platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum kategorii: Frezowanie

Przybyszewski szykuje się do ataku!

Na pierwszy ogień idą portale społecznościowe. Waldemar Przybyszewski, szef rady miasta, kandydat PO na prezydenta Torunia jest już na Naszej-Klasie, orbiTorun i Facebooku.

Przybyszewski jakoś ostatnio wymłodniał...

Warto jednak przypomnieć, jak kandydat PO do prezydenckiego fotela zaczynał swoją karierę w Naszej-Klasie. Zobacz tutaj. Tym razem wszystko wskazuje (obiecuję, że to sprawdzę), że profil na orbiTorun i Facebooku powstały jedynie na użytek kampanii i wkrótce na stronie kandydata PO, która jest w tej chwili w przebudowie, w prawym pasku albo gdzieś w menu będą odnośniki do profilu na N-K, orbiTorun i Facebooku. Zapewne (tu znowu brak pewności) nowa strona szefa rady miasta będzie bardziej przejrzysta, interaktywna, migająca, mówiąca już na powitanie: „wejdź we mnie, na pewno nie pożałujesz”.

Odchodząc nieco od tego tematu, muszę stwierdzić, że w porównaniu do 2006 r. nie mieliśmy jakiejś wielkiej rewolucji w podejściu radnych czy prezydenta Torunia do internetu. Nadal jest on traktowany po macoszemu. Radni, a tylko kilku ma swoje strony, wrzucają artykuły bardzo rzadko – prawie tak rzadko, że można by ich strony nazwać niemal martwymi. Powstał miejski portal społecznościowy, ale nie ma tam wysokiej rangi urzędników na czele z prezydentem. Z pewnością jest to zmarnowana szansa Michała Zaleskiego. Bo prezydenci innych polskich miast nie mają problemów z korzystaniem z internetu, ba!, wielu z nich z powodzeniem prowadzi swoje blogi np. gospodarze Opola, Bytomia czy Olsztyna (nie czytuję ich, w tym przypadku ufam google).

Oczywiście do szczęścia, jako torunianinowi nie jest mi potrzebny prezydent, który będzie pisać na N-K, co myśli, jak się czuje, a każdy będzie mógł go śledzić za pomocą Śledzika; prezydent, który rozwiąże nawet jakiś głupawy quiz (autentyczne przykłady: Czy spędziłeś godnie te wakacje? Jaka używka najlepiej pasuje do Ciebie? Którą z sióstr bez endu jesteś? Jakim gównem jesteś? Kim z Higurashi jestes? W jakiej pozycji poczęli cię rodzice?) na Facebooku. Chciałbym jednak, aby prezydent Torunia doskonale wiedział, czym jest internet i jakie daje możliwości. (Znów zmiana tematu.) Patrząc, jak zorganizowany jest magistrat, ile rzeczy można załatwić za pomocą internetu, mogę z (prawie) pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że Toruniem i urzędem miasta rządzą ludzie, którzy nie czują tej cha-chy. Magistrat wciąż tkwi w epoce Gutenberga.

Skończmy ten strumień świadomości. Skorzystałem z opcji „zaczep Waldemara”, jaka jest dostępna na profilu szefa rady miasta. Czekam na odpowiedź. Ciekaw jestem, jak szybcy są sztabowcy Przybyszewskiego i jak szybko odpisaliby na pytanie natrętnego dziennikarza: „Witam, Panie Przewodniczący! Czego Pan szuka na Facebooku?”

Prezydent Zaleski topless

Oglądając audycje jednej z toruńskich telewizji, przecieram oczy ze zdumienia, łapię się za głowę, zadaję sobie mnóstwo pytań (bardzo podstawowych, wręcz idiotycznych – “jak to?”, “jak tak można?”, “dlaczego?”). Ma ona oczywiście zalety – nie wychodząc w ogóle z domu, mogę się dowiedzieć, co się dzieje w mieście. Na to wszystko nałożony jest jednak specyficzny filtr.

(Nie chcę za dużo tu napisać. Podam tylko przykład. Wkrótce będą kolejne. Resztę ułóżcie sobie sami.)

Materiał nr 1. O prezydencie Michale Zaleskim, który wybrał się z wizytą do kolonistów, którzy dzięki MOPR pojechali do Zbiczna. Najpierw dzieci. Mówią, co robiły. Bla, bla, bla. Głos z offu: “Największą atrakcją na koloniach jest kąpiel w jeziorze”. Znów dzieci. Głos z offu: “Najmłodszy uczestnik kolonii, sześcioletni Kuba namówił do rywalizacji prezydenta Michała Zaleskiego. Sprawdzał, ile wytrzyma pod wodą”. 47 sekunda materiału spod wody wynurza się… prezydent. (Ta, ta!)

Kadr nr 1 z materiału TVK Toruń "Prezydent u kolonistów" z 26 lipca 2010

Przeciera oczy. Wytrzymał 32 sekundy.

Kadr nr 2 z materiału TVK Toruń "Prezydent u kolonistów" z 26 lipca 2010

Prezydent (mokry, bez koszulki i uśmiechnięty): “Kuba był lepszy”.

Kilkadziesiąt sekund później prezydent jest już w koszuli.

Kadr nr 3 z materiału TVK Toruń "Prezydent u kolonistów" z 26 lipca 2010

Zaleski: “Dzieciaki są zadowolone, szczęśliwe, uśmiechnięte. Kąpią się codziennie. Czasami nawet dwa razy dziennie. Pogoda dopisuje. Opiekę mają tutaj także znakomitą”.

Od razu sobie przypominam, jak prezydent bodajże w 2006 r. wskoczył w garniturze do miniaquaparku, rok temu otwierał po kolei bodajże (pamięć już nie ta) pięć “Orlików”. Pamiętam te wszystkie wizyty, wigilie, opłatki, przecinanie wstęg, przemówienia, toasty. Czy tak będzie też wyglądać zbliżająca się kampania wyborcza? CDN

MZK uwierzył w internet

Miejski Zakład Komunikacji coraz śmielej wkracza w internet. Co chwilę zamieszcza kolejne sondaże, w których pyta pasażerów-internautów, którędy ma kursować linia, czy jest Pan/Pani za zmianą godziny odjazdu, itp. I aż dziw bierze, wsłuchuje się w te głosy.

Dyrektor Maria Zawal musi odejść? Fot. Lech Kamiński

Ostatnio jednak przeglądając stronę MZK znalazłem kolejny quiz. (Milutki, migający banerek odsyłający do strony, niestety, został już zdjęty. Na szczęście znalazłem tę stronę w historii mojej przeglądarki.) Tym razem nasz szanowny miejski przewoźnik pyta szanownych pasażerów: „Ile kosztowałby bilet na 1 przejazd w Toruniu gdyby nie obowiązywały ulgi w przejazdach?” Poniżej jest ramka z hasłem: „Uważam, że bilet kosztowałby”… A na końcu tej internetowej zabawy czytamy: „Pierwsza poprawna odpowiedź będzie nagrodzona”. Wpisuję więc imię i nazwisko, wiek 20-29 lat, adres e-mail, no i cenę biletu. Niech będzie 1,4 zł. I co wyskakuje?

Nic. Nawet automat nic mi nie napisał. Pewnie coś przyjdzie na skrzynkę, może za dzień, dwa lub trzy. Może dostanę album z okazji 119-lecia MZK z rąk własnych pani dyrektor Marii Zawal. Któż to wie? Do tej zabawy nie mam żadnych uwag, ale w MZK – co pokazały już wcześniejsze sondy i decyzje szefostwa – nic nie dzieje się ot tak sobie. Nie chcę być posądzony o złośliwość, ale ten niewinny quiz może być zwiastunem kolejnych manipulacji wokół biletów, o których pewnie dowiemy się – to już tradycja – w ostatniej chwili.

Nie będę się tutaj rozwodził o potrzebie zmian w MZK, planach restrukturyzacji, prywatyzacji, o kiepskim wizerunku firmy, która wciąż tkwi w głębokim PRL-u. Ale wreszcie przydałaby się jakaś rewolucja w tym molochu. (Dopóki jednak na czele zakładu stoi p. Zawal, rewolucji nie będzie.) Już kilka lat temu pisałem o tym, by wreszcie szefostwo MZK i miejscy urzędnicy siedli z pasażerami i zrobili burzę mózgów o przebiegu tras autobusowych. (Coś takiego zrobił olsztyński MPK. Na początku był burdel, ale linie zostały dopasowane do istniejącej sytuacji. A u nas wygląda to tak, jakby miasto od kilkudziesięciu lat się nie rozwijało.)

Wciąż w mieście są białe plamy np. z ul. Kościuszki nie dojedziemy na dworzec Toruń Główny, na ul. Bema nie dojadą np. mieszkańcy Rubinkowa, Winnica i Jakubskie jest odcięte od północnych osiedli, studenci powinni omijać Kaszczorek, Bielawy-Grębocin i wiele innych zakątków, skąd nie dotrzemy bezpośrednio do kampusu. Trzeba się też przyjrzeć ulgom i darmowym przejazdom. Konieczna jest dyskusja i wyznaczenie kierunku, w jaką stronę ma iść ta polityka biletowa. Magistrat musi się w końcu wziąć do roboty i wprowadzić kartę miejską, która będzie nie tylko biletem MZK, ale też na koncerty, do muzeum czy na strefę płatnego parkowania.

Trzeba też zmienić nazwy przystanków, które pamiętają jeszcze Gierka i jego kolegów (np. Sezam, Saturn, Merkury, Jowisz, Polchem). Powinny one być czytelne, jak w innych miasta np. można podawać nazwę ulicy, a później charakterystyczny punkt. (Zapewne niejedna firma skusiłaby się na tego typu reklamę.) Nazwy, jakie widnieją na przystankach, mają służyć głównie przyjezdnym i ułatwić im orientację w mieście.

Jak MZK wizerunek chce ocieplić

Dyrekcji MZK nie da się ruszyć. Próbowało już wielu dziennikarzy. Cokolwiek by nie napisali, dyrekcja nie zadrży w posadach. Dyrekcja nie dba o kontakty z mediami. Od dawna nie ma rzecznika. Bo po co? Postanowiła jednak ocieplić swój wizerunek.

118 lat doświadczenia?

Na razie są to tylko nieśmiałe próby. Co chwilę na stronie internetowej przewoźnika pojawia się coraz to nowszy animowany gif. Jeden z nich sympatycznie miga: „Jadąc do pracy, do szkoły, na zakupy zauważyłeś pozytywne zachowanie kierowcy czy motorniczego. Czytaj…” (Czas na krótki nawias. Kilkanaście sekund starczyło mi, aby znaleźć cały arsenał niepochlebnych tekstów o MZK: poczynając od interwencji w sprawie niesfornych szoferów – tu, tu i tutaj, a kończąc na zdecydowanych reakcjach i decyzjach szanownej dyrekcji: tu, tu i tutaj.)

Sympatyczny banerek MZK

Klikając na ten sympatyczny banerek – rodem z lat 90., gdy internet jeszcze raczkował – przenosimy się do formularza. MZK zachęca już nieco bardziej bełkotliwo-oficjalnie: „Szanowni Pasażerowie! Jeżeli podczas przejazdu środkami komunikacji miejskiej w Toruniu stwierdzili Państwo, iż prowadzącego pojazd (kierowcę/motorniczego) cechuje wysoki poziom kultury jazdy prosimy o głos”. Trzeba podać imię i nazwisko, e-mail, wiek, podać datę i godzinę przejazdu, numer linii i numer boczny wozu. Do tego można też dodać coś od siebie, czyli „krótki opis sytuacji”. Link, który prowadzi do tej strony, został nazwany jako „Ranking 2010”.

Ciekaw jestem, co dostaną kierowcy i motorniczy, którzy byli mili dla pasażerów. Czy będzie to uścisk prezydenckiej bądź dyrektorskiej dłoni, dyplom, 12-przejazdowy karnet, sieciówka dla kuzyna, a może przesiadka z jelcza do nowiutkiego mana albo z czerwonego do żółto-niebieskiego tramwaju „made in serwis MZK przy Sienkiewicza”? A może będzie to jakaś premia? Na razie głośno było raczej o karach dla kierowców bądź motorniczych.

W serwisie znalazłem jednak stronę o „Rankingu 2008”. Był organizowany z okazji światowego dnia życzliwości w dniach. Wpłynęło łącznie – uwaga! – 17 głosów. Oto fragmenty uzasadnień, które nadesłali pasażerowie: „Jest uprzejmy, poczekał jak jechałam linią nr 10”, „Był bardzo sympatyczny, a jego jazda bardzo płynna”, „Kierowca zaczekał na mnie, otworzył drzwi i tak na każdym przystanku”, „Słyszałem jak grupka cudzoziemców, prawdopodobnie studentów pytała kierowcę o to, jak dojechać w pewne miejsce. Kierowca nie zbył ich, mówiąc np. że nie rozumie o co im chodzi, lecz trochę po niemiecku, trochę po angielsku wytłumaczył im gdzie mają wysiąść”. Zadam naiwne pytanie: Czy jesteśmy świadkami poważnych zmian w MZK? Nie trzeba szukać daleko. W aktualnościach na www przewoźnika znajdziemy informację o zmianach w rozkładach jazdy, które zostały uwzględnione zgodnie z postulatami pasażerów. Ostatnio MZK przeprowadził też kilka sond, po których zmienił trasę m.in. „piętnastki” i „szesnastki”. Czy MZK ma już ludzką twarz?

OrbiToruń. Pierwsza krew

Za kilka dni miną dwa miesiące, odkąd działa miejski portal społecznościowy (podobno pierwszy w kraju). Serwis zacznie jednak coś znaczyć dopiero, gdy pokaże, że jest w stanie zmieniać rzeczywistość, wpływać na decyzje władz Torunia, radnych czy często bezdusznych urzędników. Śledząc ten portal, wątpię, czy ten eksperyment się uda.

Panorama OrbiToruń (źródło: orbitorun.pl)

Statystyki OrbiToruń są imponujące. W ciągu prawie dwóch miesięcy zalogowało się tam 923 użytkowników, powstało 111 aktywnych grup, 189 tematów na forum i aż 114 pomysłów dla miasta, które wydawały się z początku najsilniejszą stroną tego portalu. Jak na razie urzędnicy rozpatrzyli jeden pomysł. Chodzi o pomalowanie śmieciarek MPO. Znakomity pomysł Pracowni Zrównoważonego Rozwoju. Mowę mi odebrało, gdy przeczytałem, jak MPO zareagowało na tę propozycję. (Z półtoramiesięcznym opóźnieniem.) Do odpowiedzi wyciągnął ją portal. I usłyszał, że pomalowanie dwóch burt śmieciarki kosztuje od 3 do 5 tys. zł. MPO jednak po wybudowaniu zakładu unieszkodliwiania odpadów nie stać na malowanie śmieciarek (Zakład kosztował ok. 16 mln euro. Czym jest więc w tym obliczu 5 tys. zł? Warto jednak wspomnieć o zimie, podczas której MPO zarobił jak nigdy dotąd.) Bo „z propozycją związanych jest wiele problemów” – tłumaczy Dorota Arczyńska, rzecznika spółki. MPO spłaca teraz kredyty i ma inne priorytety niż malowanie śmieciarek. Mamy 20 takich pojazdów, co daje 100 tys. zł. Arczyńska jest dyplomatką: „Mogłoby być też tak, że pomalowane śmieciarki po kilku tygodniach wyglądałyby mniej estetycznie niż tradycyjne pomarańczowe pojazdy. Utrzymanie czystości śmieciarek to w polskich warunkach atmosferycznych o wiele trudniejsza sprawa, niż w Philadelphii”. (Stamtąd pochodzi ten pomysł. W Ameryce śmieciarki bez problemu pomalowali studenci. Ale to Ameryka.)

OrbiToruń pisze więc wprost: „Urzędnicy odkładają na razie pomysł na półkę, ale obiecują, że można do niego wrócić, kiedy sytuacja finansowa MPO będzie lepsza”. Porażka. Miejski portal za ok. 220 tys. zł nic nie wskórał. Skandal! Granda! Dlaczego portal nie zwrócił się z tym pomysłem do magistratu, który od czasu do czasu dokłada do MPO? Tego nie wiem. Ciekawe, co by usłyszał, gdyby to zrobił. (Może po prostu: „Chłopaki dajcie spokój, bo wykreślimy was z budżetu”.) Najsmaczniejsze jest jednak zakończenie śmieciowego postu. Marceli Sulecki, redaktor naczelny OrbiToruń pisze: „Niedługo omówimy kolejne pomysły. W MPO obiecano nam, że instytucja założy konto na portalu. Na razie ma je Urząd Miasta, a w ciągu kilku dni dołączy do niego Miejski Zarząd Dróg. Czekamy na kolejnych decydentów! Bez nich orbiToruń nie będzie tak obywatelski jak być powinien”. Dobrze, że redakcja zdaje sobie z tego sprawę. Dobrze, że o tym pisze.

Z dnia na dzień przybywa pomysłów. Jeśli urzędnicy będą na nie odpowiadać w takim tempie. To odpowiedzi na 111 pomysł doczekamy się… (Nie chce mi się już liczyć. Pewnie za kilka lat.) Jest jednak promyk nadziei. Promyczek. Rozmowa z Pawłem Piotrowiczem, szefem miejskich portali z wydziału współpracy zewnętrznej i informacji. Wiele mówi już sam tytuł: „Urzędnicy deklarują: Chcemy rozmawiać”. Minęły dwa miesiące, a magistrat stać tylko na takie szczere wyznanie.

Prezydent w ramach użytkownika

Jestem zdania, że urzędnicy i władze Torunia (prezydent, wiceprezydenci, skarbnik, sekretarz) powinni być na portalu zalogowani jeszcze przed tymi 923 użytkownikami, którzy nabrali się na miejski serwis społecznościowy. Oni już powinni czekać tam na nas od samego początku z otwartymi ramionami. Czy prezydent Zaleski będzie mieć swoje konto na OrbiToruń? – pyta Sulecki. Piotrowicz: „(…) będzie się oficjalnie pojawiać w portalu w ramach użytkownika o nazwie Urząd Miasta Torunia. To dobre rozwiązanie, bo w rzeczywistości urząd służy prezydentowi do wykonywania zadań i tworzenie dwóch profili o charakterze oficjalnym – osobno dla urzędu i dla prezydenta wprowadzałoby tylko niepotrzebne zamieszanie”. (Powraca więc pytanie, czy Zaleski potrafi obsługiwać komputer.) Brak mi słów, aby to komentować.

Piotrowicz: „Już sama idea portalu – otwartość i wolność słowa – (…) skraca dystans między obywatelem i urzędem. Oczywiście to administracja podejmuje decyzje, ale na poziomie pomysłów, dyskusji, swobodnej wymiany poglądów wszyscy mamy równe szanse (…) Dla mnie ważne jest też, aby ludzie skupieni wokół orbiToruń widzieli w oficjalnym urzędowym profilu partnera do rozmowy, a nie kogoś wyciąganego do tablicy, do przepytywania”. Tutaj nie mogę się powstrzymać od krótkiego komentarza.

Po pierwsze: przepaść między urzędnikami a obywatelami jest duża (może nawet z miesiąca na miesiąc coraz większa) i z pewnością nie zasypią jej odpowiedzi tego typu, co udzieliło MPO.

Po drugie: wszystko wskazuje, że miejskie jednostki (MPO, MZD, a może nawet mój ukochany MZK) założą tam oficjalne profile. Co to jednak zmieni? Równie dobrze mogę wejść na stronę każdej z tych instytucji i wysłać maila za pomocą formularza. Ludzie chcą mieć bezpośredni kontakt np. z szefami tych jednostek. Chcą bezpośrednio pochwalić lub nawrzucać Andrzejowi Glonkowi czy Marii Zawal i zobaczyć, jak oni pod własnym nazwiskiem tłumaczą się ze swoich decyzji, nie zasłaniając się brakiem czasu, rzecznikami prasowymi, przepisami, itp. To dopiero byłoby skracanie dystansu. Dyrektorzy MZD i MZK nie muszą od razu zamieszczać swoich fotek topless z wakacji czy przy kominku z rodziną. Wystarczy prosty gest: obecność w serwisie i w miarę aktywny udział. (Na przykład w piątki ok. 12, kiedy urzędnicy wysokiego szczebla myślą już o weekendzie, zakupach w hipermarkecie lub biorą udział w otwarciu jakiejś siedziby, spotkaniu opłatkowym, przecinaniu wstęgi czy objeździe.) Dopiero wtedy pan Glonek i pani Zawal będą partnerami do rozmowy.

Po trzecie: Piotrowicz jak słoń w składzie porcelany przypomina nam obywatelom, kto tu tak naprawdę rządzi – „to administracja podejmuje decyzje”. (Pewnie chodziło mu o administrację portalu. Ale czy na pewno? Czy to zwykłe przejęzyczenie?) Proszę Pana, w portalu społecznościowym rządzą obywatele. (Jeszcze na marginesie – w profilu „Urząd Miasta Torunia” nie ma nawet podanych danych kontaktowych. No cóż.) „Po czwarte” nie będzie.

Piotrowicz jednak zaznacza, że urzędnicy powoli przechodzą „z etapu dokładnego czytania (portalu – przyp. WG) do aktywności”. No i żaden ciekawy temat poruszany w portalu „nie powinien być zostawiony samemu sobie, bez odpowiedzi ze strony miasta”. Trzymam kciuki. Jaka będzie szybkość reakcji użytkownika „Urząd Miasta Torunia”? Ten okres „ (…) może być (…) wydłużony” – odpowiada Piotrowicz. Znów głos zabiera Sulecki: „Niedługo ocenimy dialog magistratu z mieszkańcami. Na razie nie wygląda on najlepiej”. Portal wysłał do miejskich jednostek pisma z prośbą o rejestrację w serwisie. Na razie nie ma reakcji z ich strony. Może konsultują je z prezydentem Torunia na cotygodniowych posiedzeniach.

Nadużycia w Urzędzie Miasta Torunia?

Na zakończenie trochę optymizmu: OrbiToruń wreszcie pokaże prawdziwą twarz naszych urzędników i władz Torunia. W końcu będą oni bliżej mieszkańców, ich spraw, problemów. Będziemy partnerami. A tak na poważnie: będzie po staremu. A swoją drogą – nie chcę już rozwijać tego wątku – na OrbiToruń wieje nudą. (I na koniec ostatni nawias. Współczuję redakcji OrbiToruń, bo tak naprawdę jest między młotem a kowadłem. Każdy jej ruch jest dokładnie obserwowany zarówno przez użytkowników, jak i urzędników. Jeśli portal pochyli się nad użytkownikami – ostatnio był taki wybieg w kierunku eNeRDe – urzędnicy będą patrzeć wilkiem. Jeżeli będą się podlizywać, zostaną nazwani urzędową tubą. Przy takim rozdaniu mówi się „pas”.)

Dajcie spokój Kopernikowi!

W ostatnich dniach słowo „Kopernik” odmieniane jest w Toruniu przez wszystkie przypadki. Muszę jednak przyznać, że temu całemu zamieszaniu wokół „powrotu” astronoma do rodzinnego miasta, przyglądam się z niedowierzaniem i niesmakiem.

koperrrnik

Kopernik w Urzędzie Marszałkowskim

(Szczypta patosu na początek.) To będzie wielkie wydarzenie. Urząd Marszałkowski w Toruniu został zasłonięty dwoma wielkimi płachtami z napisem „Powrót Mikołaja Kopernika do Torunia. Pierwsza stacja ponownego pochówku Mikołaja Kopernika 19 lutego A.D. 2010”. Marszałkowscy urzędnicy przygotowali na tę wyjątkową okazję specjalny serwis internetowy. Mamy tam piękny cytat z marszałka Piotra Całbeckiego: „Hołd najwybitniejszemu spośród torunian oddamy w dniu jego urodzin, w świątyni, w której został ochrzczony, przy chrzcielnicy, której do chrztu użyto”. (Pachnie mi to „staropolską” składnią.) Zobaczymy tam też projekt urny „dla doczesnych szczątków Mikołaja Kopernika” i tubę, która „zostanie złożona do trumny ze szczątkami Mikołaja Kopernika”.

Zatrzymajmy się krótko przy zapowiedzi uroczystych uroczystości, jaką można znaleźć w serwisie Urzędu Marszałkowskiego, a zwłaszcza przy najbardziej wzniosłych, górnolotnych, patetycznych, podniosłych i uroczystych (niepotrzebne skreślić) fragmentach tego tekstu: „Kujawsko-Pomorskie odda hołd najsłynniejszemu torunianinowi”, „w toruńskiej katedrze świętych Janów odbędzie się uroczysta msza święta w obecności doczesnych szczątków wielkiego astronoma” i ostatni cytat: „tego dnia dwukrotnie zabrzmi potężny dzwon katedralny, Tuba Dei”. (Zmiana nastroju.)

Czy te kości należą do Mikołaja K.?

Czy te kości należą do Mikołaja K.?

Rzadko jednak w komunikatach podaje się konkretnie, co tak naprawdę do Torunia wróci. Wszędzie się mówi o szczątkach. Do naszego miasta przyjedzie… fragment czaszki i kości nóg. Zostaną one złożone „w specjalnie przygotowanym sarkofagu składającym się z cynkowej trumny oraz wykonanej z egzotycznego drewna części zewnętrznej. Wzmocniona mosiężnymi elementami cynkowa trumna wewnętrzna została wyłożona purpurowym aksamitem (…) Zewnętrzna część sarkofagu nawiązuje do stylistyki gotyckiej i została wykonana z egzotycznego drewna wspartego na metalowych kolumnach. Na wieku umieszczono wizerunek Kopernika oraz mosiężny krzyż” – czytamy na stronach UM. Warty przy fragmencie czaszki i kości nóg będą pełnić przedstawiciele 40 instytucji i placówek.

Ci, którzy nie zmieszczą się w murach katedralnych, zobaczą mszę na telebimie na Rynku Staromiejskim. (Zobaczy ją: pan Henryk, który w piątek spóźni się do pracy, pani Janina, która wróci się do domu, wyłączyć żelazko, pan Grzegorz, który odśnieża chodniki na Starówce, pani Leokadia, która wyjdzie po bułkę, pan Lucjan i pani Marta wracający z całonocnej imprezy, pani Dorota, której pan Damian zrobi zdjęcie z Kopernikiem, może jakaś szkolna wycieczka, a nawet pani Bronisława, która splunie po podpaleniu papierosa.) A gdzie dokładnie? Oczywiście pod pomnikiem Mikołaja Kopernika. – Zależy nam, by w uroczystościach, choćby tylko za pomocą przekazu audiowizualnego, mogło uczestniczyć jak najwięcej mieszkańców regionu i gości, a kościół świętych Janów, choć potężny, ma ograniczoną pojemność – wyjaśnia marszałek Całbecki. Przekaz na telebimie potrwa aż 12 godzin.

(Wątek sensacyjny.) Jeszcze w tym tygodniu pojawiły się pogłoski, że na pierwszą stację pochówku najsłynniejszego torunianina przybędą Lech Kaczyński i Donald Tusk. Informacja umarła jednak śmiercią naturalną po kilkunastu godzinach. Szczątki astronoma przyjadą do Torunia z Olsztyna pod policyjną eskortą. Wszystko po to – jak podkreśla Grzegorz Borek, pełnomocnik zarządu województwa – nie powtórzyła się sytuacja jak z kradzieżą napisu „Arbeit macht frei”. Jednak nawet Borek nie wie, gdzie znajdują się kości. Tę wiedzę ma tylko kuria.

Z ostatniej chwili: dziś o godz. 19 szczątki przejechały przez Chełmno. Samochód z fragmentem czaszki i kości nóg objechał rynek. Z tej okazji w farze biły dzwony. Ciąg dalszy relacji w piątek, z katedry św. Janów. Początek godz. 8. Ciekaw jestem, ilu torunian wzięło sobie na tę okazję wolne?

Poseł Lenz słucha „grunge’u”

„Prywatnie: gra w piłkę i słucha grunge’u” – pisze Tomasz Lenz, szef PO w regionie na profilu w Facebooku. Nirvana, Soundgarden, a może Alice In Chains – nie wiadomo, za którymi formacjami przepada. I są to chyba jedyne jasne strony tego profilu.

Zaczep posła Lenza

Zaczep posła Lenza

Doprawdy nie mam zielonego pojęcia, po co Lenz założył sobie profil na Facebooku. Czyżby faktycznie powód był aż tak banalny? „FaceBook zdaje się być jedynym miejscem, gdzie mogę pisać o swojej pracy” – napisał we wtorek Lenz na tablicy. „Wysiadły serwery i strona www.tomaszlenz.pl przechodzi reanimację. Informatycy robią co mogą, ale zapewne jeszcze trochę to potrwa”. (A tak na marginesie wpisałem sobie słowo „grunge” do słownika ortograficznego i okazało się, że jest to wyraz nieodmienny).

Dlaczego uczepiłem się tym razem Lenza i jego profilu? Powód nr 1. Sprowokował mnie komunikat, że z posłem mam 11 wspólnych znajomych. No to „prawie” jakbyśmy się byli znajomymi.

Powód nr 2. Sprowokowały mnie zdjęcia na profilu posła – z kategorii „Z sejmowych ław”. Poseł pisze: „W końcu udało mi się wgrać trochę nowych zdjęć z pracy w sejmie”. Ten lans jest śmieszny. Może jeszcze takie fotki robią na kimś wrażenie. Przykład: poseł idzie po korytarzu sejmowym, w dłoni trzyma komórkę i czyta jakiegoś sms-a. Brakuje jeszcze tylko zdjęcia zza biurka w biurze poselskim i byłby komplet. W rubryce szkoła wyższa poseł wpisał UMK i historia. Niestety, w profilu nie ma opcji (Facebook tego nie przewidział): zaznacz ptaszkiem, czy masz absolutorium, czy obroniłeś pracę magisterską. (Na stronie sejmowej jest napisane wprost, że poseł ma wykształcenie średnie ogólne.)

Sejmowy profil posła

Sejmowy profil posła

Jednak kiedy zerkam na zdjęcie profilowe pana posła, już nie jest mi do śmiechu. Robię się poważny. (I szczerze pisząc, jakoś nie mam ochoty wklejać tego wpisu.).

I ostatni powód: zachęcił mnie do tego pierwszy wpis pana posła. Mianowicie: „Początki na FaceBooku. Jeszcze chwile zapewne to potrwa zanim opanuję wszystkie funkcje tego portalu :) W miarę możliwości będę aktualizował profil i dodawał nowe zdjęcia oraz filmy”. Przyznam szczerze, że z niecierpliwością czekam na filmy posła z sejmowych ław. Ciekaw jestem, kiedy wygaśnie ten profil. Czy stanie się to po kolejnych wyborach? A może poseł uzależni się od Facebooka i wkrótce przygarnie kociaka w Farmville i skończy wszystkie fuchy na Kubie w kultowej Mafia Wars? A może wypełni quiz „Czy z dupy wystaje ci pies?” Bo mojemu bratu wyszło, że nie mu nie wystaje.

Znów o kampanii ze szczyptą cynizmu

Kampania wkroczyła do mojego życia. W niedzielę przechodząc obok bramy kościoła przy Rydygiera, zaczepiły mnie dwie małolaty – 14, może 16 lat (więcej bym im nie dał) – i wręczyły mi ulotkę Richarda Henry’ego Czarneckiego. Najpierw pojawiła się myśl: „Jezu, kampania przed kościołem. Dawno już czegoś takiego nie widziałem”. Od razu chciałem złożyć ulotkę na pół, włożyć do kieszeni albo wyrzucić prędko do śmietnika.

Tak wygląda kandydat po praniu

Tak wygląda kandydat po praniu

Odwiódł mnie jednak od tego kredowy papier, delikatny i śliski, przyjemny w dotyku i dwa hasła: „Więcej dla Kujawsko-Pomorskiego”, „Najaktywniejszy polski europoseł”. Pierwszy ze sloganów widnieje na tle zarysu granic naszego województwa. Czyżby poseł zamierzał przesunąć granice? – to była moja pierwsza myśl, gdy ukradkiem studiowałem ulotkę w autobusie.

Tego samego dnia – ale po południu wybrałem się z córką na festyn osiedlowy. Obok jednego z przystanków stanęła tablica z plakatami wyborczymi „dwójki” na liście PiS – Przemysława Przybylskiego. Córka od razu zauważyła, że coś jest nie tak i tej tablicy jeszcze wczoraj tam nie było. Zapytała więc: – Co tutaj robi ten pan? Jak trzyletniemu dziecku wytłumaczyć, co to są wybory, europarlament itp., itd., by nie pojawiły się kolejne, jeszcze bardziej kłopotliwe pytania? Nie zastanawiając się, palnąłem więc: – Ten pan lubi, jak inni go oglądają. Podziałało. Nie było kolejnych pytań. Teraz staram się nie chodzić tą drogą z córką, ale ominąć słupy z kandydatami jest ciężko.

W poniedziałek na You Tube pojawił się spot Przemysława Przybylskiego. Muzyka w tle podobna do tej, jaką miał w orędziu prezydent RP. Kandydat prezentuje się na tle panoramy Starówki. Montaż „pierwsza klasa”. Kiedy padają słowa – „wielce szanowni państwo, nazywam się Przemysław Przybylski” – przed kamerą lata upierdliwa mucha lub nieznośny komar. Później słyszymy „w nadchodzących wyborach”, a widzimy kandydata, spacerującego ul. Szeroką, „będę ubiegać się o mandat do Parlamentu Europejskiego” i pojawia się falująca flaga UE. A potem kandydat wymawia słowa z literką „r” – „wiara, rodzina, patriotyzm”. Gdy pada słowo „rodzina” – pojawia się kandydat z żoną (to chyba park na Bydgoskim). W ramiona wpadają im dzieci. „Razem możemy uczynić wiele dobrego” – kandydat ściska dłoń Zbigniewowi Ziobrze. Zobaczcie sami.

YouTube Preview Image

Widziałem jeszcze plakaty trzech innych kandydatów: Richarda Henry’ego, Piotra Petrykowskiego („dwójka” PSL) i Marka Krzysztofa Kolasińskiego. Afisz drugiego z panów jakoś nie rzuca się w oczy. W otchłani mojej pamięci nie zachowały się nawet szczątki wrażeń. Wpadło mi jednak w oko hasło Kolasińskiego. Jeśli dobrze pamiętam brzmi ono tak: „Europoseł z Torunia”. Pamiętam też dobrze, że PO miała już również prezydenta Tuska i premiera z Krakowa. Zatrzymajmy się na chwilę przy Kolasińskim – „nowej twarzy Polski w Europie” – jak promuje się na swojej www. Na jego stronie pojawiło się kolejne wideo. „Wybory kojarzą się z plakatami, ulotkami i nachalną reklamą. W kampanii dr Kolasińskiego liczy się kreatywność. Dlatego publikujemy ten mały spot, który jest zupełnie inny niż normalne spoty wyborcze. Odrobina magii niech udzieli się wszystkim, a kary niech przepowiedzą przyszłość” (pisownia oryginalna) – czytamy na stronie. Zamiast „kary” powinno być oczywiście „karty”, bo w spocie można oglądać sztuczki karciane, w których na jednej z kart można podziwiać podobiznę kandydata. Nie o ten błąd mi jednak chodzi. Film trwa 2 minuty i 39 sekund (muzyka jest jak z kibla), jest nietypowy (to prawda), ale gdzie tu jest kreatywność i odrobina magii. Nuda. Nuda. Przeraźliwa nuda. Nieco bardziej dynamiczny – 16 sekund – jest spot, w którym „dwójka” PO tłumaczy, dlaczego kandyduje do europarlamentu. Wszystko za sprawą niepokornych brwi kandydata, które nadają szczególnej dramaturgii tej produkcji.

Swojego patrona ma również Konstanty Dombrowicz („trójka” PO). Kandydata promuje Radek Sikorski. „Pracowali razem w ministerstwach spraw zagranicznych i obrony narodowej” – panowie przechadzają się po Bydgoszczy (jeśli dobrze poznaję jest to bydgoska Wenecja). Co ciekawe, głównym bohaterem spotu nie jest Dombrowicz, a Sikorski. Jest oczywiście uścisk dłoni, ale kandydat w ogóle nie zabiera głosu. Jak można w kampanii dobrowolnie rezygnować z głosu? Jak głosować na tego, który nie zabiera głosu? (To oczywiście retoryczne pytania na poziomie przedszkolaka.)

Tadeusza Zwiefkę chwalą za to Hans-Gert Pöttering, przewodniczący Parlamentu Europejskiego i marszałek Piotr Całbecki. „Praca z Tadeuszem to zawsze była i nadal jest przyjemność” – wyznaje szef PE. Na końcu panowie ściskają dłonie. A w tle słychać sielską muzykę – harmonijka, gitara. Spokój? Doświadczenie? Zaufanie? Tydzień temu Zwiefka odwiedził rodzinną Tucholę. Dwudniowy pobyt był pracowity: Zwiefka wybrał się na krótki, sentymentalny spacer, spotkał się z wyborcami w biurze poselskim, potem odwiedził I LO, którego jest absolwentem, tam wziął udział w otwarciu orlika, kilka słów wspomnień, „tradycyjny upominek w postaci piłek i życzenia, by te piłki szybko się zużyły z zapewnieniem, iż zakupione zostaną nowe”, następnie rozmowy z burmistrzem Tucholi, starostą tucholskim i kolejna część dyżuru w biurze. Dzień później turniej żeńskich drużyn piłki nożnej szkół tucholskich – „poseł kibicował każdej z drużyn i z każdą z drużyn po wręczeniu ufundowanych przez siebie pucharów zrobił sobie pamiątkowe zdjęcie, które dziewczęta wkleją do szkolnych kronik”. A potem „Spotkanie z VIP-em”, Uniwersytet III Wieku, gdzie wygłosił wykład. Oj, działo się.

Natomiast kandydaci SLD-UP prezentują się w TV SLD – to kanał na You Tube. Prawie bez zająknięcia swój program wykłada Anna Mackiewicz (trzecia na tej liście).

YouTube Preview Image

O sobie mówi też Jarosław Najberg („ósemka” SLD-UP). Kandydat ma też własne spoty. Pierwsze ujęcie: widzimy go w miasteczku uniwersyteckim UMK na Bielanach (absolwent i szef samorządu). Drugie ujęcie: siedzi przy biurku i przegląda papiery (radny i dyrektor w firmie reklamowej). Trzecie ujęcie: uścisk dłoni z Olejniczakiem (bo „znamy się z Jarkiem od wielu lat”). Czwarte ujęcie: rozsuwają się drzwi Urzędu Miasta i wychodzi z nich kandydat, który „walczy z przejawami nieudolności władz miasta”. Ma przenikliwy wzrok. Zaciśnięte usta. Przypomina postaci z filmów typu „Matrix”, „Terminator”. W tym momencie mogłyby paść słowa: „I’ll be back”. W kolejnych ujęciach kandydat zmienia się znów w radnego. Potem jest tatą, a w tle widać fontannę i zieleń. A na koniec hasło: „Jarosław Najberg – dla regionu bez spadochronu”.

YouTube Preview Image

Najberg ma też na stronie grę wyborczą “Zdemaskuj spadochroniarza”. Pytań jest kilkanaście. Dotyczą m.in. Tadeusza z Poznania, Ryszarda z Krakowa i Michała z Torunia. „Kogo trudniej spotkać?” Odpowiedzi: a) Yeti nad morzem, b) UFO w ogrodzie, c) Tadeusza Zwiefkę w Toruniu, d) Wiewiórkę w lesie. „Gdzie mają Toruń parlamentarzyści-spadochroniarze?” Odpowiedzi: a) w sercu, b) w głowie, c) w poważaniu, d) głęboko w… tam, gdzie słońce nie dochodzi. Odpowiadając poprawnie, na koniec wyświetlą się nam gratulacje, że zdemaskowaliśmy przynajmniej dwóch spadochroniarzy. Napiszę krótko: ten quiz jest na żenującym poziomie.

A dla tych, którzy cierpią na bezsenność, polecam spoty Petrykowskiego.

YouTube Preview Image

Most w Toruniu. Odcinek 1499

Aż dziw bierze, że jeszcze nie powstał serial o przygotowaniach do budowy nowego mostu w Toruniu. Jego producenci z pewnością nie mieliby problemu z wyborem gatunku. To byłby thriller z elementami czarnej komedii, dramatu, westernu, sensacji, kryminału oraz science fiction. Mamy tu wszystko: niespodziewane zwroty akcji, suspensy, a innym razem stopniowo narastające napięcie, czarne charaktery i tego jednego jedynego, słusznego i broniącego swoich racji.

 Dokumentację przygotowało konsorcjum firm Arcadis Profil, Pont-projekt i Kontrakt oraz Damart

Tak przyszły układ komunikacyjny widzi konsorcjum firm Arcadis Profil, Pont-projekt, Kontrakt i Damart

(Rozwińmy więc tę niezbyt ambitną analogię). Punkt kulminacyjny jednego z suspensów mieliśmy kilka dni temu, gdy Miejski Zarząd Dróg ogłosił, że chce, aby wojewoda uchylił pozwolenie na budowę przeprawy. Gdyby nie ten chwyt, mielibyśmy zwykły film przyrodniczy (dr Lucjan Rutkowski, botanik z UMK opisuje i porównuje szatę roślinną na terenach, którymi pobiegnie most), gdzie kamera sunie powoli przez tundry lub sawanny, a głos z offu byłby spokojny, wręcz flegmatyczny.

Ile to już razy widzowie serialu wstrzymywali oddech? Jak często serca mieli w gardłach, a w ustach pełen zestaw paznokci z obu rąk? To uniwersalna produkcja. Tak naprawdę mogłaby powstać w pierwszym lepszym kraju lub epoce. Gdyby akcja rozgrywałaby się w czasach starożytnych zmieniłyby się tylko dekoracje i rekwizyty, a co najważniejsze – tytuł „Piramida w Gizie”. A faraon również był nieomylny.

Ten toruński serial trwa już prawie siedem lat i wciąż jest na topie. Co chwilę pojawiają się nowi bohaterowie (Barbara Tyrankiewicz w roli szefowej biura mostowego), inni schodzą na dalszy plan (Bernard Kwiatkowski, który wcielił się w byłego szefa wydziału inwestycji w Toruniu) lub – jak donoszą serwisy plotkarskie – zrobili sobie krótki urlop (poseł PO Antoni Mężydło). Główny bohater wciąż jednak cieszy się dużą popularnością. Jest na pierwszych stronach gazet. Gdzie się nie pojawi, ściąga tłumy fanów serialu i paparazzi. Dla niektórych co powie, jest święte. Są oczywiście tacy, którzy nie oglądają serialu i pod nosem zwykle rzucają: „To głupia komedia, tragifarsa, opera mydlana”.

Co mnie urzekło w tym serialu? Bez wątpienia jego wielowątkowość, wielogatunkowość, nieprzewidywalność i wiele innych -ości. Mam swoje ulubione odcinki i wątki: sceny walki o pieniądze (listy do św. Mikołaja, zbieranie podpisów pod apelami, w końcu apele parlamentarzystów itp.), potyczki (z wojewodą o decyzję środowiskową i lokalizacyjną), pojedynki rodem z westernu (kłótnie między Zaleskim a Mężydłą), tajemnice i intrygi (śledztwo gdańskiej prokuratury w sprawie mostowego przegięcia, kosztorys mostu i wybór lokalizacji), salwy śmiechu (promocja mostu ze wskazówkami, jak mówić o moście i jak traktować przeciwników lokalizacji).

(Chcecie więcej banałów, proszę bardzo. To będzie już totalny pure nonsens. Mogę tak pisać i pisać. Bo mostowe historie mogę recytować nawet w środku nocy, obudzony z twardego snu. Mam na wideo prawie wszystkie odcinki od 2005 r. Ominąłem niestety ten ostatni, bo tego dnia na świat przyszedł mój syn, a na toruńskiej porodówce nie ma telewizora.) Na szczęście wiem, że to jeszcze nie koniec tej historii, a mostowy serial potrwa jeszcze przynajmniej trzy, cztery lata, a doliczając jeszcze wątki poboczne (okres spłaty kredytów lub obligacji, budowa pozostałych fragmentów trasy mostowej), sądzę, że będę mieć, co oglądać przez najbliższe 10 lat. Szkoda tylko, że w tym czasie zmienią się bohaterowie, bo jestem bardzo przywiązany do tej obsady. I wciąż pozostają odwieczne pytania: czy Mężydło jeszcze powróci, czy główni bohaterowie staną przed sądem, czy zdążą z rozpoczęciem budowy przeprawy, czy starczy na nią pieniędzy. Kocham cię „Moście w Toruniu”. A może lepiej by zmienić go na „M jak most”, „Most na rzece Wiśle”, „O jeden most za daleko”, „Most Wanted”, „Most donikąd”, „Diabelski most”.

(„Ale ten wpis jest żenujący” – czytam w waszych myślach. Czy można sięgnąć dna banału i głupoty? Przekonajmy się.) And the Oscar goes to: najlepszy film – „Most w Toruniu”, najlepszy reżyser i aktor – Michał Zaleski, najlepszy scenariusz oryginalny – Bernard Kwiatkowski, najlepsze efekty specjalne – za listy do św. Mikołaja, najlepsza muzyka i piosenki – „Budujemy mosty dla pana starosty”, „Na lewo most, na prawo most”. Na koniec – trailer serialu: Jeden człowiek (perspektywa żabia), tysiące przeciwników (plan ogólny, szary tłum, nie widać twarzy, a następnie same detale – obrzydliwe znamiona, bruzdy i blizny na policzkach, piegi, zez, dłonie bez palców i kikuty), ale on wie, że w końcu dotrze do celu (zwolnione tempo i bicie serca), że pokona wszystkich (może coś w stylistyce gore, czyli ręka, noga, mózg na ścianie), zbuduje nowy porządek (burza, fajerwerki, wybuch granata. grzyb atomowy), że połączy dwa światy (spocone czoło, żyły na skroniach), że połączy ludzi (mężczyzna w ramionach mężczyzny) i ich zbawi (ujęcie na słońce wychodzące zza chmur)”.

The best of… Michał Zaleski ver. 1.0

Kim jest człowiek, który przekonał do siebie 21 tys. torunian w 2002 r. (50 proc. głosujących), 45 tys. zł w 2006 r. (70 proc. osób, które poszły do urn) i ma 37,3 tys. wyników w Google? Prezydent Torunia mówi o sobie niewiele. Budzi wiele emocji i reakcji: od fascynacji po niechęć.

fot. Lech Kamiński

fot. Lech Kamiński

Michał Zaleski jest oszczędny (nie tylko w słowach). Wciąż mieszka w bloku w 50-metrowym mieszkaniu. Jeździ 17-letnią mazdą 626. Nie ubiera się w najdroższe garnitury. Kupuje je w przeciętnych toruńskich sklepach. W pracy oszczędza na czym może: jeździ wysłużoną limuzyną, wykręca żarówki w swoim gabinecie. Największe zaufanie ma do ludzi pracowitych. Ma donośny głos, o czym przekonali się już nie raz jego współpracownicy. W pracy nie plotkuje i nie rozmawia o polityce. Pracuje od 9 do 21. Jest dobrze zorganizowany. Prowadzi kalendarz, w którym wszystko skrupulatnie notuje. Podsumowuje w nim każdy dzień, tydzień i miesiąc. W wolnym czasie Zaleski „chętnie zajmuje się pracą na działce, jego pasją jest też żeglarstwo” – czytamy w nocie na stronie internetowej magistratu. Ciąg dalszy, zapewne nastąpi. A teraz przejdźmy do cytatów, bo one są tutaj najważniejsze:

O sobie, Gazeta Pomorska z 13 marca br.
“Ja z zasady jestem oszczędny. Jeżdżę kilkunastoletnim samochodem. Póki jest sprawny, chętnie to robię. Nie ubieram się w garnitury najlepszych marek, tylko w takie, które są dostępne w przeciętnych toruńskich sklepach. W pracy oszczędzam, na czym mogę. To nie jest kwestia tego roku, ale moje wieloletnie przyzwyczajenie. Tak dosłownie oszczędziłem na wygodzie jazdy, bo samochód, który miał być kupiony w tym roku, miał m.in. i mnie służyć. Kolejny przykład? Proszę, niech Pan spojrzy do góry, na lampy”.

Znów o sobie, Gazeta Wyborcza z 4 grudnia 2008 r.
“Jako prezydent w swoich działaniach patrzę dalekiego celu, widzę rozwój miasta, poświęcam się temu w każdy możliwy sposób. Nie dbam o swoje prywatne funkcjonowanie, życie, obecność wśród tych, którzy chcą bym wśród nich był. Wyznaję zasadę: zostałem po to wybrany, by służyć mieszkańcom Torunia. Nie ma we mnie <parcia na szkło> i nie będzie”.

O skargach na MZK, Gazeta Wyborcza z 28 listopada 2008
“Mam taką tezę, że gdyby porównać nazwiska niezadowolonych z listą osób ukaranych ostatnio za jazdę bez biletu to nazwiska te pokrywałaby się. Niestety nie mogę tej tezy udowodnić, bo <Gazeta> większości opinii nie podpisała z imienia i nazwiska”.

O mobbingu, Gazeta Pomorska z 24 października 2008 r.
„Mam donośny głos. Nie ukrywam swoich ocen. Ze współpracownikami rozmawiam w sposób bezpośredni. Jeżeli coś im się nie udaje, to im o tym mówię. Być może za rzadko ich chwalę, ale myślę, że każdy z pracowników ma poczucie własnej satysfakcji wtedy, kiedy coś mu wyjdzie. (…) Nie spotkałem się z przypadkiem, w którym ktoś uznawałby spotkanie ze mną za wymagające wsparcia medycznego. Każdy, kto ze mną rozmawia, może się spodziewać, że dyskusja będzie merytoryczna. Nie poruszam kwestii politycznych czy osobistych moich pracowników, rozmawiam wyłącznie o sprawach zawodowych. (…) Nieprawdą jest, że stosuję mobbing”.

O pracy, Gazeta Pomorska 24 października 2008 r.
„Od 9 do 21 plus soboty i niedziele. Na pewno jest to między półtora a dwa etaty. Na studiach podyplomowych na Uniwersytecie Warszawskim napisałem pracę z organizacji pracy kierownika zakładu w latach 80. Wówczas się nauczyłem jednej rzeczy – skrupulatnego prowadzenia dokładnej, systematycznej informacji dla potrzeb własnych o zadaniach, które realizuję z dokładnym harmonogramem i podsumowaniem każdego dnia, tygodnia i miesiąca czasu pracy”.

Znów o pracy, Nowości z 28 grudnia 2007 r.
„Nie mam żadnych osobistych relacji ze współpracownikami. Jestem natomiast osobą, która wymaga bardzo dużo, a najwięcej od siebie”.

Podczas odsłonięcia pręgierza w kształcie osła, Gazeta Wyborcza z 13 października 2007 r.
“Rzadko się zdarza, żeby stojąc obok osła mieć radosną minę”.

O pracy i stosunkach z pracownikami, Gazeta Pomorska z 10 kwietnia 2007 r.
„Największe zaufanie mam do ludzi, którzy dobrze pracują. I ten kto dobrze pracuje, może być spokojny o swój byt w UM. Ten kto pracuje słabiej, wolniej, albo uważa, że tylko relacje osobiste ze mną mogą mu zapewnić jakiś przyszłość, ten się po prostu się myli. Ja przez cztery i pół roku prezydentury się nie zmieniłem. Nadal jakość pracy jest dla mnie najważniejsza, a nie jakieś relacje. (…) Ja mam zaufanie do każdego, kto dobrze przygotuje dokument, tak, że nie muszę go poprawiać i podpisuję pobieżnie go przeczytawszy. Ale jak raz, drugi, piąty go poprawiam, to się kończy u mnie zaufanie. Nawet jeżeli to byłby mój kuzyn, lub ktoś kogo znam 30 lat”.

Kolejny raz o sobie, Gazeta Pomorska z 17 listopada 2003 r.
„Wiem, ilu mam wrogów. Dosyć prosto można ich policzyć. To są ludzie, których oczekiwania nie zostały spełnione, bo muszę stąpać twardo po ziemi. Także ci, którzy nie potrafili się nadal znaleźć w grupie zarządzających jednostkami urzędu i gminy, za które ja odpowiadam”.

Ciemne strony kandydatów

Niemrawa ta nasza kampania. Gdybym miał oddać głos, znając kandydatów do Parlamentu Europejskiego tylko z ich stron internetowych, to nie poszedłbym do urny. Nie wszyscy, a nawet zdecydowana większość, startujący założyli sobie witryny, a ci, którzy zdążyli już to zrobić, nie mają pomysłu na to, jak sprzedać się w wirtualnym świecie. Poniższy przegląd stron, które udało mi się znaleźć (a tego jest tyle co kot napłakał), jest bardzo subiektywny.

Na początek Anna Zofia Mackiewicz, „trójka” na liście SLD-UP. „(…) Uczniowie mówią o mnie „bigmama” (nie tylko z powodu mojego 188 cm wzrostu)” – pisze bydgoska radna. Mackiewicz interesuje się filmem i poezją… Oto próbka – fragment wiersza „Był kwiat”: „Nie pamiętam zalążka mego / Jeno wzrost powolny i walkę o przetrwanie / Nie pamiętam pierwszego kwiatu / Jeno smutek po opadłych płatkach (…) Nie pamiętam ziarna pierwszego / Jeno świadomość upływu czasu i bólu / Czekam na pierwszy kwiat i owoc z ziarna mego / Pełna buntu za przemijanie”.

euro

A co słychać u Eugeniusza Kłopotka? Ostatnią notkę do swojego bloga wkleił na początku roku. A na jego stronie poza biogramem nic ciekawego nie znajdziemy. Polityk pisze w nim: „Pięciokrotnie zdobywał medale na Igrzyskach Olimpijskich Sportowców Wiejskich, organizowanych w województwie od 1960 r., cyklicznie, co 4 lata. Na olimpiadzie Sydney 2000 w Świeciu zdobył złoty medal w wyciskaniu sztangielki o wadze 17,5 kg, podnosząc ją do góry lewą ręką 231 razy!”

Kandydaci stawiają też na multimedia. W wideo na swojej stronie Piotr Petrykowski („dwójka” na liście PSL) mówi: „Można byłoby powiedzieć, co człowiek ze srebrnymi włosami na skroniach może zaproponować młodym ludziom? Ale pamiętajcie i wy młodzi, i wy dorośli, że to tylko i wyłącznie dzięki doświadczeniu można zabiegać o to, by obecne i przyszłe pokolenia czuły się w pełni mieszkańcami tego regionu, naszego kraju i mieszkańcami wspólnej Europy”. Tona patosu i niekończące się CV.

Tadeusz Zwiefka zaznacza w biogramie na swojej www, że pracował w Telewizji Polskiej. Pewnie dlatego że mało kto kojarzy go z PE, a wciąż z TVP. Ostatnie newsy na jego stronie są sprzed tygodnia. Nuda, nuda, nuda. Witryna wygląda tak, jakby kampania jeszcze nie ruszyła. Nie znalazłem tam programu wyborczego – szczerze mówiąc straciłem cierpliwość już po kilku minutach wertowania.

Przyjrzymy się więc „dwójce” na liście PO. Witryna Marka Krzysztofa Kolasińskiego jest aktualizowana na bieżąco. Toruński kandydat prowadzi bloga, ale jest to bardziej sprawozdanie, gdzie pojechał, z kim rozmawiał i dokąd się wybiera. Internautów trzyma na dystans. O sobie pisze niewiele: „Dziś krótki wpis. Czuję w kościach nadciągającą chorobę, a na wylegiwanie się w łóżku nie mogę sobie pozwolić. Zobaczę co będzie jutro”. A może niedziela z Kolasińskim? Kandydat tego dnia weźmie udział w biegu „Po schodach” w Kaszczorku, potem pojedzie na „Majówkę Europejską” do Brodnicy, a stamtąd do Golubia-Dobrzynia na festyn. Atrakcje murowane.

Do strony Konstantego Dombrowicza na pierwszy rzut oka trudno się przyczepić. Po chwili jednak chce się ją wyłączyć. Brakuje mi tam jakiejkolwiek interaktywności, o kandydacie pisze się w osobie trzeciej – wygląda to trochę tak, jakby w ogóle nie zaglądał na tę stronę. Kandydat chowa się za parawanem rozbudowanego CV, misji, strategii i wizji. Wiem – to bez wątpienia powinno być pierwszoplanowe w kampanii, ale na strony kandydatów nie wchodzę tylko po to, by przeczytać sobie to samo, co drukują w ulotkach, ale także dowiedzieć się czegoś o nich.

Nad stroną Ryszarda Czarneckiego można by spędzić pewnie cały dzień. Pełno tu artykułów i reportaży europosła. Kandydat uzupełnia też na bieżąco wpisy do bloga. Jednak tłem witającego na stronie baneru z uśmiechniętym Czarneckim są obrazki z Wrocławia, a nie z Bydgoszczy, Torunia czy Chełmna. W ogóle jakoś podejrzanie mało można tu przeczytać o naszym regionie. Czy tak będzie również po wyborach?

I na koniec wielka prośba: jeśli znacie strony innych kandydatów, wklejajcie adresy w komentarzach.

A gdyby radnych nie było?

Zacznijmy od fragmentu kodeksu etycznego toruńskich radnych: „W kontaktach ze środkami społecznego przekazu zachowamy skromność i umiar, a także właściwe proporcje i godziwe określenia o sprawach i osobach, zwłaszcza wyrażając opinie krytyczne bądź wyrażając protest czy dezaprobatę (…)”.

Każda sesja rady miasta to spektakl. Jest scena. Są aktorzy i publiczność. Przedstawienie rozpoczyna się, gdy na salę wchodzą dziennikarze. Loża prasowa powoli zapełnia się rekwizytami: statywy, kamery, mikrofony, skorowidze, pióra. Radni poprawiają fryzury, zapinają guziki w marynarkach, układają wystąpienia i wiercą się w fotelach. Trudno orzec tak naprawdę, którzy są aktorami, a którzy widzami.

radni

I wtedy rusza machina. Najpierw powoli. Jak na zawołanie pojawia się las rąk. Każdy – no prawie każdy – chce dojść do głosu, pręży się do obiektywu i czeka z niecierpliwością, aż ktoś ustawi go przed kamerą. Najlepsza strategia to kręcić się gdzieś na korytarzu. Na pewno jakiś dziennikarz nas zaczepi. Kolejny sposób: trzeba być na czasie. Zbliżają się mistrzostwa – zakładamy koszulkę w barwach narodowych. Robi się głośno o Teletubisiach – przy pulpicie do głosowania ustawiamy Tinky Winky. A pytań są tysiące. Poprawek w bród. Dyskusje skończyć się nie mogą. Każdy szczegół staje się ważny. Każdy przecinek, każda kropka. A potem każdy chce wydać oświadczenie, że się cieszy i że to wiekopomna chwila. Albo że jest oburzony i to skandal jest. To wszystko trwa do momentu, gdy ostatni z dziennikarzy opuści salę. Tumany kurzu opadają na stoły. Wtedy ręce idą w ruch. W górę i w dół. W górę i w dół. I szybko jest po sesji. Nie ma pytań. Nie ma dyskusji. Nie ma już błysków fleszy, obiektyw kamery nie śledzi każdego naszego ruchu. Można już nie wciągać brzucha, rozpiąć kołnierzyk i nawet podłubać w nosie. Można wrócić do domów i pielęgnować swoje pasje: literaturę piękną, turystykę pieszą i zmotoryzowaną, wycieczki rowerowe, działkę, teatr, tenis, hokej, siatkówkę, piłkę nożną, biegi, pływanie, siłownię, koszykówkę, bowling, Championship Manager, NBA, DBL, wyścigi Formuły 1, żużel, narciarstwo zjazdowe, muzykę, geografię świata, historię Polski i powszechną, stosunki międzynarodowe, krajoznawstwo, fotografię, film, numizmatykę, psychologię, astronomię, wieś, jazdę konną, politykę, wolontariat. Takie hobby mają nasi radni. To zwykli ludzie. Tacy jak my.

Zwykle opuszczając sesję rady miasta, zachodzę w głowę, po co to wszystko – to stroszenie piórek, wybuchy emocji, zażarte polemiki. Nie wiem, co musieliby zrobić radni, aby ogromna część mieszkańców naszego miasta znała ich z twarzy lub przynajmniej z nazwiska. Może w końcu czas zorganizować sesję rady miasta na świeżym powietrzu np. na Rynku Staromiejskim. Ustawić stoły i krzesła, a nawet zabrać ze sobą maszynki do głosowania. Niech ludzie zobaczą w końcu, kto decyduje o losach naszego miasta. Ciekaw jestem, jaki spektakl zgotuje nam wówczas rada.