym penisie chce mu się wymiotować), Piesiewiczu (ma nudności, słuchając historii o aferze związanej z senatorem) oraz Niesiołowskim („mrowie przechodzi po plecach”), Jaruzelskim („zdrajca Polski”).

Dużo miejsca Kowalski poświęcił wojenkom radnych o bilety MZK. Zapowiedział nawet, że złoży obywatelski projekt uchwały obniżający ceny, jeśli wojewoda nie uchyli obowiązującej uchwały. Pełno tu populizmu: „budowa fontanny, która więcej działa niż działa, kosztowała nas 3,4 mln złotych. Wniosek nasuwa się jeden – gdyby nie szastano pieniędzmi na lewo i prawo to nie musielibyśmy teraz dopłacać do MZK”.

Wcześniej też pisał do ministra kultury, marszałka i prezydenta w sprawie spektaklu „Przedostatnie kuszenie Billa Drummonda”, podczas którego były palone pieniądze. Żądał – jako podatnik – wstrzymania dotacji dla teatru i wyciągnięcia wniosków dyscyplinarnych. I znów tani populizm: „W kraju, w którym panuje bezrobocie, ludzie bez środków do życia szukają jedzenia w śmietnikach, dzieci przychodzą głodne do szkół (…) tolerowanie tego typu zachowań w imię wolności sztuki jest wysoce naganne”.

Kowalski też skrupulatnie zamieszcza życzenia z okazji Bożego Narodzenia, 11 listopada (cytuje Mazurka Dąbrowskiego), Dnia Nauczyciela, Nowego Roku.

Kto głosował za podwyższką? (internet, paint)

Kto głosował za podwyższką? (internet, paint)

Pominę tu błędy ortograficzne np. w pisowni „nie” z przymiotnikami w stopniu najwyższym. Ale naprawdę dziwnie wygląda słowo “podwyżka” w wykonaniu Kowalskiego. Pomijam już nazwę klubu prezydenckiego, która brzmi “Czas gospodarzy”.

Na koniec pytanie: Jaką wizję Torunia ma Kowalski? Co chciałby zrobić dla torunian? Co zmienić w mieście? Itp., itd. Na jego stronie nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania, dlatego też nie załączam do niej żadnego odnośnika.

Działo się, oj działo!

Wiele się wydarzyło od ostatniego wpisu. Lista jest długa: prokuratorskie zarzuty dla urzędników dotyczące trasy mostowej, wypowiedzi premiera RP o moście, milczenie w tej sprawie prezydenta, kłótnia radnych o bilety, sylwestrowy wypadek Zaleskiego.

Zacznijmy od krótkiego podsumowania ub.r. Na szczęście mamy już go za sobą. Bo tak naprawdę to nie był dobry rok. 2009 miał być rokiem rozpoczęcia wielkich inwestycji. Łopaty jednak nie poszły w ruch. Co więcej, to był rok cięć i zaciskania pasa. Cięć oczywiście w wielu przypadkach groteskowych. Prezydent bowiem oszczędzał, na czym się dało: na obuwiu strażników miejskich, wodzie w szkolnych basenach czy oświetleniu, co chyba najbardziej irytowało torunian.

Most dla ludzi...

Most marudzi...

Wciąż nie ruszyła zapowiadana na jesień 2009 budowa mostu. Ociągają się również inwestorzy galerii handlowych: Solaris Center i Toruń Plaza. Z miejskich projektów w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego rozpoczęła się tylko przebudowa Szosy Chełmińskiej. (Na marginesie: sądzę, że marszałek powinien pogrozić palcem władzom Torunia. Że za to odwlekanie inwestycji może odbierać odebrać nam pieniądze zapisane na liście projektów kluczowych.)

Na horyzoncie nie widać też kolejnych inwestycji. Jedna z branż, jaka ostatnio rozkwita, to bezdotykowe myjnie aut. To smutne. 2010 ma być lepszy. Większość wspomnianych inwestycji ma się rozpocząć. Trudno jednak nie wiązać tego z kampanią wyborczą. Czy to zwykły przypadek?

Tak halę widzą architekci z firm Dedeco i MD

Tak halę widzą architekci z firm Dedeco i MD. Jak dla mnie ten projekt jest wielką pomyłką. Na pierwszy rzut oka to kolejny klocek. No i ten wynik...

Patrząc na tegoroczne plany, aż chciałoby się, by wybory odbywały się co rok. Na jednym wdechu nie sposób wymienić inwestycji, jakie zaplanował prezydent na 2010: most, sala koncertowa, hala widowiskowo-sportowa, północna średnicówka, zadaszenie stadionu żużlowego, Centrum Nowoczesności, Toruński Inkubator Technologiczny, podstawówka na Bielawach, parking podziemny na pl. św. Katarzyny. Nie będzie miesiąca, by władze, nie wbiły symbolicznej łopaty.

Przez ostatnie dni głośno było o wypadku Michała Zaleskiego. Na forach roztrząsano, skąd prezydent wziął Opla Vectrę, skoro nie wpisał go do ostatniego oświadczenia majątkowego. Niektórzy w napięciu czekali na opinię biegłych, czy kraksa na Bema była kolizją, czy wypadkiem. A to wszystko przeplatały kolejne komunikaty o stanie zdrowia gospodarza Torunia.

Nic dodać, nic ująć

Nic dodać, nic ująć

W ubiegłym tygodniu zapytałem więc wiceprezydenta Zbigniewa Fiderewicza, czy w zastępstwie Michała Zaleskiego 18 stycznia spotka się z szefem resortu infrastruktury Cezarym Grabarczykiem i porozmawia z nim o zwiększeniu mostowej dotacji. Usłyszałem jednak, że nie będzie takiej potrzeby, bo prezydent zamierza spotkać się z ministrem. Kilka godzin później rzeczniczka Zaleskiego wysłała kolejny komunikat, w którym czytamy, że jej szef „odniósł poważne obrażenia układu kostnego i narządów ruchu”, a „leczenie szpitalne potrwa do końca tego miesiąca”.

Jak zatem będzie wyglądać to spotkanie? Czy minister odwiedzi Zaleskiego w szpitalnym łóżku lub świetlicy? Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się to z czasami PRL-u albo z jakimś filmem z tamtego okresu (bo w PRL-u przeżyłem niecałe dziewięć lat). Mam więcej pytań: Jaki charakter będzie miała ta rozmowa? Służbowy czy prywatny? Jeśli służbowy – bo przecież rozmowa o moście ma traktować – to, czy jest to zgodne z przepisami? Czy Zaleski może załatwiać kasę na most w szpitalu, będąc na zwolnieniu lekarskim L4? (Nie szukam dziury w całym. Zadaję tylko pytania.) A tak na marginesie: to w ogóle nie wyobrażam sobie rozmowy tych dwóch panów np. w szpitalu, kiedy jeden z nich leży bądź siedzi z nogą w gipsie. Groteska.

Połowa lat 80. Kombinezon, sanki...

Olsztyn. Połowa lat 80. Kombinezon, sanki...

A na koniec garść wspomnień. Ostatnie śnieżyce, zamiecie i zawieje kojarzą mi się z dzieciństwem. Sankami, które dzieliłem z bratem, kombinezonem, niewielką górką na osiedlu, śnieżkami, które nie chciały się lepić i bałwanami, które stały kilka tygodni.

The best of… Michał Zaleski ver. 2.0

Nie wiem, czy jest jeszcze ktoś w Toruniu, kto poza Michałem Zaleskim wie, o co chodzi z toruńskim mostem. Prezydent potrafi odmieniać już go przez wszystkie przypadki. Pewnie zasypiając, widzi przed oczami odlewane filary przeprawy.

Kadr z 18. urodzin Radia Maryja (źródło: TV Trwam)

Kadr z 18. urodzin Radia Maryja (źródło: TV Trwam)

(Tym razem będzie poważnie.) Jako torunianin mam już dość tego, co się dzieje wokół mostu. Rok temu, kiedy wianek polityków PO obwieścił wszem i wobec, że projekt trafi na listę podstawową z unijnym dofinansowaniem, mieszkańcom Torunia spadł kamień z serca. To „wydarzenie” zostało okrzyknięte wydarzeniem 2008 r. Pamiętam jak z budynku Urzędu Marszałkowskiego wraz z posłem Grzegorzem Karpińskim dzwoniłem do Radia Gra, aby ogłosić tę wiekopomną informację. Minął rok, a mostu nie ma. Ani metra. Nie wiem nawet, czy krzaczki i drzewka, które rosną na jego trasie są wykarczowane.

Najpierw była mowa o wiośnie. Potem jesieni. A teraz mówi się o lecie 2010 – jeśli oczywiście wszystko pójdzie zgodnie z planem. Taką mantrę co chwilę można usłyszeć z ust prezydenta. (Mam pisać dalej?) W poniedziałek Zaleski odwiedził minister rozwoju regionalnego. I co? I nic. Potwierdziło się to, co wiedzieliśmy od wielu miesięcy. Nie ma szans na zwiększenie dofinansowania z magicznej liczby 327 na 748 mln zł. Czy prezydent łudzi się, że w tym roku ktoś mu przyniesie most pod choinkę? Z każdej strony – od ministerstwa infrastruktury, posłów rządzących bądź opozycyjnych – słyszę, że nie ma szans na dodatkową kasę. A prezydent – jak twierdzi np. poseł Zbigniew Girzyński – udaje, że tego nie wie. Co więcej, Zaleski idzie krok dalej i wpisał taką wartość dofinansowania do planów budżetowych na przyszły rok, łudząc się, że dostaniemy 85 proc. (Głowa już mnie boli. Mam mostowy strumień świadomości.)

Dlaczego znów kampania wyborcza w mieście będzie krążyć wokół mostu? Mieliśmy już potyczkę Zaleskiego z Filarem i most w tle. Potem most pojawił się w kampanii do parlamentu, a ostatnio do europarlamentu. Mam już tego dość. Czy siedem lat nie wystarczy, aby wybudować most w Toruniu? Czy prezydent czeka z wbiciem pierwszej łopaty na wybory? Czy inwestycje – średnicówka, sala koncertowa, inkubator technologiczny, centrum nowoczesności – są skrojone i specjalnie opóźnione, aby rozpoczęły się właśnie w 2010 r.? Mam nadzieję, że nie.

Jaki powinien być prezydent Torunia? Powinien słuchać i wsłuchiwać się w głosy mieszkańców, a co najważniejsze – dostrzegać ich przy planowaniu budżetu miasta. Nie powinien wdzięczyć się tylko do wybranych środowisk w TV Toruń i TV Trwam lub mówiąc wprost – do swojego elektoratu. Zamiast dróg, mostów, kilometrów, ton asfaltu, cegieł i zbrojeń powinien mówić o ludziach.

Jaki jest prezydent Zaleski? Łatwiej jest mu mówić o kilometrach dróg, metrach kwadratowych powierzchni oddanych do użytku niż o ludziach i ich potrzebach. Czy asfalt i beton załatwi wszystkie problemy? Wystarczy spojrzeć na Rynek Nowomiejski. To zmarnowana szansa i chyba najlepsza metafora rządów Zaleskiego. Kilka lat temu na nowo wybrukowano plac. Zniknęły obleśne, czerwone budy, gdzie można było kupić mydło i powidło. Dostaliśmy jednak pustkę, która bije po oczach. Pustkę, z którą nikt nie może sobie poradzić. Pustkę pod hasłem „rewitalizacja za unijne pieniądze”. Smutek. (Słownik synonimów podpowiada jeszcze: depresja, dno, dołek psychiczny, dół, ponurość, przygnębienie, zdołowanie, boleść, ból, opłakiwanie, rozpacz, żal, bieda, bolączka, nieszczęście, strapienie, troska, udręka, utrapienie, zgryzota, zmartwienie.)

Jak będzie wyglądać przyszły rok? Będzie taki jak najbliższe dni. Prezydent ma już kalendarz wypełniony spotkaniami opłatkowymi w całym mieście. (A tak na marginesie. Ostatnio byłem na stronie www Piotra Grzymowicza, prezydenta Olsztyna. Ciekaw jestem, kiedy prezydent Zaleski wpadnie na taki pomysł. Mógłbym zrobić sondę pod tym wpisem: Czy prezydent Zaleski odpowie na ten wpis? a) Tak. b) Nie! W życiu! c) Czy prezydent potrafi posługiwać się internetem? d) Nie wiem. Być może. f) Zrobi to za niego urzędnik.)

Prezydent Zaleski jest wszędzie. Naprawdę

Tak przynajmniej twierdzą niektórzy toruńscy radni. W piątek prezydent Zaleski otworzył pięć „Orlików” w ponad dwie godziny. To chyba rekord Polski. – Te boiska były bardzo potrzebne w Toruniu – przemawiał do dzieci i młodzieży. Były wstęgi, balony i przemówienia. Bo prezydent – jak twierdzi radny Krzysztof Makowski – „kocha bywać, otwierać, przecinać”. I to nie od dziś.

YouTube Preview Image

Czy prezydent Zaleski ma czas, by zajmować się najważniejszymi sprawami w mieście? Radny Makowski twierdzi, że nie. Sprawdźmy więc. Czy da się Zaleskiego porównać do Gierka? Radna PO ma takie skojarzenia. – Pamiętam, jak w telewizji Gierek ciągle przecinał wstęgi – wyznaje Krystyna Dowgiałło, szefowa klubu PO. – A to była mleczarnia, rzeźnia, a to linia twarożków homogenizowanych.

Weźmy pod lupę trzy tygodnie z życia Michała Zaleskiego. Czym zajmował się od początku tego miesiąca? Nieoceniona będzie tutaj strona magistratu, który śledzi każdy krok prezydenta. Można zobaczyć tam prezydenta w różnych pozach, garniturach, a także z obowiązkowym uśmiechem.

Listopad Zaleskiego w pigułce. Zaznaczam z góry, że nie jest to imponująca lektura.

  • 1 listopada prezydent wraz z małżonką wziął udział w kweście na cmentarzu św. Jerzego.
  • 4 listopada brał udział w sesji poświęconej prof. Zawackiej, gdzie wręczył medale Pro Memoria trzem paniom zasłużonym dla upamiętnienia wojennej służby Polek, a o 12 spotkał się z dziennikarzami.
  • 5 listopada o godz. 10 spotkał się z dziennikarzami. Potem pojechał na konferencję „Polska przedsiębiorcza – przedsiębiorczy Toruń (godz. 11.30), a o 15 – otworzył nową siedzibę ZNP przy ul. Grunwaldzkiej.
  • 6 listopada prezydent wręcza juniorom TKP puchar przechodni prezydenta Torunia (jest kawa, herbata i woda mineralna).
  • 7 listopada bierze udział w Colloquia Torunensia (zasiada w pierwszym rzędzie obok rektora UMK i biskupa).
  • 9 listopada prezydent najpierw w Biznes Parku otworzył forum organizacji pozarządowych, potem w magistracie wręczył nauczycielom tytuły honorowego profesora oświaty, a później spotkał się z najstarszymi toruńskimi bliźniaczkami – panią Wandą i Ireną, które obchodziły swoje 85. urodziny.
  • 10 listopada o godz. 13.30 dał sygnał do startu w młodzieżowym biegu z okazji Święta Niepodległości.
  • 11 listopada bierze udział w uroczystościach z okazji Święta Niepodległości (msza, przemarsz, składanie kwiatów, potem idzie na gęsinę do marszałka i śpiewa wspólnie z nich legionowe pieści). Tego dnia wsiadł też do pociągu wolności na Dworcu Głównym.
  • 12 listopada – sesja Rady Miasta (praktycznie cały dzień z krótkimi przerwami np. o godz. 14 na konferencję prasową i podpisanie umowy w sprawie BiT City).
  • 16 listopada prezydent o godz. 12 spotyka się z elektrykami na konferencji poświęconej Alfonsowi Hoffmannowi, a o godz. 13 jest już na dawnym cmentarzu żydowskim przy ul. Pułaskiego, gdzie odsłania tablicę upamiętniającą kirkut.
  • 17 listopada o godz. 10.30 kolejna konferencja prasowa.
  • 18 listopada o godz. 10 wręcza medal Thorunium 80-letniemu fotografowi – Czesławowi Jarmuszowi.
  • 19 listopada o godz. 10 spotkał się z dziennikarzami.
  • 20 listopada otwiera pięć „Orlików” (w godz. 11-13), z boisk pojechał do Biznes Parku, gdzie spotkał się z uczestnikami obchodów Dnia Pracownika Socjalnego, a następnie o godz. 17.30 przyznaje Izbie Przemysłowo-Handlowej medal Thorunium.
  • 23 listopada wziął udział w uroczystym ślubowaniu urzędników (10.30 w Ratuszu Staromiejskim), a o 18 wręczył czek na 100 tys. zł toruńskim żużlowcom.
zaleski1

Czy te oczy mogą kłamać? (internet, paint, irfanview)

Ufff. Nudna ta wyliczanka. W listopadzie prezydent Zaleski wydał 24 zarządzenia i 26 ogłoszeń, czyli średnio po jednym zarządzeniu i ogłoszeniu dziennie. To dopiero początek. Można się tylko domyślać, jak będzie wyglądać kolejny rok. Prezydent Zaleski podpisuje umowę z wykonawcą mostu, wbija pierwszą łopatę na budowie mostu, sali koncertowej, sali widowiskowo-sportowej, kolejnych pięciu “Orlikach”, Szosie Lubickiej, średnicówce, parkingu podziemnym na pl. św. Katarzyny, a także rozpoczyna prace w inkubatorze technologicznym i centrum nowoczesności, które powstaną w Młynach Toruńskich. A później będzie otwierać i przecinać wstęgi. I znów: parking podziemny, “Orliki”, sala koncertowa Zespołu Szkół Muzycznych, sala gimnastyczna IV LO, kolejne bloki socjalne, komunalne, TTBS. Będą konferencje, spotkania z mieszkańcami, święta państwowe, rocznice, obchody, sympozja, wystawy, koncerty, festiwale, kongresy, sadzanie drzewek, kolejni 100-latkowie, którym prezydent podaruje koce. Itp., itd. Będzie się działo.

http://www.youtube.com/watch?v=pCdPN2plsb0

Wszystkiemu winni są konserwatorzy

Muszę jeszcze dodać kilka słów komentarza do tekstu, który wczoraj napisałem na temat kamienicy na Bydgoskim Przedmieściu przy Klonowica 30. Mam świadomość, że konserwatorzy zabytków mają niełatwy kawałek chleba. Cokolwiek zrobią, jest źle. Gdyby zabronili docieplić tę kamienicę, słów krytyki nie szczędziliby mieszkańcy tego budynku, pisaliby odwołania i napuściliby na nich wszystkich, łącznie z mediami. W tym przypadku nie ma jednak żadnego usprawiedliwienia dla decyzji konserwatorów. Kiedy spoglądam po raz enty na te sztukaterie, czuję się bezsilny.

Zachód słońca nad styropianową Skarpą

Zachód słońca nad styropianową Skarpą

Styropian, który wkrótce zakryje te dekoracje, jest znakiem naszych czasów, w których nagminnie używamy półśrodków, a ostatecznie najważniejszy jest rachunek ekonomiczny. Musi być szybko, tanio i byle jak. Nie zamierzam się tutaj wznosić na kolejne kręgi patosu. Nie o to chodzi. Wnioski są proste. Nic – nawet drobiazgowo odwzorowane sztukaterie na styropianie – nie zastąpi, a raczej nie powinno zastępować oryginału. Musimy sobie raz na zawsze uświadomić, że wokół nas coraz mniej jest oryginalnych przedmiotów. Otaczają nas bezduszne wydmuszki: made in China. Już prawie wszystko powstaje na taśmie, w drobnych rękach Chińczyków lub dusznych halach w Tajwanie. (Znów niebezpiecznie zbliżam się do banału!)

Ale tak wyglądają właśnie miliony polskich mieszkań. Gdyby przeciąć na pół 11-piętrowy wieżowiec, okazałoby się, że trudno znaleźć tam jakiekolwiek różnice. Że krój szafek kuchennych jest podobny, że każdy ma lustro w tym samym miejscu w przedpokoju i kosz na śmieci pod zlewem. (Niezbyt udane to porównanie. Spróbujmy więc inaczej.)

Mówiąc wprost: nie podoba mi się współczesna toruńska architektura. Widzę więcej minusów niż plusów. Czasami pojawiają się tylko przebłyski, ale gdybym miał wymienić projekty, którymi mógłbym się pochwalić wnukom, nastałaby cisza. Przykłady? Jednym z nich na pewno jest kamienica PZU Życie przy ul. Żeglarskiej. Trudno to jednak tak naprawdę nazwać znakiem naszych czasów. Po sobie zostawimy klocek Cinema City, aluminium na dworcu Veolia, bezpłciowe hotele B&B, Ibis i Etap. Po naszych czasach zostaną tony asfaltu, bo specjalnością obecnych władz miasta jest wydawanie grubych milionów na remonty dróg.

To doskonały moment, aby wrócić do porównania naszych czasów do okresu dwudziestolecia międzywojennego z pierwszego mojego wpisu na tym blogu. Tych dwóch światów nie da się porównać, ale zestawiając obok siebie np. harmonijkę z nowym wydziałem prawa i administracji, stary dworzec autobusowy z nowym, wypadamy naprawdę blado. To jakby dwa różne światy. Czyżby wtedy nasze miasto było bogatsze, a ówczesne władze miały lepsze poczucie smaku? (Uciekam od tematu.)

Czy wpisanie Bydgoskiego Przedmieścia do rejestru coś zmieni? Obawiam się, że nie. Mieszkańcy będą mieli więcej formalności, i tyle. Jeśli teraz konserwatorzy, nie są na tyle konsekwentni i uparci, aby postawić na swoim, nie oglądać się na względy społeczne i robić to, do czego są powołani, czyli ochrony zabytków, czy po wpisaniu do rejestru, ich podejście w tajemniczy sposób się zmieni. I jeszcze kolejna rzecz. Czy biuro miejskiego konserwatora zabytków, gdzie pracuje teraz pięć osób (proszę sprawdzić!), będzie w stanie ogarnąć wszystko to, co dzieje się na Starówce (tu i tu kilka przykładów) i Bydgoskim Przedmieściu (a rejestrowe zabytki mamy też w innych dzielnicach)? Szczerze w to wątpię. Wpis obszarowy będzie więc fikcją. Oczywiście, fikcją bardzo wygodną dla wojewódzkiego i miejskiego konserwatora zabytków. Zawsze będą mogli powiedzieć, że coś zrobili i pogrozić ustawą o ochronie zabytków, która jest tępym mieczem do walki z krnąbrnymi właścicielami zabytków. Czuję, że już płynę, więc skończę, bo jeszcze napiszę za dużo. Na szczęście blog nie papier.

Poza tym zachęcam do pisania zarówno do miejskiego, jak i wojewódzkiego konserwatora zabytków. O dziwo, czytają e-maile.