platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum kategorii: Frezowanie

Dajcie spokój Kopernikowi!

W ostatnich dniach słowo „Kopernik” odmieniane jest w Toruniu przez wszystkie przypadki. Muszę jednak przyznać, że temu całemu zamieszaniu wokół „powrotu” astronoma do rodzinnego miasta, przyglądam się z niedowierzaniem i niesmakiem.

koperrrnik

Kopernik w Urzędzie Marszałkowskim

(Szczypta patosu na początek.) To będzie wielkie wydarzenie. Urząd Marszałkowski w Toruniu został zasłonięty dwoma wielkimi płachtami z napisem „Powrót Mikołaja Kopernika do Torunia. Pierwsza stacja ponownego pochówku Mikołaja Kopernika 19 lutego A.D. 2010”. Marszałkowscy urzędnicy przygotowali na tę wyjątkową okazję specjalny serwis internetowy. Mamy tam piękny cytat z marszałka Piotra Całbeckiego: „Hołd najwybitniejszemu spośród torunian oddamy w dniu jego urodzin, w świątyni, w której został ochrzczony, przy chrzcielnicy, której do chrztu użyto”. (Pachnie mi to „staropolską” składnią.) Zobaczymy tam też projekt urny „dla doczesnych szczątków Mikołaja Kopernika” i tubę, która „zostanie złożona do trumny ze szczątkami Mikołaja Kopernika”.

Zatrzymajmy się krótko przy zapowiedzi uroczystych uroczystości, jaką można znaleźć w serwisie Urzędu Marszałkowskiego, a zwłaszcza przy najbardziej wzniosłych, górnolotnych, patetycznych, podniosłych i uroczystych (niepotrzebne skreślić) fragmentach tego tekstu: „Kujawsko-Pomorskie odda hołd najsłynniejszemu torunianinowi”, „w toruńskiej katedrze świętych Janów odbędzie się uroczysta msza święta w obecności doczesnych szczątków wielkiego astronoma” i ostatni cytat: „tego dnia dwukrotnie zabrzmi potężny dzwon katedralny, Tuba Dei”. (Zmiana nastroju.)

Czy te kości należą do Mikołaja K.?

Czy te kości należą do Mikołaja K.?

Rzadko jednak w komunikatach podaje się konkretnie, co tak naprawdę do Torunia wróci. Wszędzie się mówi o szczątkach. Do naszego miasta przyjedzie… fragment czaszki i kości nóg. Zostaną one złożone „w specjalnie przygotowanym sarkofagu składającym się z cynkowej trumny oraz wykonanej z egzotycznego drewna części zewnętrznej. Wzmocniona mosiężnymi elementami cynkowa trumna wewnętrzna została wyłożona purpurowym aksamitem (…) Zewnętrzna część sarkofagu nawiązuje do stylistyki gotyckiej i została wykonana z egzotycznego drewna wspartego na metalowych kolumnach. Na wieku umieszczono wizerunek Kopernika oraz mosiężny krzyż” – czytamy na stronach UM. Warty przy fragmencie czaszki i kości nóg będą pełnić przedstawiciele 40 instytucji i placówek.

Ci, którzy nie zmieszczą się w murach katedralnych, zobaczą mszę na telebimie na Rynku Staromiejskim. (Zobaczy ją: pan Henryk, który w piątek spóźni się do pracy, pani Janina, która wróci się do domu, wyłączyć żelazko, pan Grzegorz, który odśnieża chodniki na Starówce, pani Leokadia, która wyjdzie po bułkę, pan Lucjan i pani Marta wracający z całonocnej imprezy, pani Dorota, której pan Damian zrobi zdjęcie z Kopernikiem, może jakaś szkolna wycieczka, a nawet pani Bronisława, która splunie po podpaleniu papierosa.) A gdzie dokładnie? Oczywiście pod pomnikiem Mikołaja Kopernika. – Zależy nam, by w uroczystościach, choćby tylko za pomocą przekazu audiowizualnego, mogło uczestniczyć jak najwięcej mieszkańców regionu i gości, a kościół świętych Janów, choć potężny, ma ograniczoną pojemność – wyjaśnia marszałek Całbecki. Przekaz na telebimie potrwa aż 12 godzin.

(Wątek sensacyjny.) Jeszcze w tym tygodniu pojawiły się pogłoski, że na pierwszą stację pochówku najsłynniejszego torunianina przybędą Lech Kaczyński i Donald Tusk. Informacja umarła jednak śmiercią naturalną po kilkunastu godzinach. Szczątki astronoma przyjadą do Torunia z Olsztyna pod policyjną eskortą. Wszystko po to – jak podkreśla Grzegorz Borek, pełnomocnik zarządu województwa – nie powtórzyła się sytuacja jak z kradzieżą napisu „Arbeit macht frei”. Jednak nawet Borek nie wie, gdzie znajdują się kości. Tę wiedzę ma tylko kuria.

Z ostatniej chwili: dziś o godz. 19 szczątki przejechały przez Chełmno. Samochód z fragmentem czaszki i kości nóg objechał rynek. Z tej okazji w farze biły dzwony. Ciąg dalszy relacji w piątek, z katedry św. Janów. Początek godz. 8. Ciekaw jestem, ilu torunian wzięło sobie na tę okazję wolne?

Poseł Lenz słucha „grunge’u”

„Prywatnie: gra w piłkę i słucha grunge’u” – pisze Tomasz Lenz, szef PO w regionie na profilu w Facebooku. Nirvana, Soundgarden, a może Alice In Chains – nie wiadomo, za którymi formacjami przepada. I są to chyba jedyne jasne strony tego profilu.

Zaczep posła Lenza

Zaczep posła Lenza

Doprawdy nie mam zielonego pojęcia, po co Lenz założył sobie profil na Facebooku. Czyżby faktycznie powód był aż tak banalny? „FaceBook zdaje się być jedynym miejscem, gdzie mogę pisać o swojej pracy” – napisał we wtorek Lenz na tablicy. „Wysiadły serwery i strona www.tomaszlenz.pl przechodzi reanimację. Informatycy robią co mogą, ale zapewne jeszcze trochę to potrwa”. (A tak na marginesie wpisałem sobie słowo „grunge” do słownika ortograficznego i okazało się, że jest to wyraz nieodmienny).

Dlaczego uczepiłem się tym razem Lenza i jego profilu? Powód nr 1. Sprowokował mnie komunikat, że z posłem mam 11 wspólnych znajomych. No to „prawie” jakbyśmy się byli znajomymi.

Powód nr 2. Sprowokowały mnie zdjęcia na profilu posła – z kategorii „Z sejmowych ław”. Poseł pisze: „W końcu udało mi się wgrać trochę nowych zdjęć z pracy w sejmie”. Ten lans jest śmieszny. Może jeszcze takie fotki robią na kimś wrażenie. Przykład: poseł idzie po korytarzu sejmowym, w dłoni trzyma komórkę i czyta jakiegoś sms-a. Brakuje jeszcze tylko zdjęcia zza biurka w biurze poselskim i byłby komplet. W rubryce szkoła wyższa poseł wpisał UMK i historia. Niestety, w profilu nie ma opcji (Facebook tego nie przewidział): zaznacz ptaszkiem, czy masz absolutorium, czy obroniłeś pracę magisterską. (Na stronie sejmowej jest napisane wprost, że poseł ma wykształcenie średnie ogólne.)

Sejmowy profil posła

Sejmowy profil posła

Jednak kiedy zerkam na zdjęcie profilowe pana posła, już nie jest mi do śmiechu. Robię się poważny. (I szczerze pisząc, jakoś nie mam ochoty wklejać tego wpisu.).

I ostatni powód: zachęcił mnie do tego pierwszy wpis pana posła. Mianowicie: „Początki na FaceBooku. Jeszcze chwile zapewne to potrwa zanim opanuję wszystkie funkcje tego portalu :) W miarę możliwości będę aktualizował profil i dodawał nowe zdjęcia oraz filmy”. Przyznam szczerze, że z niecierpliwością czekam na filmy posła z sejmowych ław. Ciekaw jestem, kiedy wygaśnie ten profil. Czy stanie się to po kolejnych wyborach? A może poseł uzależni się od Facebooka i wkrótce przygarnie kociaka w Farmville i skończy wszystkie fuchy na Kubie w kultowej Mafia Wars? A może wypełni quiz „Czy z dupy wystaje ci pies?” Bo mojemu bratu wyszło, że nie mu nie wystaje.

Znów o kampanii ze szczyptą cynizmu

Kampania wkroczyła do mojego życia. W niedzielę przechodząc obok bramy kościoła przy Rydygiera, zaczepiły mnie dwie małolaty – 14, może 16 lat (więcej bym im nie dał) – i wręczyły mi ulotkę Richarda Henry’ego Czarneckiego. Najpierw pojawiła się myśl: „Jezu, kampania przed kościołem. Dawno już czegoś takiego nie widziałem”. Od razu chciałem złożyć ulotkę na pół, włożyć do kieszeni albo wyrzucić prędko do śmietnika.

Tak wygląda kandydat po praniu

Tak wygląda kandydat po praniu

Odwiódł mnie jednak od tego kredowy papier, delikatny i śliski, przyjemny w dotyku i dwa hasła: „Więcej dla Kujawsko-Pomorskiego”, „Najaktywniejszy polski europoseł”. Pierwszy ze sloganów widnieje na tle zarysu granic naszego województwa. Czyżby poseł zamierzał przesunąć granice? – to była moja pierwsza myśl, gdy ukradkiem studiowałem ulotkę w autobusie.

Tego samego dnia – ale po południu wybrałem się z córką na festyn osiedlowy. Obok jednego z przystanków stanęła tablica z plakatami wyborczymi „dwójki” na liście PiS – Przemysława Przybylskiego. Córka od razu zauważyła, że coś jest nie tak i tej tablicy jeszcze wczoraj tam nie było. Zapytała więc: – Co tutaj robi ten pan? Jak trzyletniemu dziecku wytłumaczyć, co to są wybory, europarlament itp., itd., by nie pojawiły się kolejne, jeszcze bardziej kłopotliwe pytania? Nie zastanawiając się, palnąłem więc: – Ten pan lubi, jak inni go oglądają. Podziałało. Nie było kolejnych pytań. Teraz staram się nie chodzić tą drogą z córką, ale ominąć słupy z kandydatami jest ciężko.

W poniedziałek na You Tube pojawił się spot Przemysława Przybylskiego. Muzyka w tle podobna do tej, jaką miał w orędziu prezydent RP. Kandydat prezentuje się na tle panoramy Starówki. Montaż „pierwsza klasa”. Kiedy padają słowa – „wielce szanowni państwo, nazywam się Przemysław Przybylski” – przed kamerą lata upierdliwa mucha lub nieznośny komar. Później słyszymy „w nadchodzących wyborach”, a widzimy kandydata, spacerującego ul. Szeroką, „będę ubiegać się o mandat do Parlamentu Europejskiego” i pojawia się falująca flaga UE. A potem kandydat wymawia słowa z literką „r” – „wiara, rodzina, patriotyzm”. Gdy pada słowo „rodzina” – pojawia się kandydat z żoną (to chyba park na Bydgoskim). W ramiona wpadają im dzieci. „Razem możemy uczynić wiele dobrego” – kandydat ściska dłoń Zbigniewowi Ziobrze. Zobaczcie sami.

YouTube Preview Image

Widziałem jeszcze plakaty trzech innych kandydatów: Richarda Henry’ego, Piotra Petrykowskiego („dwójka” PSL) i Marka Krzysztofa Kolasińskiego. Afisz drugiego z panów jakoś nie rzuca się w oczy. W otchłani mojej pamięci nie zachowały się nawet szczątki wrażeń. Wpadło mi jednak w oko hasło Kolasińskiego. Jeśli dobrze pamiętam brzmi ono tak: „Europoseł z Torunia”. Pamiętam też dobrze, że PO miała już również prezydenta Tuska i premiera z Krakowa. Zatrzymajmy się na chwilę przy Kolasińskim – „nowej twarzy Polski w Europie” – jak promuje się na swojej www. Na jego stronie pojawiło się kolejne wideo. „Wybory kojarzą się z plakatami, ulotkami i nachalną reklamą. W kampanii dr Kolasińskiego liczy się kreatywność. Dlatego publikujemy ten mały spot, który jest zupełnie inny niż normalne spoty wyborcze. Odrobina magii niech udzieli się wszystkim, a kary niech przepowiedzą przyszłość” (pisownia oryginalna) – czytamy na stronie. Zamiast „kary” powinno być oczywiście „karty”, bo w spocie można oglądać sztuczki karciane, w których na jednej z kart można podziwiać podobiznę kandydata. Nie o ten błąd mi jednak chodzi. Film trwa 2 minuty i 39 sekund (muzyka jest jak z kibla), jest nietypowy (to prawda), ale gdzie tu jest kreatywność i odrobina magii. Nuda. Nuda. Przeraźliwa nuda. Nieco bardziej dynamiczny – 16 sekund – jest spot, w którym „dwójka” PO tłumaczy, dlaczego kandyduje do europarlamentu. Wszystko za sprawą niepokornych brwi kandydata, które nadają szczególnej dramaturgii tej produkcji.

Swojego patrona ma również Konstanty Dombrowicz („trójka” PO). Kandydata promuje Radek Sikorski. „Pracowali razem w ministerstwach spraw zagranicznych i obrony narodowej” – panowie przechadzają się po Bydgoszczy (jeśli dobrze poznaję jest to bydgoska Wenecja). Co ciekawe, głównym bohaterem spotu nie jest Dombrowicz, a Sikorski. Jest oczywiście uścisk dłoni, ale kandydat w ogóle nie zabiera głosu. Jak można w kampanii dobrowolnie rezygnować z głosu? Jak głosować na tego, który nie zabiera głosu? (To oczywiście retoryczne pytania na poziomie przedszkolaka.)

Tadeusza Zwiefkę chwalą za to Hans-Gert Pöttering, przewodniczący Parlamentu Europejskiego i marszałek Piotr Całbecki. „Praca z Tadeuszem to zawsze była i nadal jest przyjemność” – wyznaje szef PE. Na końcu panowie ściskają dłonie. A w tle słychać sielską muzykę – harmonijka, gitara. Spokój? Doświadczenie? Zaufanie? Tydzień temu Zwiefka odwiedził rodzinną Tucholę. Dwudniowy pobyt był pracowity: Zwiefka wybrał się na krótki, sentymentalny spacer, spotkał się z wyborcami w biurze poselskim, potem odwiedził I LO, którego jest absolwentem, tam wziął udział w otwarciu orlika, kilka słów wspomnień, „tradycyjny upominek w postaci piłek i życzenia, by te piłki szybko się zużyły z zapewnieniem, iż zakupione zostaną nowe”, następnie rozmowy z burmistrzem Tucholi, starostą tucholskim i kolejna część dyżuru w biurze. Dzień później turniej żeńskich drużyn piłki nożnej szkół tucholskich – „poseł kibicował każdej z drużyn i z każdą z drużyn po wręczeniu ufundowanych przez siebie pucharów zrobił sobie pamiątkowe zdjęcie, które dziewczęta wkleją do szkolnych kronik”. A potem „Spotkanie z VIP-em”, Uniwersytet III Wieku, gdzie wygłosił wykład. Oj, działo się.

Natomiast kandydaci SLD-UP prezentują się w TV SLD – to kanał na You Tube. Prawie bez zająknięcia swój program wykłada Anna Mackiewicz (trzecia na tej liście).

YouTube Preview Image

O sobie mówi też Jarosław Najberg („ósemka” SLD-UP). Kandydat ma też własne spoty. Pierwsze ujęcie: widzimy go w miasteczku uniwersyteckim UMK na Bielanach (absolwent i szef samorządu). Drugie ujęcie: siedzi przy biurku i przegląda papiery (radny i dyrektor w firmie reklamowej). Trzecie ujęcie: uścisk dłoni z Olejniczakiem (bo „znamy się z Jarkiem od wielu lat”). Czwarte ujęcie: rozsuwają się drzwi Urzędu Miasta i wychodzi z nich kandydat, który „walczy z przejawami nieudolności władz miasta”. Ma przenikliwy wzrok. Zaciśnięte usta. Przypomina postaci z filmów typu „Matrix”, „Terminator”. W tym momencie mogłyby paść słowa: „I’ll be back”. W kolejnych ujęciach kandydat zmienia się znów w radnego. Potem jest tatą, a w tle widać fontannę i zieleń. A na koniec hasło: „Jarosław Najberg – dla regionu bez spadochronu”.

YouTube Preview Image

Najberg ma też na stronie grę wyborczą “Zdemaskuj spadochroniarza”. Pytań jest kilkanaście. Dotyczą m.in. Tadeusza z Poznania, Ryszarda z Krakowa i Michała z Torunia. „Kogo trudniej spotkać?” Odpowiedzi: a) Yeti nad morzem, b) UFO w ogrodzie, c) Tadeusza Zwiefkę w Toruniu, d) Wiewiórkę w lesie. „Gdzie mają Toruń parlamentarzyści-spadochroniarze?” Odpowiedzi: a) w sercu, b) w głowie, c) w poważaniu, d) głęboko w… tam, gdzie słońce nie dochodzi. Odpowiadając poprawnie, na koniec wyświetlą się nam gratulacje, że zdemaskowaliśmy przynajmniej dwóch spadochroniarzy. Napiszę krótko: ten quiz jest na żenującym poziomie.

A dla tych, którzy cierpią na bezsenność, polecam spoty Petrykowskiego.

YouTube Preview Image

Most w Toruniu. Odcinek 1499

Aż dziw bierze, że jeszcze nie powstał serial o przygotowaniach do budowy nowego mostu w Toruniu. Jego producenci z pewnością nie mieliby problemu z wyborem gatunku. To byłby thriller z elementami czarnej komedii, dramatu, westernu, sensacji, kryminału oraz science fiction. Mamy tu wszystko: niespodziewane zwroty akcji, suspensy, a innym razem stopniowo narastające napięcie, czarne charaktery i tego jednego jedynego, słusznego i broniącego swoich racji.

 Dokumentację przygotowało konsorcjum firm Arcadis Profil, Pont-projekt i Kontrakt oraz Damart

Tak przyszły układ komunikacyjny widzi konsorcjum firm Arcadis Profil, Pont-projekt, Kontrakt i Damart

(Rozwińmy więc tę niezbyt ambitną analogię). Punkt kulminacyjny jednego z suspensów mieliśmy kilka dni temu, gdy Miejski Zarząd Dróg ogłosił, że chce, aby wojewoda uchylił pozwolenie na budowę przeprawy. Gdyby nie ten chwyt, mielibyśmy zwykły film przyrodniczy (dr Lucjan Rutkowski, botanik z UMK opisuje i porównuje szatę roślinną na terenach, którymi pobiegnie most), gdzie kamera sunie powoli przez tundry lub sawanny, a głos z offu byłby spokojny, wręcz flegmatyczny.

Ile to już razy widzowie serialu wstrzymywali oddech? Jak często serca mieli w gardłach, a w ustach pełen zestaw paznokci z obu rąk? To uniwersalna produkcja. Tak naprawdę mogłaby powstać w pierwszym lepszym kraju lub epoce. Gdyby akcja rozgrywałaby się w czasach starożytnych zmieniłyby się tylko dekoracje i rekwizyty, a co najważniejsze – tytuł „Piramida w Gizie”. A faraon również był nieomylny.

Ten toruński serial trwa już prawie siedem lat i wciąż jest na topie. Co chwilę pojawiają się nowi bohaterowie (Barbara Tyrankiewicz w roli szefowej biura mostowego), inni schodzą na dalszy plan (Bernard Kwiatkowski, który wcielił się w byłego szefa wydziału inwestycji w Toruniu) lub – jak donoszą serwisy plotkarskie – zrobili sobie krótki urlop (poseł PO Antoni Mężydło). Główny bohater wciąż jednak cieszy się dużą popularnością. Jest na pierwszych stronach gazet. Gdzie się nie pojawi, ściąga tłumy fanów serialu i paparazzi. Dla niektórych co powie, jest święte. Są oczywiście tacy, którzy nie oglądają serialu i pod nosem zwykle rzucają: „To głupia komedia, tragifarsa, opera mydlana”.

Co mnie urzekło w tym serialu? Bez wątpienia jego wielowątkowość, wielogatunkowość, nieprzewidywalność i wiele innych -ości. Mam swoje ulubione odcinki i wątki: sceny walki o pieniądze (listy do św. Mikołaja, zbieranie podpisów pod apelami, w końcu apele parlamentarzystów itp.), potyczki (z wojewodą o decyzję środowiskową i lokalizacyjną), pojedynki rodem z westernu (kłótnie między Zaleskim a Mężydłą), tajemnice i intrygi (śledztwo gdańskiej prokuratury w sprawie mostowego przegięcia, kosztorys mostu i wybór lokalizacji), salwy śmiechu (promocja mostu ze wskazówkami, jak mówić o moście i jak traktować przeciwników lokalizacji).

(Chcecie więcej banałów, proszę bardzo. To będzie już totalny pure nonsens. Mogę tak pisać i pisać. Bo mostowe historie mogę recytować nawet w środku nocy, obudzony z twardego snu. Mam na wideo prawie wszystkie odcinki od 2005 r. Ominąłem niestety ten ostatni, bo tego dnia na świat przyszedł mój syn, a na toruńskiej porodówce nie ma telewizora.) Na szczęście wiem, że to jeszcze nie koniec tej historii, a mostowy serial potrwa jeszcze przynajmniej trzy, cztery lata, a doliczając jeszcze wątki poboczne (okres spłaty kredytów lub obligacji, budowa pozostałych fragmentów trasy mostowej), sądzę, że będę mieć, co oglądać przez najbliższe 10 lat. Szkoda tylko, że w tym czasie zmienią się bohaterowie, bo jestem bardzo przywiązany do tej obsady. I wciąż pozostają odwieczne pytania: czy Mężydło jeszcze powróci, czy główni bohaterowie staną przed sądem, czy zdążą z rozpoczęciem budowy przeprawy, czy starczy na nią pieniędzy. Kocham cię „Moście w Toruniu”. A może lepiej by zmienić go na „M jak most”, „Most na rzece Wiśle”, „O jeden most za daleko”, „Most Wanted”, „Most donikąd”, „Diabelski most”.

(„Ale ten wpis jest żenujący” – czytam w waszych myślach. Czy można sięgnąć dna banału i głupoty? Przekonajmy się.) And the Oscar goes to: najlepszy film – „Most w Toruniu”, najlepszy reżyser i aktor – Michał Zaleski, najlepszy scenariusz oryginalny – Bernard Kwiatkowski, najlepsze efekty specjalne – za listy do św. Mikołaja, najlepsza muzyka i piosenki – „Budujemy mosty dla pana starosty”, „Na lewo most, na prawo most”. Na koniec – trailer serialu: Jeden człowiek (perspektywa żabia), tysiące przeciwników (plan ogólny, szary tłum, nie widać twarzy, a następnie same detale – obrzydliwe znamiona, bruzdy i blizny na policzkach, piegi, zez, dłonie bez palców i kikuty), ale on wie, że w końcu dotrze do celu (zwolnione tempo i bicie serca), że pokona wszystkich (może coś w stylistyce gore, czyli ręka, noga, mózg na ścianie), zbuduje nowy porządek (burza, fajerwerki, wybuch granata. grzyb atomowy), że połączy dwa światy (spocone czoło, żyły na skroniach), że połączy ludzi (mężczyzna w ramionach mężczyzny) i ich zbawi (ujęcie na słońce wychodzące zza chmur)”.

The best of… Michał Zaleski ver. 1.0

Kim jest człowiek, który przekonał do siebie 21 tys. torunian w 2002 r. (50 proc. głosujących), 45 tys. zł w 2006 r. (70 proc. osób, które poszły do urn) i ma 37,3 tys. wyników w Google? Prezydent Torunia mówi o sobie niewiele. Budzi wiele emocji i reakcji: od fascynacji po niechęć.

fot. Lech Kamiński

fot. Lech Kamiński

Michał Zaleski jest oszczędny (nie tylko w słowach). Wciąż mieszka w bloku w 50-metrowym mieszkaniu. Jeździ 17-letnią mazdą 626. Nie ubiera się w najdroższe garnitury. Kupuje je w przeciętnych toruńskich sklepach. W pracy oszczędza na czym może: jeździ wysłużoną limuzyną, wykręca żarówki w swoim gabinecie. Największe zaufanie ma do ludzi pracowitych. Ma donośny głos, o czym przekonali się już nie raz jego współpracownicy. W pracy nie plotkuje i nie rozmawia o polityce. Pracuje od 9 do 21. Jest dobrze zorganizowany. Prowadzi kalendarz, w którym wszystko skrupulatnie notuje. Podsumowuje w nim każdy dzień, tydzień i miesiąc. W wolnym czasie Zaleski „chętnie zajmuje się pracą na działce, jego pasją jest też żeglarstwo” – czytamy w nocie na stronie internetowej magistratu. Ciąg dalszy, zapewne nastąpi. A teraz przejdźmy do cytatów, bo one są tutaj najważniejsze:

O sobie, Gazeta Pomorska z 13 marca br.
“Ja z zasady jestem oszczędny. Jeżdżę kilkunastoletnim samochodem. Póki jest sprawny, chętnie to robię. Nie ubieram się w garnitury najlepszych marek, tylko w takie, które są dostępne w przeciętnych toruńskich sklepach. W pracy oszczędzam, na czym mogę. To nie jest kwestia tego roku, ale moje wieloletnie przyzwyczajenie. Tak dosłownie oszczędziłem na wygodzie jazdy, bo samochód, który miał być kupiony w tym roku, miał m.in. i mnie służyć. Kolejny przykład? Proszę, niech Pan spojrzy do góry, na lampy”.

Znów o sobie, Gazeta Wyborcza z 4 grudnia 2008 r.
“Jako prezydent w swoich działaniach patrzę dalekiego celu, widzę rozwój miasta, poświęcam się temu w każdy możliwy sposób. Nie dbam o swoje prywatne funkcjonowanie, życie, obecność wśród tych, którzy chcą bym wśród nich był. Wyznaję zasadę: zostałem po to wybrany, by służyć mieszkańcom Torunia. Nie ma we mnie <parcia na szkło> i nie będzie”.

O skargach na MZK, Gazeta Wyborcza z 28 listopada 2008
“Mam taką tezę, że gdyby porównać nazwiska niezadowolonych z listą osób ukaranych ostatnio za jazdę bez biletu to nazwiska te pokrywałaby się. Niestety nie mogę tej tezy udowodnić, bo <Gazeta> większości opinii nie podpisała z imienia i nazwiska”.

O mobbingu, Gazeta Pomorska z 24 października 2008 r.
„Mam donośny głos. Nie ukrywam swoich ocen. Ze współpracownikami rozmawiam w sposób bezpośredni. Jeżeli coś im się nie udaje, to im o tym mówię. Być może za rzadko ich chwalę, ale myślę, że każdy z pracowników ma poczucie własnej satysfakcji wtedy, kiedy coś mu wyjdzie. (…) Nie spotkałem się z przypadkiem, w którym ktoś uznawałby spotkanie ze mną za wymagające wsparcia medycznego. Każdy, kto ze mną rozmawia, może się spodziewać, że dyskusja będzie merytoryczna. Nie poruszam kwestii politycznych czy osobistych moich pracowników, rozmawiam wyłącznie o sprawach zawodowych. (…) Nieprawdą jest, że stosuję mobbing”.

O pracy, Gazeta Pomorska 24 października 2008 r.
„Od 9 do 21 plus soboty i niedziele. Na pewno jest to między półtora a dwa etaty. Na studiach podyplomowych na Uniwersytecie Warszawskim napisałem pracę z organizacji pracy kierownika zakładu w latach 80. Wówczas się nauczyłem jednej rzeczy – skrupulatnego prowadzenia dokładnej, systematycznej informacji dla potrzeb własnych o zadaniach, które realizuję z dokładnym harmonogramem i podsumowaniem każdego dnia, tygodnia i miesiąca czasu pracy”.

Znów o pracy, Nowości z 28 grudnia 2007 r.
„Nie mam żadnych osobistych relacji ze współpracownikami. Jestem natomiast osobą, która wymaga bardzo dużo, a najwięcej od siebie”.

Podczas odsłonięcia pręgierza w kształcie osła, Gazeta Wyborcza z 13 października 2007 r.
“Rzadko się zdarza, żeby stojąc obok osła mieć radosną minę”.

O pracy i stosunkach z pracownikami, Gazeta Pomorska z 10 kwietnia 2007 r.
„Największe zaufanie mam do ludzi, którzy dobrze pracują. I ten kto dobrze pracuje, może być spokojny o swój byt w UM. Ten kto pracuje słabiej, wolniej, albo uważa, że tylko relacje osobiste ze mną mogą mu zapewnić jakiś przyszłość, ten się po prostu się myli. Ja przez cztery i pół roku prezydentury się nie zmieniłem. Nadal jakość pracy jest dla mnie najważniejsza, a nie jakieś relacje. (…) Ja mam zaufanie do każdego, kto dobrze przygotuje dokument, tak, że nie muszę go poprawiać i podpisuję pobieżnie go przeczytawszy. Ale jak raz, drugi, piąty go poprawiam, to się kończy u mnie zaufanie. Nawet jeżeli to byłby mój kuzyn, lub ktoś kogo znam 30 lat”.

Kolejny raz o sobie, Gazeta Pomorska z 17 listopada 2003 r.
„Wiem, ilu mam wrogów. Dosyć prosto można ich policzyć. To są ludzie, których oczekiwania nie zostały spełnione, bo muszę stąpać twardo po ziemi. Także ci, którzy nie potrafili się nadal znaleźć w grupie zarządzających jednostkami urzędu i gminy, za które ja odpowiadam”.

Ciemne strony kandydatów

Niemrawa ta nasza kampania. Gdybym miał oddać głos, znając kandydatów do Parlamentu Europejskiego tylko z ich stron internetowych, to nie poszedłbym do urny. Nie wszyscy, a nawet zdecydowana większość, startujący założyli sobie witryny, a ci, którzy zdążyli już to zrobić, nie mają pomysłu na to, jak sprzedać się w wirtualnym świecie. Poniższy przegląd stron, które udało mi się znaleźć (a tego jest tyle co kot napłakał), jest bardzo subiektywny.

Na początek Anna Zofia Mackiewicz, „trójka” na liście SLD-UP. „(…) Uczniowie mówią o mnie „bigmama” (nie tylko z powodu mojego 188 cm wzrostu)” – pisze bydgoska radna. Mackiewicz interesuje się filmem i poezją… Oto próbka – fragment wiersza „Był kwiat”: „Nie pamiętam zalążka mego / Jeno wzrost powolny i walkę o przetrwanie / Nie pamiętam pierwszego kwiatu / Jeno smutek po opadłych płatkach (…) Nie pamiętam ziarna pierwszego / Jeno świadomość upływu czasu i bólu / Czekam na pierwszy kwiat i owoc z ziarna mego / Pełna buntu za przemijanie”.

euro

A co słychać u Eugeniusza Kłopotka? Ostatnią notkę do swojego bloga wkleił na początku roku. A na jego stronie poza biogramem nic ciekawego nie znajdziemy. Polityk pisze w nim: „Pięciokrotnie zdobywał medale na Igrzyskach Olimpijskich Sportowców Wiejskich, organizowanych w województwie od 1960 r., cyklicznie, co 4 lata. Na olimpiadzie Sydney 2000 w Świeciu zdobył złoty medal w wyciskaniu sztangielki o wadze 17,5 kg, podnosząc ją do góry lewą ręką 231 razy!”

Kandydaci stawiają też na multimedia. W wideo na swojej stronie Piotr Petrykowski („dwójka” na liście PSL) mówi: „Można byłoby powiedzieć, co człowiek ze srebrnymi włosami na skroniach może zaproponować młodym ludziom? Ale pamiętajcie i wy młodzi, i wy dorośli, że to tylko i wyłącznie dzięki doświadczeniu można zabiegać o to, by obecne i przyszłe pokolenia czuły się w pełni mieszkańcami tego regionu, naszego kraju i mieszkańcami wspólnej Europy”. Tona patosu i niekończące się CV.

Tadeusz Zwiefka zaznacza w biogramie na swojej www, że pracował w Telewizji Polskiej. Pewnie dlatego że mało kto kojarzy go z PE, a wciąż z TVP. Ostatnie newsy na jego stronie są sprzed tygodnia. Nuda, nuda, nuda. Witryna wygląda tak, jakby kampania jeszcze nie ruszyła. Nie znalazłem tam programu wyborczego – szczerze mówiąc straciłem cierpliwość już po kilku minutach wertowania.

Przyjrzymy się więc „dwójce” na liście PO. Witryna Marka Krzysztofa Kolasińskiego jest aktualizowana na bieżąco. Toruński kandydat prowadzi bloga, ale jest to bardziej sprawozdanie, gdzie pojechał, z kim rozmawiał i dokąd się wybiera. Internautów trzyma na dystans. O sobie pisze niewiele: „Dziś krótki wpis. Czuję w kościach nadciągającą chorobę, a na wylegiwanie się w łóżku nie mogę sobie pozwolić. Zobaczę co będzie jutro”. A może niedziela z Kolasińskim? Kandydat tego dnia weźmie udział w biegu „Po schodach” w Kaszczorku, potem pojedzie na „Majówkę Europejską” do Brodnicy, a stamtąd do Golubia-Dobrzynia na festyn. Atrakcje murowane.

Do strony Konstantego Dombrowicza na pierwszy rzut oka trudno się przyczepić. Po chwili jednak chce się ją wyłączyć. Brakuje mi tam jakiejkolwiek interaktywności, o kandydacie pisze się w osobie trzeciej – wygląda to trochę tak, jakby w ogóle nie zaglądał na tę stronę. Kandydat chowa się za parawanem rozbudowanego CV, misji, strategii i wizji. Wiem – to bez wątpienia powinno być pierwszoplanowe w kampanii, ale na strony kandydatów nie wchodzę tylko po to, by przeczytać sobie to samo, co drukują w ulotkach, ale także dowiedzieć się czegoś o nich.

Nad stroną Ryszarda Czarneckiego można by spędzić pewnie cały dzień. Pełno tu artykułów i reportaży europosła. Kandydat uzupełnia też na bieżąco wpisy do bloga. Jednak tłem witającego na stronie baneru z uśmiechniętym Czarneckim są obrazki z Wrocławia, a nie z Bydgoszczy, Torunia czy Chełmna. W ogóle jakoś podejrzanie mało można tu przeczytać o naszym regionie. Czy tak będzie również po wyborach?

I na koniec wielka prośba: jeśli znacie strony innych kandydatów, wklejajcie adresy w komentarzach.

A gdyby radnych nie było?

Zacznijmy od fragmentu kodeksu etycznego toruńskich radnych: „W kontaktach ze środkami społecznego przekazu zachowamy skromność i umiar, a także właściwe proporcje i godziwe określenia o sprawach i osobach, zwłaszcza wyrażając opinie krytyczne bądź wyrażając protest czy dezaprobatę (…)”.

Każda sesja rady miasta to spektakl. Jest scena. Są aktorzy i publiczność. Przedstawienie rozpoczyna się, gdy na salę wchodzą dziennikarze. Loża prasowa powoli zapełnia się rekwizytami: statywy, kamery, mikrofony, skorowidze, pióra. Radni poprawiają fryzury, zapinają guziki w marynarkach, układają wystąpienia i wiercą się w fotelach. Trudno orzec tak naprawdę, którzy są aktorami, a którzy widzami.

radni

I wtedy rusza machina. Najpierw powoli. Jak na zawołanie pojawia się las rąk. Każdy – no prawie każdy – chce dojść do głosu, pręży się do obiektywu i czeka z niecierpliwością, aż ktoś ustawi go przed kamerą. Najlepsza strategia to kręcić się gdzieś na korytarzu. Na pewno jakiś dziennikarz nas zaczepi. Kolejny sposób: trzeba być na czasie. Zbliżają się mistrzostwa – zakładamy koszulkę w barwach narodowych. Robi się głośno o Teletubisiach – przy pulpicie do głosowania ustawiamy Tinky Winky. A pytań są tysiące. Poprawek w bród. Dyskusje skończyć się nie mogą. Każdy szczegół staje się ważny. Każdy przecinek, każda kropka. A potem każdy chce wydać oświadczenie, że się cieszy i że to wiekopomna chwila. Albo że jest oburzony i to skandal jest. To wszystko trwa do momentu, gdy ostatni z dziennikarzy opuści salę. Tumany kurzu opadają na stoły. Wtedy ręce idą w ruch. W górę i w dół. W górę i w dół. I szybko jest po sesji. Nie ma pytań. Nie ma dyskusji. Nie ma już błysków fleszy, obiektyw kamery nie śledzi każdego naszego ruchu. Można już nie wciągać brzucha, rozpiąć kołnierzyk i nawet podłubać w nosie. Można wrócić do domów i pielęgnować swoje pasje: literaturę piękną, turystykę pieszą i zmotoryzowaną, wycieczki rowerowe, działkę, teatr, tenis, hokej, siatkówkę, piłkę nożną, biegi, pływanie, siłownię, koszykówkę, bowling, Championship Manager, NBA, DBL, wyścigi Formuły 1, żużel, narciarstwo zjazdowe, muzykę, geografię świata, historię Polski i powszechną, stosunki międzynarodowe, krajoznawstwo, fotografię, film, numizmatykę, psychologię, astronomię, wieś, jazdę konną, politykę, wolontariat. Takie hobby mają nasi radni. To zwykli ludzie. Tacy jak my.

Zwykle opuszczając sesję rady miasta, zachodzę w głowę, po co to wszystko – to stroszenie piórek, wybuchy emocji, zażarte polemiki. Nie wiem, co musieliby zrobić radni, aby ogromna część mieszkańców naszego miasta znała ich z twarzy lub przynajmniej z nazwiska. Może w końcu czas zorganizować sesję rady miasta na świeżym powietrzu np. na Rynku Staromiejskim. Ustawić stoły i krzesła, a nawet zabrać ze sobą maszynki do głosowania. Niech ludzie zobaczą w końcu, kto decyduje o losach naszego miasta. Ciekaw jestem, jaki spektakl zgotuje nam wówczas rada.