platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Promocja Torunia. Raz tak, raz siak

Z filmami promującymi Toruń lub toruńskie inwestycje jest jak z sinusoidą. Raz urzędnicy wdrapują się na wyżyny, by później z hukiem uderzyć czołem o dno. Tyle jest rodzajów promocji Torunia, ile jednostek oraz wydziałów w magistracie.

YouTube Preview Image

Chciałoby się, aby toruński magistrat prezentował wszystkie miejskie inwestycje w taki sposób, jak w powyższym filmie o projekcie “Rozwój sieci tramwajowej w latach 2007-2013”. Tak można by pokazać, np. cały przebieg trasy średnicowej, trasy wschodniej, staromostowej oraz nowomostowej czy też nieco mniejszych inwestycji np. przebudowy ul. Skłodowskiej-Curie czy ul. Polnej. Ta wizualizacja jest naprawdę wciągająca. Szkoda, że trwa tak krótko. Każda osoba, której ją  pokazałem, początkowo nie śledziła przebiegu linii na Bielany, ale mrużąc oczy, szukała swojego bloku. Ale modernizację dróg czy budowę nowych linii można by też prezentować tak jak Gdańsk czy inne miasta. I nie żałować na to pieniędzy. Bo przecież są fundusze na promocję dużych projektów finansowanych przez Unię Europejską. A ta nie musi się kończyć na produkcji balonów czy też długopisów. Tymczasem magistrat zachowuje się tak, jakby nie zależało mu na tym, żeby torunianie dowiedzieli się o tych projektach jak najmniej. Kto wie, może nasi urzędnicy wychodzą z założenia: im mniej wiedzą, tym mniej będą protestować.

A wracając do filmu “Tramwajem ze Skarpy na Bielany”, warto zauważyć, że miejska produkcja została nakręcona zimą, kiedy miasto jest szarobure, ludzie opatuleni szalikami, samochody brudne, a drzewa nagusieńkie. Taki smutny Toruń można zobaczyć też w naszej sztandarowej produkcji promocyjnej, która wyszła spod ręki Łukasza Karwowskiego. Była kręcona późną jesienią, gdy opadły już liście. Rozumiem, że od wpisania danej pozycji do budżetu do realizacji jest długa droga. Ale czasem warto poczekać na pierwsze wiosenne listki, ładne słoneczko, itp. Tym bardziej że budowa linii na Bielany dopiero lada moment ma otrzymać pozwolenie na budowę. Co się jeszcze rzuca w oczy? Wreszcie w filmie zleconym przez miasto nie musimy oglądać toruńskich ikon: pomnika Mikołaja Kopernika, katedry św. Janów czy Ratusza Staromiejskiego. Tym razem Toruń jest “nowoczesny”.

Głos z offu (w nawiasie moje wstawki): „Toruń rozwija się [ujęcie na Centrum Sztuki Współczesnej]. Staje się coraz bardziej nowoczesny [zbliżenie na logo CSW]. Komunikacja miejska [widok na planetoidę wbitą w ziemię przy Fosie Staromiejskiej] musi reagować na [widok na logo Motoareny] zmiany, dostosowywać się [widok ogólny na stadion] do nowego tempa życia mieszkańców i tym samym powiększać [tabliczki z nazwami ulic na zbiegu Szosy Chełmińskiej i Fasolowej] arterii miejskich [ujęcie z autobusem linii nr 27].

A wszystkie tramwaje w tej produkcji też jakoś tak nowocześnie wyglądają, bo nagrywano tylko te niebiesko-żółte, po liftingu. A gdzie te nasze piękniutkie, czerwoniutkie żelazka, które skrzypią na każdym zakręcie, jakby się miały zaraz rozsypać, z ogromnymi, brunatnymi siedzeniami pamiętającymi stan wojenny, te piękne ściany i sufity, których nie można już domyć. No tak, ale promocja przecież rządzi się swoimi prawami. Wszystko musi być przypudrowane, aż do przesady. Ogólne wrażenie jest jednak pozytywne. Tak miasto mogłoby z powodzeniem prezentować inne inwestycje. Bez zadęcia, blichtru. Tak po prostu.

Jednak im dalej w las, tym gorzej. Czas na promocję inwestycyjną miasta. Tu niestety, muszę odesłać do filmu, który znajduje się na stronie biura obsługi inwestora. Na wstępie wita nas słoneczko. Potem panorama miasta. Znów niebo nad Toruniem jest niepokojąco zachmurzone. Głos z offu złowieszczo oznajmia: “Toruń. Położenie 53 stopnie szerokości geograficznej północnej i 18 stopni długości geograficznej wschodniej. 200 tys. mieszkańców. Powierzchnia 115,75 kilometrów kwadratowych”. Uff, na szczęście puszcza oczko do widza, kończąc ten byskotliwy wywód: “To tylko liczby. Nimi nie da się opisać Torunia. Grodu Kopernika”. Bo “Toruń trzeba zobaczyć, dotknąć, poczuć i pokochać”. Jest coraz lepiej: katedra, pomnik Kopernika, katedra św. Janów, Krzywa Wieża, nasz jedyny most drogowy im. Józefa Piłsudskiego. Toruński standard.

Ale za chwilę widzimy Toruń jako “prężnie rozwijający się ośrodek gospodarczy”. Jakaś budowa. No i mistrzostwo świata: dwa tiry mijające się na jakimś przejeździe kolejowym (jeśli dobrze kojarzę został nakręcony przejazd na Szosie Lubickiej, który już nie istnieje), na drodze jednojezdniowej po jednym pasie w każdym kierunku. Tak wyglądają toruńskie arterie dostosowane do  europejskich standardów. Ktoś zapyta, po co powstał ten film. Ano po to, żeby promować trzy toruńskie kompleksy nieruchomości: JAR (budownictwo mieszkaniowe, lekki przemysł i usługi), Abisynię (przemysł i logistyka) i teren na rogu ul. Przy Skarpie i Szosy Lubickiej (aquapark, rekreacja). Choć w filmie mówi się o sprawach już nieaktualnych np. fiaskiem zakończyły się starania o Europejską Stolicę Kultury, jest on wciąż aktualny. W przypadku promowanych w nim terenów inwestycyjnych niewiele się zmieniło. Na JAR-ze zdecydowały się zainwestować lokalne firmy, których raczej nie skusił ten filmik. Abisynia to nadal inwestycyjna pustynia, która wciąż chyba czeka na uzbrojenie, a na placu cyrkowym w najlepsze szaleją stada wielbłądów lub diabelskie młyny. Przyznam jednak, że oferta została pokazana dość atrakcyjnie. Jak w Matriksie. “Podejmij wyzwanie razem z nami. Zainwestuj w Toruń, jeden z siedmiu cudów Polski”.

Jak nie promować miejskich inwestycji? Na to pytanie odpowiada wyczerpująco ostatni film, który chcę Wam pokazać.

YouTube Preview Image

Już samo logo, które wita widza, wygląda jak tramwaj w kształcie parówki lub też – jak kto woli – parówka w kształcie tramwaju (niepotrzebne skreślić). Ale dalej jest jeszcze lepiej. Obowiązkowa mapa Polski. Zbliżenie. Szmery, bajery. Dynamiczna muzyka. Między Toruniem a Bydgoszczą płyną “pozytywne” impulsy. W końcu pojawiają się bohaterowie. Dwie panie i dwóch panów. Scenariusz jest prosty. Pani nr 1 i Pan nr 1 umawiają się na randkę. Ona jest z Bydgoszczy, on z Torunia. No i wyruszają w podróż. Pal licho jakość filmu, efekty specjalne. Z wiadomego powodu odpuszczę sobie ich komentowanie. Wrócmy jednak do bohaterów. Pan nr 1 jedzie ze Starówki tramwajem na dworzec… Toruń Miasto. Niesamowite! Z buta dojdzie tam w 10 minut.

Dokąd kursuje ta linia? (kadr z filmu promującego projekt BiT City)

Druga para to zapewne studenci. Wsiadają do innego tramwaju. Ona jedzie na zakupy do Toruń Plaza, on – na zajęcia do Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Dowód? Zobaczcie sobie na rozkład jazdy na elektronicznym wyświetlaczu.

Wszystko jasne: do Plazy i WSKSiM (kadr z filmu promującego projekt BiT City)

Wszystkie szczegóły są dograne. I te toruńskie drapacze chmur, które tak bezlistośnie drapią chmury, że miasto pogrąża się w bezchmurnej aurze. Czy nasze kompleksy sięgają aż do chmur? Warto zwrócić uwagę na grę aktorów. Te kocie gesty, ta mimika. Z jaką gracją pan nr 1 testuje miękkość tramwajowego fotela, jak pani w ciąży zajmuje pół kadru, jak urodziwy grubasek wycięty z fotografii podskakuje uroczo na torach. Piękna historia. Czułe pocałunki na pl. 18 stycznia i niknące w oddali sylwetki machające dłońmi. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy: na zakończenie projektu BiT City.

Quiz. Co walnie marszałek Całbecki?

Marszałek Piotr Całbecki po godzinach. Jakoś znajomo wygląda mi ten sweterek (źródło: profil Młodych Demokratów Toruń na Facebooku)

Przypowieść o toruńskim moście

Zamiast ton stali i metrów sześciennych betonu czy kilometrów estakad mamy tony emocji, żalu, pychy, dumy, gniewu i zawiści, metry sześcienne potu i łez oraz kilometry różnej maści donosów. Most to lek na całe zło. Słowo-wytrych. Urósł do niebotycznych rozmiarów. Nadszedł czas, by w końcu go odmitologizować.

O toruńskim moście, wzlotach i upadkach, kłótniach i porozumieniach, kolejnych decyzjach, piszę już od 2005 r. Pewnie z tych wszystkich artykułów uzbierałaby się dość pokaźnej grubości książka. Ale im dalej w las, tym mniej rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi. Bo tak naprawdę trudno jest pisać o czymś, co stało się mitem, co tylko na pierwszy rzut oka składa się z ton stali i betonu, jest nowym układem drogowym, który może rozwiązać bolączki komunikacyjne miasta. W ciągu tych siedmiu lat przeprawa urosła do niebotycznych rozmiarów. To wielka bańka ambicji i emocji, którą trzeba w końcu przekłuć. W tym mitologizowaniu mostu równe zasługi mają zarówno zwolennicy na czele z prezydentem Torunia, jak i przeciwnicy przeprawy. Przestańmy mówić o moście wielkimi literami.

W ostatnich dniach padały różne zarzuty pod moim adresem, że np. po cichu popieram osoby, a także organizacje, które chcą zablokować budowę mostu i trasy średnicowej, a tym samym pewnie działam też na szkodę miasta. Prof. Grzegorz Górski na stronie toruńskiego PiS, którą zamienił w swój osobisty blog (podziwiam za upór i konsekwencję), stwierdził natomiast, że “ostatnio dziennikarska aktywność red. Giedrysa, dziwnie koresponduje z aktywnością owego ekstremistycznego ośrodka destrukcyjnego, ale to przecież z pewnością wyłącznie efekt przypadku”. Piszę o faktach: pytam o zdanie Bartosza Dawidowicza, ponieważ na jego wniosek unieważniono decyzję środowiskową, robię wywiad z radnym Maciejem Cichowiczem, bo zaskarżył do wojewody wieloletnią prognozę finansową miasta, piszę o liście otwartym Zdzisława Boćka, bo były prezydent Torunia zapowiedział w nim, że złoży wniosek do Prokuratury Generalnej, rozmawiam z mieszkańcem ul. Świętopełka, bo do tej pory żadna z toruńskich gazet szerzej nie przedstawiła argumentów osób, które sprzeciwiają się budowie średnicówki w kształcie, który proponuje MZD. Drodzy Państwo, proszę nie wpisywać mnie w te narracje i wojenki. Przejdźmy do rzeczy.

 

Dlaczego most od wielu lat budzi tak duże emocje? Bo zarówno dla zwolenników, jak i przeciwników tej inwestycji, jest on czymś więcej niż tylko betonem, stalą czy po prostu trasą łączącą dwa brzegi Wisły. Dla prezydenta Michała Zaleskiego to coś więcej niż tylko wyborcza obietnica, o której mówił podczas swoich trzech zwycięskich kampanii. To nie tylko kwestia zaspokojenia potrzeb torunian i własnej ambicji. Mosty w Toruniu powstają raz na kilkadziesiąt lat. Dzięki tej przeprawie Michał Zaleski przejdzie do historii, wpisze się na zawsze na karty toruńskiej historii. I Zaleski zdaje sobie z tego doskonale sprawę. Nie trzeba być wytrawnym obserwatorem, żeby dojrzeć w jego oczach błysk, gdy mówi, jak wielka i ważna jest to inwestycja, gdy podkreśla, że to most na kolejne stulecia, że to jedna z najważniejszych inwestycji ostatnich dekad, a może i stuleci. Zaleski ma duże zasługi w tworzeniu tego mostowego mitu. Przeprawa zyskuje dodatkowe znaczenia: to okno na świat, to kluczowa inwestycja dla Polski, to warunek rozwoju Torunia, jeśli nie powstanie, to miasto stanie się zaściankiem, pogrąży się, że to być albo nie być dla Torunia, że bez niego miasto się udusi, że most ma ogromne znaczenie dla Torunia.

Nawet nie chcę się domyślać, co się stanie, jak ta bańka pęknie już po oddaniu nowego mostu i okaże się, że to tylko beton, stal i nowa droga, a te magicznie atrybuty wyparują dzień później, gdy auta jadące w kierunku Gdańska ustawią się w kolejce na Żółkiewskiego, Kościuszki albo wyjadą tunelem na wąską Wschodnią oraz Skłodowskiej-Curie. Z takimi mitycznymi i demagogicznymi argumentami nie da się dyskutować. Bo most to toruńska racja stanu i basta! Ale tak było już na początku tej inwestycji. Zbyt często zamiast rzeczowych argumentów pojawiały się emocje, zamiast ekspertyz – rozgrywki polityczne. Bez wątpienia prezydent jest wytrawnym graczem. Budowa tej przeprawy mogła się rozpocząć tylko dzięki jego uporowi, a także konsekwencji i bez żadnych wątpliwości można powiedzieć, że jest to most Zaleskiego. Gdyby nie zaryzykował, przeprawy by nie było. W wielu momentach była to mistrzowska rozgrywka. Prezydent potrafi “grać” mostem. Mostem porwał tłumy torunian. To jedna z najbardziej wyczekiwanych, ale też najbardziej popieranych toruńskich inwestycji. To dzięki niej zapewne otrzymał tak wysokie poparcie pięć lat i rok temu.

W jaki sposób Zaleski gra mostem? Zaleski jest jego ojcem, jego pierwszym i jedynym budowniczym, gospodarzem, który zasiada za sterami koparki, nadzoruje. Gdy jednak nad przeprawą zbierają się czarne chmury, most łączy ludzi, a każde wystąpienie przeciw inwestycji to wystąpienie przeciw mieszkańcom, wtedy odpowiedzialność spada na instytucje, które kontrolowały, wydawały decyzje, nadzorowały, uzgadniały; Zaleski ma wtedy stertę papierów, pod którymi złożyły podpisy ważne urzędy. Spryt? Zaradność? A może naturalna, ludzka reakcja? To, kim teraz jest i jak się zachowuje Zaleski, jest w dużej mierze wynikiem ciągłych i zażartych ataków w mediach i na forach internetowych. Tych uzasadnionych i nieuzasadnionych, rzeczowych i poniżej pasa. One mogą załamać. W przypadku prezydenta jest odwrotnie. Każdy atak – wcześniej czy później – go umacnia, co więcej, umacnia w przekonaniu, że ma do wykonania misję, nie podda się i ją zrealizuje. I tu znów most zyskuje mityczne atrybuty.

Staram się też zrozumieć przeciwników mostu. W przypadku posła Antoniego Mężydły wydawało mi się to dość proste. Z jednej strony były argumenty przeciw trasie wschodniej, ekspertyzy, porównania, kosztorysy, itp., a z drugiej strony – dość trudny charakter posła PO. Od mojego stryja, który studiował z Mężydłą na jednym roku, wiem, że zawsze był człowiekiem zawziętym. Kiedy przegrał w karty, tak długo grał, dopóki się nie odegrał. Podobnie było z mostem. Nie wiem, dlaczego ostatecznie dał sobie spokój. Czy zdecydowała chłodna, polityczna kalkulacja? Doprawdy nie wiem.

Podobnym “przypadkiem” jest dla mnie Bartosz Dawidowicz. Rozmawiałem z nim dłużej raz, może dwa razy, dlatego trudno mi ocenić, dlaczego zdecydował się pójść na wojnę pod hasłem “Nie chcę mostu na ul. Wschodniej i zrobię wszystko, żeby ten most nie powstał, bo lepszy jest most na ul. Waryńskiego”. Oczywiście upraszczam. Od kilku lat czytam to, co Dawidowicz pisze na różnych forach internetowych, z uwagą śledziłem jego pomysły, mapki, niektóre oderwane od rzeczywistości, inne – naprawdę ciekawe i inspirujące. Jednak gdy most okazał się czymś nieuchronnym, zdecydował się przejść od słów do czynów. Po drodze, podczas wyborów samorządowych, pojawił się romans z PO. Były chyba nawet propozycje, żeby wystartował z listy tego ugrupowania do rady miasta. PO – co nikogo nie dziwi w polityce – wyssała z Dawidowicza wszystkie soki np. jego pomysł na tymczasową przeprawę, broniło go, gdy sprawę wytoczył mu Zaleski (swoją drogą tym krokiem prezydent nie podciął mu skrzydeł, ale wyhodował sobie przeciwnika), działacze PO z wypiekami na twarzy czytali jego kolejne komentarze na forach . Po przegranej kampanii Dawidowicz zaczął krytykować Waldemara Przybyszewskiego i spółkę, ale wciąż utrzymuje kontakty z tym środowiskiem. Dlaczego się zawziął i za wszelką cenę chce nie tylko wstrzymać budowę mostu, ale ją definitywnie przerwać? Mogę się tylko domyślać.

Czy Dawidowicz to idealista, który uznał rozpoczęcie budowy mostu na Wschodniej, z którą się nie zgadza, wobec której ma wiele argumentów przeciw, za osobistą porażkę i obiecał sobie, że zrobi wszystko, aby przeprawa w tej lokalizacji nie powstała, który uwierzył, że jeden człowiek przekonany o swojej racji, mający wiele argumentów i dowodów jest w stanie zmienić rzeczywistość? Czy Dawidowicz to sabotażysta, któremu nie leży na sercu dobro miasta i troska o miasto, ale dążenie, żeby przerywając budowę mostu oraz doprowadzając do finansowej katastrofy miasta, jednocześnie pogrążyć Zaleskiego i sprawić, aby w stery w nadmiernie zadłużonym mieście przejął komisarz wskazany przez premiera lub Zaleski nie został wybrany na kolejną kadencję? Nie wiem, jak ocenić to, co robi Dawidowicz. Widząc, jego zaangażowanie i to, jak wiele wysłał już listów i wniosków do inspekcji, resortów, instytucji czy też Komisji Europejskiej, można by stwierdzić, że jest to już przypadek kliniczny. Ale wiele z tych argumentów ma podstawy prawne i z niektórymi z nich zgodziła się Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. To rzuca inne światło na sprawę.

We wpisie wykorzystałem fragmenty logo promującego most (źródło: linkpr.pl)

Wątpliwości pozostają. Zwłaszcza, jeśli prześledzi się publiczne wypowiedzi Dawidowicza, których było niewiele. We wrześniu 2010 r. w rozmowie z “Pomorską” Dawidowicz zapytany, czy jest przeciwnikiem budowy nowego mostu, odpowiedział: “Absolutnie nie. Chcemy, by powstał jak najszybciej”. W tej samej rozmowie obecny radny PO Maciej Cichowicz stwierdził: “Nie chcemy w żaden sposób blokować budowy mostu ani tym bardziej działać na szkodę Torunia i torunian. Zrobiliśmy to wszystko w trosce o miasto, jego sytuację finansową w najbliższych latach, a co najważniejsze – sytuację na toruńskich drogach. Podstawowym celem naszych działań jest otrzymanie gwarancji z KE, że most w Toruniu spełnia wszystkie wymogi, aby otrzymać jej wsparcie”. W maju 2011 r., gdy na wniosek Dawidowicza i stowarzyszenia “Toruń bez hałasu” GDOŚ wszczął postępowanie dotyczące unieważnienia decyzji środowiskowej, stwierdził wprost: “Most wschodni jest trzykrotnie droższy dla miasta niż przeprawa na wysokości Waryńskiego. Zdejmuje tylko 10 proc. ruchu ze starego mostu po otwarciu, odcina ul. Rydygiera od Wschodniej. Nie chcemy połączenia z A1 przez starą przeprawę. Oczekujemy analizy wpływu całości inwestycji na środowisko”. Inaczej tego nie można więc nazwać, jak tylko hipokryzją.

A czym są podszyte działania Macieja Cichowicza, radnego PO i zięcia Zdzisława Boćka? Bez wątpienia laitmotivem jego działalności w radzie miasta jest węzeł Kluczyki i fragment trasy staromostowej, który biegnie w sąsiedztwie jego domu. A dokładniej to, aby ten układ drogowy nie powstał. Cichowicz robi więc wszystko, aby miasto zmieniło koncepcję i postawiło na węzeł Stawki, który jest w śladzie trasy nowomostowej – jej elementem jest most na wysokości ul. Waryńskiego. Zapewne więc każdy krok w kierunku tej lokalizacji mostu daje dodatkowe argumenty przeciw węzłowi Kluczyki. Stąd pewnie też zaskarżenie wieloletniej prognozy finansowej, która wprowadza do planu inwestycyjnego dobudowę drugiej nitki na ul. Łódzkiej między Lipnowską a Andersa. Ten układ prowadziłby bowiem ruch z nowego mostu w kierunku węzła Kluczyki i w przeciwnym kierunku. Ale dlaczego radny nie mówi otwartym tekstem?

A teraz prosto z mostu. Nigdy nie byłem zwolennikiem budowy mostu na wysokości ul. Wschodniej. Jednocześnie nigdy nie byłem również orędownikiem budowy przeprawy na wysokości ul. Waryńskiego, choć na mój chłopski rozum wydawał się logiczną kontynuacją inwestycji sprzed wielu lat i realizacją wizji nakreślonych kilka dekad wcześniej. Marzeń o drugim moście drogowym, jak i miłości do żużla nie wyssałem z mlekiem matki. Pewnie nigdy do końca nie zrozumiem, co przeżywają torunianie z Podgórza, Stawek czy Czerniewic. Z tym, że most powstanie na wysokości ul. Wschodniej, pogodziłem się już wiele miesięcy temu, jeszcze przed wbiciem pierwszej łopaty na placu budowy. I chciałbym, żeby w Toruniu mówiło się o moście bez zbędnych emocji, żeby nikt nie mitologizował tej inwestycji. Już nie dyskutujmy o lokalizacji, ale o tym, jakie most na Wschodniej niesie ze sobą szanse i zagrożenia, jak rozłoży się ruch, kiedy powstanie ciąg dalszy trasy wschodniej, czy most nie okaże się przekleństwem dla mieszkańców Rubinkowa lub Mokrego, kiedy powstanie ciąg dalszy trasy wschodniej, którędy zostanie poprowadzony odcinek między pl. Daszyńskiego a Grudziądzką.

Toruński PiS strzela z kapiszonów

Czwartkowa konferencja prasowa PiS to podręcznikowy przykład na to, jak nie robić polityki. Bo radni tej partii chyba za bardzo nie wiedzieli, po co ją zwołali i do czego w ogóle dążą. Jak tak dalej pójdzie, staną się Czasem gospodarzy bis.

YouTube Preview Image

Godz. 12. W małej sali w magistracie zasiada trzech radnych PiS. Wyglądają na pewnych siebie. Uśmiechnięci. Jeden z nich rozdaje apel skierowany do działaczy PO – radnych i parlamentarzystów. I czar pryska. Radni PiS gimnastykują się, spinają, tłumaczą, atakują, przestrzegają, stawiają warunki, nawołują, itp. Tylko zupełnie nie wiem po co. Ta konferencja odsłania wyłącznie słabość klubu PiS.

Pierwszy grzech. Konferencje zwykle zwołuje się przy okazji czegoś, z jakiegoś powodu, w odpowiedzi na coś, itp. Ale niekoniecznie. Ta konferencja była o tyle dziwna, że została zorganizowana w dniu, gdy Michał Zaleski miał rozmawiać w resorcie transportu o losach dotacji na budowę mostu. Ale dwie godziny przed rozpoczęciem tego spotkania, a nie po, gdy było jasne, że Centrum Unijnych Projektów Transportowych wypłaci wstrzymaną transzę dotacji. No i klops. Lub jak kto woli, blamaż. Radni PiS przygotowali strzelbę, naładowali ją amunicją. A ostatecznie strzelili z kapiszona, bo chyba spodziewali się nieco innych wieści z Warszawy. Kozioł ofiarny nie okazał się kozłem ofiarnym. “Ale kto wie, co się dalej stanie” – pewnie myślą sobie radni PiS. “Ta amunicja jeszcze nam się przyda. Hecer i jego świta nie śpi”. Doprawdy, klub PiS znalazł sobie fatalną porę na konferencję prasową. Taki apel mógł skierować do działaczy PO np. w dniu publikacji artykułów o unieważnieniu decyzji środowiskowej dla mostu (połowa grudnia) lub podczas ostatniej sesji rady miasta, gdy wyszło na jaw, że CUPT wstrzymał transzę dotacji (koniec grudnia). Radnym PiS widocznie brakuje jednak refleksu. Rozumiem to doskonale. Sam jestem flegmatykiem.

Drugi grzech. Od wielu miesięcy – bodajże zaraz po wyborach samorządowych w 2010 r. – most nie był podszyty jakąkolwiek polityką czy barwami politycznymi. Od śledzenia utarczek i awantur przeszliśmy do obserwowania kolejnych etapów budowy. Nie przypominam sobie – jakby co proszę wyprowadzić mnie z błędu – głośnych kłótni z mostem w tle lub w roli głównej. Radni PiS z uporem chcą jednak znów upolitycznić tę inwestycję. Tymczasem jakiekolwiek dodatkowe zamieszanie wokół mostu w tej chwili jest zupełnie niepotrzebne, co więcej, może szkodzić temu projektowi. A polityki było w nim naprawdę za dużo. Wystarczy.

Trzeci grzech. Radni PiS apelując do PO, wystawili się na strzał. I jestem zdania, że ze strony PO przywitała ich kanonada. Mam nadzieję, że teraz nie dojdzie do żałosnej licytacji, która siła polityczna zrobiła więcej dobrego bądź złego dla mostu. Radni PiS za wszelką cenę chcą wejść w rolę obrońców mostu. To nieco śmieszne. Bo PO już na starcie ma argumenty nie do zbicia. Co z tego, że z list tej partii do rady miasta startowały osoby, które chcą zablokować inwestycję. PO ma przecież koronny argument w postaci: “To za naszych rządów przeprawa uzyskała unijne dofinansowanie”. Bez tego najpewniej budowa w ogóle, by nie ruszyła. Czym mogą się pochwalić radni PiS? Niewątpliwie to ugrupowanie też miało wpływ na tę inwestycję. Za rządów tej partii wojewoda wydał bowiem decyzję lokalizacyjną i środowiskową dla mostu (tak, tak – tę, którą teraz unieważniła Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska), wpisano też przeprawę na listę rezerwową wykazu projektów kluczowych programu “Infrastruktura i Środowisko”. Jeśli te utarczki między PiS a PO potrwają dłużej, za chwilę PO wyciągnie archiwalne wypowiedzi. - To jest inwestycja w istocie powiatowa, więc powinien być konkurs i powinny być zastosowane normalne procedury – mówił bodajże w 2007 r. ówczesny premier Jarosław Kaczyński. I pewnie znajdą się też tacy, którzy będą grzebać głębiej i zestawią ze sobą wypowiedzi Antoniego Mężydły dotyczące mostu w czasach, gdy należał do PiS i jak przeszedł do PO.

Czwarty grzech. Radni PiS wskazując na powiązanie stowarzyszenia “Toruń bez hałasu” z PO, znów użyli tej samej politycznej amunicji. Te argumenty słyszałem już na sesjach rady miasta czy w różnych medialnych wypowiedziach. Czy za miesiąc, pół roku lub rok PiS kolejny raz sięgnie po tę amunicję? Zamierza strzelać z kapiszonów?

Piąty grzech. Doprawdy nie wiem, po co radni PiS zwołali tę konferencję i do czego w ogóle dążą. Czy był to kolejny wyraz lojalności wobec prezydenta? Kto wie? Jeśli tak, to wkrótce niektórzy mogą zacząć nazywać ten klub “Czasem gospodarzy bis”. Bo momentami PiS jest większym obrońcą prezydenta niż jego klub. Jestem w stanie to zrozumieć, bo most i wspieranie działań prezydenta w tej kwestii było jednym z punktów umowy koalicyjnej zawartej przez PiS oraz gospodarzy. Trzeba przyznać, że pięcioosobowy klub PiS jako koalicjant ma znacznie większe wpływy w mieście niż dziewięcioosobowy klub PO w poprzedniej kadencji. Jest jednak znacznie mniej wyrazisty, nie potrafi tego sprzedać, bo kreatywności często trudno mu odmówić. Wiceprezydentów z PiS niemal w ogóle nie widać. PiS prawie w ogóle nie nadaje tonu dyskusji o najważniejszych sprawach w mieście. Radni tej partii zajmują się raczej drobnymi sprawami – zwłaszcza takimi, które niemal od ręki można załatwić, bo kto w mieście podskoczy lojalnemu koalicjantowi prezydenta. A program z wyborów samorządowych czeka. Kiedy usłyszymy coś więcej np. o rewitalizacji Chełmińskiego, Jakubskiego, Podgórza lub koncepcji funkcjonowania “parków toruńskich” (w tym Parku Jana Pawła II i Parków Bielańskich)? To wycinek planów nakreślonych przez to ugrupowanie. Czas wziąć się do roboty! Panowie radni, pobudka!

Radny może wyrządzić szkody na komputerze

Raz szczęką macha, a teraz... No tego to nie spodziewałem się po radnym PiS :)

Tymczasem po wpisaniu adresu strony internetowej kolegi Kowalskiego – Michała Jakubaszka –  już nie jesteśmy odsyłani do serwisu magistratu, ale… Zobaczcie sami.

Czy ktoś się już nabrał się na ten baner?

Tym razem bez komentarza (źródło: www.torun.pl)

Giedrysie, won z Torunia!

Przepraszam Was, drodzy torunianie, bo zgrzeszyłem. Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Zdradziłem Was. Stałem się wrogiem Torunia. Działam na szkodę mojego miasta. Miasta, w którym trzeba siedzieć cicho, przytakiwać i klaskać.

(fot. Lech Kamiński)

- To, ci się zupełnie nie opłaca. Zobaczysz, zostaniesz sam – usłyszałem niedawno po kolejnym wpisie na blogu. – Dużo osób w mieście myśli tak, jak ty, ale można za dużo stracić. Lepiej siedzieć cicho. Wiedzieć swoje, ponarzekać przy piwie, ale się nie wychylać. W życiu trzeba kalkulować. Bo nigdy nie wiesz, gdzie trafisz.

To dziwne uczucie, gdy kumpel nie podaje ci ręki i nawet nie spojrzy na ciebie kątem oka przy prezydencie. To dziwne uczucie, gdy słyszysz: “już nie mogę lajkować twoich wpisów. Wybacz”. To dziwne uczucie, gdy dzwonisz piętnasty  raz do dyrektora jednego z miejskich wydziałów i słyszysz, jak szepcze do swojej sekretarki: “Spuść go”. To dziwne uczucie, jak urzędnik kończy rozmowę: “ja z panem nie rozmawiałem”. To dziwne uczucie, gdy czytasz komentarze pod wpisami krytycznymi wobec władz Torunia i widzisz numery IP pochodzące z magistratu czy Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania.

Teraz mnie to już nie dziwi.

Przeżyć nie mogłem, jak rozmawiałem z radnymi koalicji i opozycji i czułem ich niemoc, ignorancję. Przeżyć nie mogłem, gdy radni, którzy popierają i nie popierają prezydenta, mówili jednym głosem, że trzeba poczekać jeszcze trzy lata, do końca kolejnej kadencji prezydenta, a potem się zobaczy. Przeżyć nie mogłem tego, że radni koalicji są bardziej krytyczni od opozycji, ale nigdy głośno albo w zaciszu gabinetów szczerze nie powiedzą, co im się nie podoba w mieście. Przeżyć nie mogłem, że prawie połowa radnych prawie w ogóle nie zabiera głosu na sesjach. Przeżyć nie mogłem, widząc, jak mało czasu nasi radni poświęcają ważnym kwestiom, jak się prześlizgują po istotnych tematach, jak mało ich obchodzą wielomilionowe inwestycje, jak podnoszą bezmyślnie ręce i głosują na uchwały, których nie widzieli na własne oczy, jak bardzo zabiegają o to, by dobrze wyjść na zdjęciu, by swoim rodzinom, znajomym i sąsiadom znów zaimponować, że udało im się w budżecie wywalczyć remoncik jednej z ulic.

Teraz to norma.

Przyzwyczaiłem się już do powierzchownych ocen: sprzeciwiam się budowie pomnika smoleńskiego – jestem lewakiem lub platfusem; krytykuję Michała Zaleskiego – znaczy nie lubię, nie przepadam, ba!, może nawet nienawidzę prezydenta Torunia; jadę bez trzymanki po Platformie – jestem propisowskim bloggerem. A najlepiej, Giedrysie, spierdalaj już z Torunia. Won nam stąd!

Drodzy Czytelnicy, nie chcę, nie chciałem i nie robię z siebie cierpiętnika, mimo iż swoim idealizmem i zapałem mógłbym zasilać dużą część miejskich latarni. Na bloga wylewam emocje, których nie mogę wylać, pisząc teksty gazetowe. Pewnie niektóre z nich można wyczuć w artykułach, które ukazują się na łamach “Pomorskiej”. Ale zawsze staram się trzymać je na wodzy, staram się lepiej lub gorzej przedstawiać racje dwóch bądź więcej stron. Wierzcie mi lub nie, ale nigdy nie miałem politycznych ambicji, ambicji, by obracać się w miejskich elitach.

Bywało jednak, że pokusa typu “dziennikarze mogą zmieniać świat na lepszy” była silniejsza ode mnie. Pokusa, by ludzie myśleli i mówili Giedrysem, ta próżność, gdy słyszałem swoje słowa w innych ustach lub sądy w innych tekstach. Mógłbym teraz napisać: “Proszę Państwa o pięć minut przerwy. Dajcie mi odetchnąć”. Ale nie napiszę.

Bo w tym, co się dzieje w mieście, widzę za dużo błędów i zaniedbań. Bo widzę za dużo megalomanii. Za dużo pychy, próżności, nieomylności, dumy, buty, nienawiści, zawiści, dyletanctwa. Dlatego obiecuję, że będą nadal wypełniać tę “Tekę Toruńską” – teraz z podwójną lub potrójną siłą rażenia. Każdy kolejny komentarz o braku obiektywizmu jest wodą na mój młyn. Bo ten blog z założenia miał być subiektywny, miał być obok mojej pracy w gazecie, miał pozwolić mi się wypisać, wygadać. Zachęcam więc do kolejnych krytycznych komentarzy.

Kiedyś po jednym z wywiadów Michał Zaleski zapytał mnie – o ile dobrze pamiętam – dlaczego tak bardzo nteresują mnie kwestie finansowe m.in. wieloletnia prognoza finansowa miasta. – Bo to moje miasto i chcę mieszkać w tym mieście dłużej – nie kilka, ale kilkadziesiąt lat – odpowiedziałem.

Toruńskie platfusy wybierają szefa

Michał Wojtczak i Jerzy Janczarski kandydatami na szefa toruńskiej PO. To bardzo bezpieczni kandydaci. Wielkiemu cielsku PO w Toruniu – w postaci 10 radnych – pozwolą zapaść w głęboki, dwuipółletni sen. Potem się obudzą. Jak zwykle za późno.

Wojtczak i Janczarski, czyli kandydaci na szefa PO w Toruniu w czasach swojej świetności (źródło: um.torun.pl)

Przyznam się szczerze, że nie za bardzo znam Wojtczaka i Janczarskiego. Nawet nie pamiętam, czy przeprowadziłem z nimi jakąś dłuższą rozmowę. Nie odgrywają w tej chwili większej roli w mieście. Nie zabierają głosu w kluczowych dla Torunia sprawach, nie żyją nimi, nie komentują, nie angażują się. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie.

Wojtczak pisał felietony do “Nowości”, ale ani jednego z nich nie jestem w stanie powtórzyć, nawet nie pamiętam, kiedy ta rubryka została spisana na straty. O Wojtczaku i Janczarskim znam wiele różnych historii. Opowiadali mi o nich starsi dziennikarze, którzy pamiętają jeszcze prehistoryczne lata 90. w Toruniu. Ale poza dawnymi i obecnymi funkcjami – oczywiście bez ich googlowania – niewiele jestem w stanie powiedzieć o tych dwóch panach, wskazać ich dokonania z ostatnich lat, co myślą na dany temat, jak oceniają obecną sytuację w mieście, jaką mają wizję Torunia, itp.

Nie chcę tutaj nikogo obrażać, bo prędzej mogę być oskarżony o niewiedzę bądź ignorancję, ale szefem toruńskiej PO powinien zostać ktoś, kto żyje tym, co dzieje się w mieście, ktoś, kto angażuje się w sprawy miasta, ktoś, kto zabiera głos w dyskusji. Pewnie najłatwiej byłoby powiedzieć, że szefem toruńskich struktur powinien zostać jeden z 10 rajców. Nie spisywałbym na straty radnych tej partii, jak to robi Wojtczak, wypowiadając się w “Nowościach”: “Platforma w Toruniu potrzebuje nowego impetu. Mam wrażenie, że trochę przysiadła. PO jest za mało widoczna, zarówno w Radzie Miasta, jak w samym Toruniu. Minął rok prezydentury Michała Zaleskiego i co? Nie było żadnej oceny ze strony naszej partii. Wychodzą na światło dzienne niepokojące szczegóły dotyczące przygotowania przez magistrat najważniejszej miejskiej inwestycji, czyli budowy mostu, i co? Nie ma jasnego stanowiska partii. To trzeba zmienić”.

Czy Wojtczak jest w stanie wykrzesać z siebie podobny impet, co radni PO na początku tego roku? Przecież wówczas jak chyba nikt dotąd wzięli w obroty prezydenta oraz jego świtę. Suchej nitki nie zostawili na ekipie rządzącej miastem. Dlaczego Wojtczak i Janczarski nie zabrali głosu w sprawie tych niepokojących szczegółów dotyczących mostu?  Dlaczego nie ocenili dziewiątego roku rządów Michała Zaleskiego? Może takie analizy znajdziemy na ich stronach internetowych (Wojtczak właśnie buduje swoją www) czy też facebookowych profilach?

A odpowiedź na pytanie, dlaczego PO przysiadła, jak sugeruje Wojtczak, jest bardzo prosta. Bo część radnych musiała porzucić sprawy miejskie i w pełni zaangażować się w wybory parlamentarne (tak, tak – część wspierała senatora Wojtczaka). W międzyczasie pojawiły się “miękkie” wypowiedzi szefa struktur regionalnych PO Tomasza Lenza oraz marszałka Piotra Całbeckiego.

“Lenz-Go” i marszałek “PO-PiS” swoimi wypowiedziami dotyczącymi ewentualnej współpracy w radzie miasta z Michałem Zaleskim, zrobili wodę z mózgu radnym PO. Warto tu zacytować Całbeckiego: “PO mogła i powinna być jako największy klub udziałowcem współrządzenia w naszym mieście. Żałuję, że tak nie jest”. Jak w takiej sytuacji być opozycją w radzie miasta? Oprócz tego sytuacja skomplikowała się po wyborach, gdy obecny szef PO w Toruniu Grzegorz Karpiński nie wszedł do Sejmu. Związana z nim grupa radnych zaczęła być marginalizowana.

Bez wątpienia w poprzedniej kadencji PO była bardziej zróżnicowana i egzotyczna. Teraz w klubie jest więcej osób z partyjną legitymacją. Mimo to są – podobnie jak w tamtej kadencji – frakcje i frakcyjki. Czy dojdzie do jakichś rozłamów czy kłótni? Niewykluczone. Co chwilę bowiem słychać o kłótniach radnych PO na komisji rewizyjnej. Różnice zdań widać było również przy odejściu o. Maksymina Tandka z Wyższej Szkoły Filologii Hebrajskiej. Wielu radnych PO szczerze się nienawidzi.

Co dalej? Niech myślą o tym tęgie głowy w PO. A takich pewnie tam nie brakuje. Nie widzę jednak osoby, która mogłaby pojechać z tym koksem: szefować PO i startować za trzy lata w wyborach prezydenckich w Toruniu.

A czy Ty już dostałeś życzenia od radnego?

Radny Łukasz Walkusz znów napisał do mnie list. Odręcznie. Podobny dostali moi sąsiedzi z Rubinkowa. Byłem nieco zazdrosny. Przeczytałem go jednak teraz. Ależ piękna to lektura.

Strona radnego znów działa (źródło: www.lukaszwalkusz.pl)

Na wstępie radny przypomina, że dostał ogromne zaufanie i poparcie w wyborach – ok. 3 tys. głosów. “Dzisiaj jako Wiceprzewodniczący Rady mogę jeszcze skuteczniej pracować na rzecz rozwoju naszego osiedla”. Życzę powodzenia w tej pracy dla mojego osiedla – w opozycyjnym klubie.

Ale im dalej, tym lepiej. W drugim akapicie Walkusz przytacza pokaźną listę inwestycji wykonanych w 2011 r. na Rubinkowie i w okolicach. I pisze w liczbie mnogiej: “realizujemy”, “udało nam się”, “skończyliśmy”, “zrealizowaliśmy”, “zbudowaliśmy”, “wspieramy”. Nie znalazłem jednak wśród tych przedsięwzięć zapowiadanego parkingu naziemnego na Rubinkowie. A przecież podczas wyborów samorządowych podpisałem listę poparcia dla takiego garażu.

Walkusz: “Nie wszystko jednak udało się zrealizować w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Jestem jednak przekonany, że dzięki Państwa życzliwości i pomocy razem zrobimy więcej“. Po tych pięknych i okrągłych zdaniach, radny otwiera budżet miasta na 2012 r. i spisuje żywcem kilka pozycji, np. modernizację basenu na Dziewulskiego, budowę parkingów na Rydygiera i Niesiołowskiego, itd. W momencie, gdy dostałem ten list, budżet był już uchwalony. Mimo to radny zapowiada: “w następnym roku będę zabiegał o realizację następujących przedsięwzięć (…)”.

Najciekawsze jest jednak to, w jaki sposób radny Walkusz zabiega o te przedsięwzięcia. Na sesji 15 grudnia wstrzymał się przecież w głosowaniu nad budżetem miasta na 2012 r.

Zabiegam, ale się wstrzymuję (źródło: um.torun.pl)

Przypadek kliniczny? Doprawdy nie wiem. Jednego Walkuszowi nie mogę odmówić. Ułożył naprawdę piękne życzenia. Szkoda, że nie przeczytałem ich przed świętami, bo SMS-em był je komuś wysłał: “Życzę dużo radości i dobroci od ludzi, szczęścia rodzinnego oraz niosącego pokój błogosławieństwa Bożej Dzieciny”.

Panie radny, życzę Panu przede wszystkim szczerości i pracowitości.

Toruń idzie na wojnę z sąsiadami

Władze Torunia ograniczając ruch tirów w mieście, fundują podtoruńskim gminom  noworoczny prezent: hałas, spaliny, drgania, nerwy, korki, rozjeżdżone drogi, itp. Zamykanie miasta dla wielkich wozów to jedynie odsuwanie problemu nieco dalej.

Drogi kierowco, znajdź sobie objazd (źródło: maps.google.com)

Śledząc stosunki Torunia z ościennymi gminami, mogę się tylko domyślać, że pomysł ograniczenia ruchu tirów w mieście nie był z nimi konsultowany. Od wielu lat Toruń jakoś specjalnie się nie przejmuje kluczowymi dla tych samorządów inwestycjami: przebudową ul. Nieszawskiej czy budową traktu leśnego. Toruń ma w nosie rozjeżdżane od lat przez tiry Grębocin, Papowo Toruńskie czy Łysomice. Teraz idzie o krok dalej, nie oglądając się na to, że gminy z powiatu toruńskiego wcześniej czy później wejdą w skład metropolii bydgosko-toruńskiej.

Toruń oraz ościenne samorządy powinny ze sobą współpracować. Zyskają na tym wszyscy. Tym razem magistratowi zabrakło jednak wyobraźni. Ograniczając ruch tirów w mieście, funduje podtoruńskim gminom noworoczny prezent: hałas, spaliny, drgania, nerwy, korki czy rozjeżdżone drogi. Bez żadnego pytania ich o zdanie. Nie chcemy, by tiry rozjeżdżały nam drogi, ale tym samym wysyłamy je, by rozjeżdżały drogi naszym sąsiadom. A tak niedawno, w połowie października, kiedy otwarto nowy odcinek A1 między Nowymi Marzami a Czerniewicami, wielu mieszkańców gminy Łysomice czy Lubicz odetchnęło z ulgą, gdy część ciężarówek zamiast drogą wojewódzką 552 pojechało autostradą. Część tych lepiej poinformowanych wiedziała jednak, że to tylko tymczasowa poprawa. Że 14 stycznia wejdą opłaty na obwodnicy Torunia, a tiry wrócą do Grębocina i Papowa Toruńskiego. Pewnie nikt jednak nie spodziewał się, że może ich być znacznie więcej niż do tej pory. A do tego może prowadzić zakaz, jaki chcą ustanowić władze Torunia.

Jakoś specjalnie nie znam się na drogach wokół Torunia, ale problemy mogą się pojawić np. na drodze wojewódzkiej nr 546 ze Złejwsi Wielkiej do Rzęczkowa, 657 – ze Złotorii do Lubicza Górnego, gdy niewiedzący o zakazie kierowcy z drugiego końca Polski, będą musieli ominąć Toruń. Nie wątpię w umiejętności kierowców. Problem rozwiąże na pewno nawigacja, która wskaże, jak objechać gród Kopernika i wrócić na trasę. Odnoszę jednak wrażenie, że miasto wprowadzając ten zakaz, zupełnie nie martwi się o kierowców. W ogóle nie wskazuje tras objazdowych. A niech się sami martwią i kluczą po lokalnych drogach.

Ustawienie znaków kilkanaście kilometrów przed miastem, a potem 450-700 metrów przed znakiem zakazu, to zdecydowanie za mało. Na konferencji w mieście w ogóle nie było mowy np. o parkingach dla tirów na wylotówkach. Część z nich bowiem będzie czekać kilka godzin na wjazd do miasta. Nie słyszałem też nic o jakichkolwiek konsultacjach z firmami spedycyjnymi czy przedsiębiorstwami z Torunia, które korzystają z pojazdów powyżej 18 ton.

A najwięcej wątpliwości mam do tempa, w jakim miasto zamierza wprowadzić to ograniczenie. Jeśli magistrat od wielu miesięcy planował to zrobić, mógł przynajmniej miesiąc wcześniej upublicznić tę informację. Kierowcy i firmy mogłyby się do tego należycie przygotować, wcześniej złożyć wniosek o zezwolenie na wjazd. Tymczasem miasto wybrało idealną porę – okres świąteczno-noworoczny. Gratuluję braku wyobraźni.

Ze strachem czekam na 2 stycznia i gromy, jakie będą ciskać w urzędników zaskoczeni kierowcy tirów i właściciele firm. Jak to może wyglądać nieco później, gdy już kierowcy oswoją się z ograniczeniem? Ciężarówki będą tylko czekać na określoną godzinę, by zalać miasto. Do tej pory ruch tirów rozkładał się na cały dzień. W godz. 9-13 i potem po 19 w mieście mogą się więc formować długie kolumny tirów, będzie pisk hamulców, warczenie, spaliny. Nie zdziwię się jednak, jak miesiąc po wprowadzeniu zakazu na ulice wyjdą mieszkańcy Łysomic, Papowa czy Grębocina i zablokują drogę wojewódzką nr 552. Wtedy skończą się żarty. Może magistrat uświadomi sobie, że to ograniczenie może zabić podtoruńskie wsie.

Eksperyment, który chce zgotować miasto swoim sąsiadom, jest niesprawiedliwy, arogancki i szkodliwy. To tylko przerzucenie problemu na biedniejsze gminy, które nie mają takich funduszy na budowę i remonty dróg co miasto. To nie jest rozwiązanie problemu, to jedynie odsunięcie go nieco dalej.

Warto pamiętać o tym, że przez miasto biegną aż trzy drogi krajowe. Magistrat co roku wyciąga rękę po rządowe czy unijne dotacje na ich modernizację. A teraz je zamykamy. Na dzisiejszej konferencji uderzyła mnie jeszcze jedna kwestia. Urzędnicy zauważyli, że po otwarciu nowego odcinka A1 ruch tirów w mieście spadł o kilkanaście procent. Na jakiej podstawie podjęli więc decyzję o wprowadzeniu zakazu? Czy nie bardziej miarodajne byłyby badania ruchu już po wprowadzeniu opłat na obwodnicy? No tak, ale wtedy drogowcy pewnie usłyszeliby, że znów się spóźnili, że są opieszali, że nie mają wyobraźni, itp.

Jeśli to rozwiązanie ma być presją wywieraną na premierze i rządzie, żeby zrezygnowali z pobierania opłat za przejazd autostradową obwodnicą Torunia, to miejskiej “polityce zagranicznej” mogę wystawić najniższą notę. Nie tędy droga.

Królestwo się sypie. Część pierwsza

To miała być bajka o Michale III i jego dworze. Tym razem będzie jednak poważnie. Po gorącym politycznym tygodniu nie chciałem zabierać głosu. Ale nie potrafię milczeć.

Most dla ludzi? (fot. Lech Kamiński)

Co najbardziej mnie zirytowało w tym całym zamieszaniu wokół decyzji środowiskowej dla toruńskiego mostu? To, że Michał Zaleski znów znalazł kozła ofiarnego. Tym razem padło na ośmiu mieszkańców ul. Świerkowej oraz stowarzyszenie “Toruń bez hałasu”.

Nie godzę się na to, by prezydent mojego miasta szczuł mieszkańców przeciw  mieszkańcom. Do tej pory wydawało mi się, że Zaleski chciał być lub starał się być reprezentantem wszystkich toruńskich środowisk, wychodzić z roli polityka, stawać ponad podziałami. Jeszcze jako radny dał się poznać jako przeciwnik przekazania bądź sprzedaży redemptorystom JAR-u. Jako prezydent stał się bardziej koncyliacyjny. Wiem doskonale, że w tym puszczaniu oka do Radia Maryja i jego elektoratu więcej jest politycznego wyrachowania i kalkulacji.

Mimo to Zaleski do tej pory wydawał się lub starał się być prezydentem wszystkich torunian, nawet tych, dzięki którym “toruński kościół” i w ogóle Toruń jest kojarzony z zaściankowością, nietolerancją czy ksenofobią. Prezydent bez najmniejszego problemu czy też grymasu bierze udział w piknikach redemptorystów, na żywo w trakcie urodzin Radia Maryja zaprasza do nas pielgrzymów.

W przypadku dwóch inwestycji – mostu i średnicówki – gdzie opór mieszkańców jest największy, Zaleski dzieli torunian na dobrych i złych. To niesmaczne. Jestem zdania, że mieszkańcy ul. Świerkowej, Wybickiego, Świętopełka czy też stowarzyszenie “Toruń bez hałasu” mają prawo protestować, odwoływać się, nawet blokować inwestycje, jeśli są naruszane ich interesy. Co więcej, jeśli faktycznie są jakieś nieprawidłowości, jeśli zostały naruszone przepisy. Nie będę oceniać, czy jest to moralne, czy nie. To zupełnie inna kwestia.

Od słów Zaleskiego jest już blisko do kolejnych, bardziej dosadnych epitetów. Wystarczy poczytać sobie fora internetowe, gdzie zawrzało i cały czas wrze. Niewielka uliczka na osiedlu PZWANN jest odmieniana przez wszystkie przypadki. Wylewa się żółć. Nienawiść, niechęć. Oby nie skończyło się to wybijaniem szyb, groźbami dla mieszkańców Świerkowej. Bo do tego może prowadzić szczucie.

Co chwilę słyszymy: to nie ja zawaliłem sprawę, to grupa (a nawet “grupka”) mieszkańców. Czy kiedykolwiek Zaleski uderzy się w pierś i przyzna się do błędu? Czy miejscy urzędnicy nadzorujący przygotowanie dokumentacji niezbędnej do wydania decyzji środowiskowej poniosą jakąkolwiek odpowiedzialność? Czy polecą głowy? Zaleski rzadko korzysta z takiego rozwiązania.

Nie chcę ciągnąć tego tematu. Sam z ciekawością czekam na rozwój wypadków. Na pewno do tej sytuacji, zapewne bardzo nerwowej dla prezydenta, nie doszłoby, gdyby chciał rozmawiać z mieszkańcami ul. Świerkowej, którzy przecież nie obudzili się kilka miesięcy temu. Uwagi do mostu przedstawiają już od wielu lat. Doskonale pamiętam jedno ze spotkań, bodajże jeszcze w 2006 lub 2007 r. Wtedy nikt nie chciał ich jednak słuchać.

Niech puentą tego wpisu staną się fragmenty wypowiedzi Michała Zaleskiego. Oświadczenie ze strony miejskiej um.torun.pl: “Niestety, budowa nowego mostu drogowego w Toruniu nie wszystkich cieszy. Podejmowane są próby doprowadzenia do tego, aby tempo tej inwestycji było mniejsze. Zaledwie ośmiu mieszkańców ul. Świerkowej i Stowarzyszenie Toruń bez Hałasu próbuje blokować najważniejszą inwestycję drogową w mieście. Możliwość dyskusji i wyrażania uwag przez mieszkańców była nie tylko w 2007 r., ale także w 2009 r., kiedy przeprowadzono ponowną ocenę oddziaływania na środowisko, jednak żadna z tych osób z tego uprawnienia nie skorzystała”.

O średnicówce w rozmowie z Kamilem Sakałusem w “Teraz Toruń”: “Ta inwestycja jest blokowana przez grupę jej przeciwników, z niezrozumiałych dla mnie powodów. Już dzisiaj przejazd z Rubinkowa na Bielany trwa długo. Średnicówka jest Toruniowi niezbędna. Wierzę w to, że w przyszłym roku tę budowę rozpoczniemy, a niezależne instytucje oddalą nieuzasadnione protesty”.

Prezydent w “Nowościach” o moście (pisownia oryginalna): “Grupka mieszkańców Torunia doprowadziła do tego, że jedna z decyzji związanych z budową nowego mostu będzie musiała znowu ulegać zmianom, poprawką (he, he – przyp. WG)  i uzupełnieniom. Osoby, które przyczyniły się lub są zadowolone z werdyktu GDOŚ unieważniającego decyzję środowiskową dla budowy mostu drogowego w Toruniu, nie zdają sobie sprawy ze znaczenia tej inwestycji dla naszego miasta”.

I na koniec Zaleski w “Pomorskiej” o przeprawie: “Ze smutkiem przyjąłem wiadomość o unieważnieniu decyzji środowiskowej w sprawie mostu. Powstała ona na wniosek grupki mieszkańców, którzy chcieli, by tak negatywna decyzja pojawiła się”.

Panie prezydencie, proszę się opamiętać!

Czas na rewolucję w MZK!

Rusza likwidacja Miejskiego Zakładu Komunikacji. Za miesiąc stanie się spółką. To dobry moment, aby rozpocząć poważną dyskusję o przyszłości komunikacji.

Czy MZK stanie teraz na głowie? (fot. Lech Kamiński)

„W toruńskim MZK czas się zatrzymał” czy też „MZK nie jest gotowy do zmian i dialogu” – to tylko niektóre z nagłówków artykułów, jakie napisałem o miejskim przewoźniku w ciągu ostatnich siedmiu lat. Mógłbym wygrzebać je z archiwum i z drobnymi korektami prawie żywcem ponownie opublikować. W ciągu ostatnich lat w komunikacji publicznej wprowadzono kosmetyczne zmiany. Nie chcę już przytaczać listy zarzutów, wypaczeń, zaniedbań, błędów oraz grzechów MZK.

Ten artykuł równie dobrze mógłby być listem otwartym do przyszłego prezesa MZK oraz dyrektora wydziału gospodarki komunalnej, który jest organizatorem przewozów, czyli ustala m.in. sieć połączeń, częstotliwość jazdy oraz kontroluje jakość usług świadczonych przez przewoźników i przyznaje im rekompensatę. Albo inaczej: listą postulatów, sugestii, propozycji i zadań dla MZK i urzędu.

Sieć połączeń i rozkłady jazdy do kosza

Przekształcenie MZK z zakładu budżetowego w spółkę jest idealnych momentem, by przygotować zupełnie od podstaw sieć połączeń oraz rozkłady jazdy, porzucić jakiekolwiek przyzwyczajenia, sentymenty oraz argumenty typu „trasa tej linii nie była zmieniana od kilkudziesięciu lat”, „bo ludzie się pogubią”.

Taki krok można by podzielić na kilka etapów, a także kilkanaście miesięcy. Pierwszy: magistrat organizuje konsultacje np. przy okazji spotkań prezydenta z mieszkańcami. Drugi: z grona uczestników zostaje wyłoniona grupa torunian, która wchodzi w skład specjalnie powołanej komisji złożonej z przedstawicieli magistratu, MZK, MZD czy też ekspertów od programowania ruchu. Trzeci: przeprowadzenie pomiarów dotyczących liczby pasażerów jeżdżących na danych liniach MZK, itp. Czwarty: opracowanie nowego układu linii oraz rozkładów jazdy. Czwarty: kolejna seria konsultacji oraz wprowadzenie poprawek do dokumentu. Piąty: wdrożeniu nowej sieci połączeń oraz rozkładów jazdy powinna towarzyszyć szeroka akcja informacyjna, np. druk darmowych rozkładów jazdy z dokładnymi mapkami, itp.
Nie chciałbym przesądzać, w jaką stronę miałyby pójść te prace i jak winna wyglądać ostateczna wersja siatki połączeń i częstotliwość jazdy wozów MZK. Uczestnicy zespołu powinni trzymać się jednak kilka ważnych wytycznych.

Złote zasady dla toruńskiej komunikacji

Po pierwsze: koniec z nierentownymi liniami, które „wożą powietrze” i kursują kilka razy w ciągu doby, np. linią nr 35 i 41. Jeżeli już autobusy mają kursować na ul. Odległą i Na Zapleczu, bo takie zapotrzebowanie zgłaszają pracownicy okolicznych zakładów, warto po prostu wydłużyć tylko niektóre kursy innych linii np. nr 19 (może pojechać dalej – w kierunku Makro) czy linii nr 22 (w kierunku Odległej).

Po drugie: trasy przejazdu linii jeżdżących w zbliżonych relacjach mogą się pokrywać np. w 30 proc. Chodzi przede wszystkim o linie nr 19, 21 i 30, a także 26, 34 i 40. Obecnie zdarza się, że autobusy tych linii kursują seriami, po których następuje kilkunastominutowa dziura w rozkładzie jazdy. Jedną z linii – nr 21 lub 30 – można by też poprowadzić np. ul. Skłodowskiej-Curie tak, aby osoby mieszkające na Bielawach, gdzie mieszka coraz więcej torunian, mieli szybsze połączenie ze Starówką. Tymczasem miasto trzyma się zasady, że tam, gdzie powstaje nowa ulica, musi być również nowa linia, np. linie nr 34 (po otwarciu Wielkiego Rowu) czy 39 (po udostępnieniu ul. Ligi Polskiej), które w niedużym stopniu różnią się od innych połączeń w podobnych relacjach.

Po trzecie: należy także wydłużyć linie, które trasę między pętlami pokonują w kilkanaście minut. Zgodnie z rozkładem czas przejazdu „trzynastki” wynosi tylko 13 minut (mogłaby jechać np. do kampusu uniwersyteckiego czy Motoareny), „dziewiętnastki” – 16 minut (część kursów można wydłużyć np. do dworca Toruń Główny).

Kampus, Dworzec Główny i centrum

Po czwarte: Toruń jest zbyt małym miastem, żeby tworzyć punkty przesiadkowe. Należy zatem wskazać priorytetowe miejsca, do których powinniśmy dojechać z każdego toruńskiego osiedla bez przesiadki. Każda dzielnica powinna mieć bezpośredni dostęp do przynajmniej jednego z kolejowych dworców (przede wszystkim do Torunia Głównego), kampusu uniwersyteckiego oraz centrum. Na Główny i do miasteczka UMK nie dojedziemy teraz bezpośrednio np. z Bielaw czy Kaszczorka. Na stację za Wisłą bez przesiadki nie dostaną się też mieszkańcy Bydgoskiego, południowej części Jakubskiego.

Po piąte: należy usprawnić dojazd do obiektów sportowych przy Bema czy Motoareny, gdzie mają być przecież organizowane zawody o wysokiej randze. Muszą je obsługiwać regularne lub też okazjonalne linie autobusowe, które docierają do dworca PKP Toruń Główny (np. wspomniana już „trzynastka”).

Po szóste: należy wprowadzić mniejsze autobusy na rzadziej uczęszczanych liniach – tak jak na linii nr 43. W tym przypadku warto rozważyć, czy część pojazdów mogłaby wjeżdżać na ulice wewnątrz osiedli, np. na ul. Antczaka, Niesiołowskiego (między ul. Łyskowskiego a Przybyłów), ul. Wyszyńskiego, Wojska Polskiego czy działki PZWANN. Można też przyjąć zasadę, że dotarcie do przystanku MZK powinno zajmować nie więcej niż 10-15 minut.

Po siódme: zespół powinien też opracować zmiany w sieci połączeń w związku z otwarciem nowego mostu czy północnej trasy średnicowej.

Po siódme: należy też przeanalizować kwestię połączeń międzyosiedlowych. Przykładowo: ze Skarpy i Rubinkowa nie dojedziemy do Czerniewic, z Kaszczorka i Bielaw na Jakubskie, z Bydgoskiego na Koniuchy, itd.

Po ósme: warto przeanalizować, czy należy likwidować bądź też ograniczać połączenia autobusowe, które mogą być konkurencją dla tramwaju. Przykład? Pasażerowie z północnej części miasta – z Chełmińskiego. Koniuchów, działek św. Józefa czy też Wrzosów – nie mają bezpośredniego dojazdu do pl. św. Katarzyny, dworca Toruń Miasto, Lubickiej.

Po dziewiąte: jedną z podstawowych i najważniejszych kwestii w komunikacji jest punktualność. Jeszcze kilka lat temu do wozów MZK można było ustawiać zegarki. Teraz już chyba nikogo nie dziwią kilkuminutowe opóźnienia. Są na porządku dziennym. Rozkłady jazdy powinny być dostosowane do warunków, jakie panują na drogach, ewentualnych remontów czy utrudnień. Tymczasem nie mają one większego związku z rzeczywistością. Nie może też być tak, że rozkłady są tak wyśrubowane, że kierujący są zmuszeni na łamanie przepisów.

Nazwy przystanków są dla przyjezdnych

MZK od lat kurczowo trzyma się nazw przystanków z poprzedniej epoki. Mamy lub mieliśmy do niedawna przystanki typu „Polchem”, „Merinotex”, „Merkury”, „Sezam”, „Saturn”, „Jowisz”. Tych zakładów i sklepów już od wielu lat nie ma. Mieszkańcy bardzo dobrze kojarzą, że wysiadając przy „Jubilacie”, dostaną się na ul. Bażyńskich, a na przystanku „Olbrachta” na ul. Sobieskiego. Nie zazdroszczę jednak przyjezdnym, którzy są po raz pierwszy w Toruniu i muszą się dostać np. na ul. Dziewulskiego. Gdzie wysiąść? Na „Sezamie”, „Rubinkowo Centrum”, „Manhattanie”, „Jowiszu”? System nazw przystanków powinien być prosty i przejrzysty. Pierwszy człon nazwy powinien pochodzić od ulicy, na której mieści się przystanek, a drugi od najbliższej ulicy, z którą się ona krzyżuje, sklepu czy instytucji, itp. Turysta powinien w rozkładzie zobaczyć np. Rydygiera – Kościół (lub Jodłowa), Łyskowskiego – Kwadrat (Rydygiera), Dziewulskiego – Targowisko (Łyskowskiego), Dziewulskiego – Spółdzielnia (Jamontta).

Bilety czasowe, „przystankowe”, rodzinne

Wielkim krokiem w toruńskiej komunikacji była drastyczna obniżka cen biletów miesięcznych. To bodaj jedna z najlepszych decyzji, która została podjęta w ubiegłej dekadzie. Na tym jednak „eksperymenty” się zakończyły. A szkoda. Do tej pory nie było żadnych poważniejszych przymiarek bądź dyskusji o biletach czasowych. Zwykle kończyło się na stwierdzeniu, że w Toruniu są zbyt duże z korki – np. na drogach dojazdowych do mostu – i że takie rozwiązanie, by się nie sprawdziło. Na ostatniej sesji ze strony urzędników padło hasło, że można by wprowadzić bilet na liczbę przejechanych przystanków. Nie poszły jednak za tym żadne konkrety, oprócz zapowiedzi, że można o tym pomyśleć w 2013 r. przy wprowadzaniu karty miejskiej, o której mówi się od wielu lat.

Toruńska oferta biletowa jest bardzo skromna. A to i pewnie jest zbyt delikatne stwierdzenie. Magistrat powinien przeanalizować m.in. wprowadzenie oferty dla rodzin (np. rodzice kasują, dzieci nie), turystów (bilet jednodniowy lub dwudniowy nie tylko do MZK, ale też muzeów i instytucji kultury). Można mnożyć takie propozycje.

Musimy rozpocząć poważną dyskusję

Podobne postulaty dotyczące komunikacji publicznej w Toruniu wysuwałem już w 2007 r. Oprócz jednej jedynej odpowiedzi ówczesnego rzecznika MZK nie było żadnej reakcji ze strony magistratu. Mam nadzieję, że tym razem władze Torunia otworzą się na poważną dyskusję. Nie liczę na żadną polemikę, bicie się w piersi, ale po prostu na podjęcie konkretnych i zdecydowanych działań. Oddzielmy to, co było dotychczas w MZK grubą kreską. Piszę te słowa nie jako dziennikarz, ale przede wszystkim jako pasażer, któremu zależy, aby komunikacja publiczna w naszym mieście była sprawna, punktualna, czysta, niezawodna i nowoczesna, by w końcu stała się poważną konkurencją dla komunikacji samochodowej.

Moje przypadki z MZK

Z MZK jest jak z PZPN. Można go ostro krytykować, szukać sposobów na ocieplenie wizerunku, podsuwać rewolucyjne pomysły, apelować o głębokie reformy, prosić o interwencje. I nic. Od siedmiu lat piszę o MZK. W tym czasie niewiele się jednak zmieniło.

MZK sp. z o.o. = Maria Zawal Kompany? (fot. Lech Kamiński)

W Toruniu, a może i w całej Polsce, nie ma chyba podobnej firmy. Toruński MZK jest jedyny w swoim rodzaju. To twierdza albo „Miejski Zakład Karny” – jak nazywają go niektórzy pracownicy. Nawet nie chcę za bardzo liczyć – choć lubię wszelkiej maści statystyki – ile stron zapisałem tekstami o toruńskim zakładzie.

Wróćmy do pięknych czasów, kiedy stawiałem pierwsze kroki w dziennikarstwie i pierwszych kontaktów z MZK. Początkowo, gdy pracowałem jeszcze w „Gazecie Wyborczej”, były to jakieś drobiazgi, niewielkie interwencje typu „Gołowąs pojechał bez biletu, a niedobry kanar go sponiewierał”, „Marzniemy na przystanku, bo wandale wybili szybkę”, „Już od miesiąca MZK nie może wywiesić rozkładu jazdy na przystanku <stacja benzynowa>” albo „Motorniczy przyciął mi plecak i nie przeprosił”. Po kilku miesiącach tematy były nieco bardziej podskórne. Zaczął się kolejny level: „delikatne kopanie po kostkach”.

Dzień w dzień nękałem rzecznika prasowego, o którym niektórzy złośliwi dziennikarze mówili, że to zwykły motorniczy. Z zamkniętymi oczami potrafiłem wykręcić numer telefonu do sekretariatu i „ust” MZK. Ganiłem, wymądrzałem się w komentarzach. Czułem się jak młody bóg. Potem przyszła pewna pani rzecznik, którą już na wstępie przepytałem o jej doświadczenia z mediami. Jazda bez trzymanki, no bo na wstępie trzeba pokazać, kto tu rządzi. Rozmowa nie poszła, bo „biednych czytelników takie bzdury nie obchodzą”.

A później, jakimś dziwnym trafem, moje stosunki z MZK się ociepliły. Już nie pamiętam, jak do tego doszło. Byłem częstym gościem w gabinecie pani dyrektor. Pamiętam, jak wszyscy wokół mnie latali. Pani dyrektor za bardzo nie orientowała się w temacie, ale od czego jest telefon. Gdy pojawiało się trudniejsze pytanie chwytała za słuchawkę, dzwoniła do lepiej zorientowanego pracownika, a ten zapewne na baczność – ach, ta wyobraźnia – przez słuchawkę tłumaczył mi meandry komunikacji w Toruniu. Bywało też, że wzywała Bogu ducha winnych pracowników, którzy w żołnierskich słowach, z wypiekami na twarzy i wielkimi oczyma recytowali mi co trudniejsze zagadnienia. Kiedyś nawet dostałem jakiś album, z okazji jakiejś okrągłej rocznicy w MZK.

Wtedy zaczął się level: „przyjaciel MZK”. Chce pan zrobić materiał o biurze rzeczy znalezionych? Żaden problem. Zapraszamy serdecznie na podpisanie umowy z agencją, która powiesi reklamy w ramkach w wozach MZK. A jutro, proszę pana, będzie uroczyste podpisanie umowy z firmą, która powiesi monitory w autobusach, na których będą się wyświetlać reklamy jak w filmach science fiction? Musi pan być. Koniecznie.

Ale nie zapomnę jednego. Pewnego razu zadzwoniła do mnie rzeczniczka bądź pani dyrektor – teraz jest to już nieważne – i ściszonym głosem powiedziała, że ma dla mnie fantastyczny temat. Połknąłem haczyk i pojechałem do zajezdni autobusowej. Co tam czekało? Jako pierwszy zostałem zapoznany z planami modernizacji toruńskich tramwajów. Mówiąc krótko: z tym, jak z naszych czerwonych trzydziestolatków zrobić żółto-niebieskie wehikuły z nowymi szybkami, cichsze, mniej skrzypiące na zakrętach, z fotelami z autobusów, klimą dla motorniczego. Cuda niewidy.

Byłem wybrańcem. Zaprowadzono mnie do hali, a tam mogłem z bliska zobaczyć wybebeszony tramwaj, dotknąć niedawno co zastygniętych spawów, wziąć głęboki oddech i wciągnąć resztki zapachu po lakierowaniu. Jezu, byłem w siódmym niebie. Jako pierwszy napisałem o żółto-niebieskich tramwajach, czym chwaliłem się na lewo i prawo, niemal w każdym zdaniu. Pamiętam niemal klatka po klatce jak pani dyrektor ciska butelką szampana w koła „nowego” tramwaju, jak się wzrusza, gdy dostaje jakieś „wysokie” wyróżnienie typu „zasłużony dla komunikacji miejskiej”.

A potem coś pękło i zaczął się kolejny level: „wróg toruńskiego MZK”. I – cholera – choć próbowałem różnych cheatów i trików nie potrafię przejść tego levelu. Kiedy już widzę tęczową bramę i bonus, spadam na sam dół i znów muszę wskakiwać na ruchome platformy, itp. A jak się to stało, że trafiłem na to komunikacyjne zesłanie. Co było impulsem? Nie pamiętam. Ale wielce natchniony napisałem w 2007 r. dość obszerną i drobiazgową, kto wie – może nawet sensowną analizę, jak na moje ówczesne, mocno ograniczone możliwości. Pod wiekopomnym tytułem „W toruńskim MZK czas się zatrzymał”.

W dniu publikacji – chyba kilka minut po tym, jak pojawiłem się w redakcji – zadzwonił telefon. W tle miły głos pani dyrektor, jakaś krótka wymiana zdań, że jak ja mogłem napisać taki tekst, itp. Później krótka cisza i pytanie: - Czy zastanawiał się pan kiedyś nad pracą w MZK? I moja szybka odpowiedź: – Nigdy o tym nie myślałem.

Potem na mój artykuł odpowiedziała pani rzecznik. Potem była moja riposta pod bardzo oryginalnym tytułem „MZK nie jest gotowy do dialogu i zmian”. I nastała cisza. Nad ranem, zaraz po kolegium, palce układały się w dobrze znany numer telefonu. Nawet dzwoniąc, gdzie indziej, zdarzało się, że wybierałem numer do MZK i odzywał się znajomy głos sekretarki. Ale nie odzywałem się. Z wielkim smutkiem odkładałem słuchawkę. Już nigdy więcej nie słyszałem tej radości w głosie pani sekretarki, gdy wymawiałem swoją codzienną mantrę „Dzień dobry, z tej strony Wojciech Giedrys z gazety”. Już nie było pani dyrektor, rzeczniczka nie zawsze podnosiła słuchawkę, wicedyrektorka była w delegacji, wicedyrektor w warsztacie, proszę wysłać pytania na maila, proszę zadzwonić jutro o godz. 7, pani dyrektor już dzisiaj nie będzie, proszę już nie dzwonić, proszę kierować pytania do rzecznika prezydenta. Tego cerbera nie dało się przejść. Mijały miesiące i coraz rzadziej w słowach kluczowych pojawiało się MZK.

Zmieniłem pracę. I wtedy chyba dostałem drugą szansę. Winy nie zostały mi darowane, ale znów nieco zbliżyłem się do MZK. Zacząłem od podstaw, czyli tekstów typu: „Pasażer dostał lusterkiem, a kierowca go nie przeprosił”, „Jak to MZK rozpisał ankietę oceniającą poziom usług MZK, którą trzeba wypełnić pod czujnym okiem pani z okienka”. Generalnie bzdety, ale od czegoś trzeba zacząć.

Później jednak pojawiła się cienista smuga. Diabeł szeptał mi o nieprawidłowościach w zakupie autobusów MZK, zakładowej delegacji, która na ślub wicedyrektora MZK pojechała służbowym autem, że kierowcy w upały mają w kabinach po 30 st. C, o autobusach podstawionych za darmo dla redemptorystów, pracownikach, którzy są karani na każdym kroku, „Miejskim Zakładzie Karnym”.

Koniec bełkotu. Lada chwila zacznie się likwidacja MZK. Dokładnie za miesiąc rozpocznie działalność MZK sp. z o.o. Bardzo chciałbym, aby to był zupełnie nowy rozdział w komunikacji publicznej w Toruniu. Zacznie się on jednak dopiero, kiedy zmieni się kierownictwo firmy. Już zacząłem pisać list otwarty do prezesa MZK.

 

Magistrat w natarciu na Facebooku

2 tys. osób polubiło oficjalny profil magistratu na Facebooku. A ja – jak przystało na hejtera – nie mogę się przekonać do kliknięcia „Lubię to!” Za bardzo irytują mnie administratorzy serwisu, którzy powinni być w tle lub z działać z otwartą przyłbicą.

Kliknę, jak administrator zamilknie (źródło: facebook.com/MiastoTorun)

„MójToruń” to pierwszy serwis miejski, gdzie zamiast bezdusznych komunikatów, specyfikacji przetargowych i formularzy typu „jak to załatwić”, mamy nieco więcej – np. zabawy typu „dlaczego piernikarka jest zielona” czy cynicznego administratora, który zawsze wie lepiej. Kto stoi za MójToruń? Nie mam pojęcia. Niewątpliwie jednak urzędnicy mają dobrą zabawę. Mogą się wspiąć się na wyżyny erudycji, tocząc dyskusje z trollami, nieść dobrą nowinę, oświecić nieoświeconych, popisać się poczuciem humoru, ale też złośliwością i cynizmem.

Dzień po sesji rady miasta, na której radni podnieśli ceny bilety, MójToruń napisał: „Nie mamy dobrych wiadomości. Od 2 stycznia wzrosną ceny biletów MZK”. Warto w tej chwili przypomnieć, że nowe stawki rada miasta uchwaliła na wyraźny wniosek prezydenta Torunia. To on i jego świta wystąpili z uchwałą. Bo zwykle wszystko, co niedobre wprowadzają radni (podwyżki biletów, podatków), to ich wina. Wtedy o prezydencie się nie wspomina w komunikatach na stronie miejskiej. Ma czyste ręce.

MójToruń jest ulepiony z tej samej gliny. „No cóż, możemy tylko napisać, że podwyżki nie są kaprysem radnych. Droższa benzyna i olej to droższe usługi. Nic na to nie poradzimy”. Dalej czytamy: „Jedno małe wyjaśnienie. Decyzję podjęli miejscy radni wybrani przez mieszkańców, a nie urzędnicy. My was tylko informujemy o wynikach głosowania”. O prezydencie – szefie wszystkich urzędników – można pisać dobrze lub wcale. To pierwsze przykazanie prezydenckie.

“Najbardziej pasjonujące” są jednak wymiany zdań z internatami. Pewien internauta pisze o Bulwarze Filadelfijskim: „bulwary są zbyt wąskie, aby cokolwiek zmieniać. koniecznie ktoś powinien wreszcie zrobić nowoczesne bulwary po drugiej stronie na Kępie. oczyścić i stworzyć coś pięknego”. A co na to MójToruń? Wspiął się na wyżyny poczucia humory i napisał: „Nie mamy nic przeciwko. Ktosiu przybywaj!

A może MójToruń jest po prostu „zgrabnie” napisanym botem. Z botem nie ma co wdawać się w dyskusję. Niektórzy jednak próbują. O czym przekonał się jeden z toruńskich społeczników i dziennikarka. Oto fragment rozmowy pod tekstem o pomniku bł. ks. Popiełuszki.

Społecznik: A dlaczego w kwestii zagospodarowania tej przestrzeni publicznej nie odbyły się konsultacje społeczne?

MójToruń: Decyzję o przekazaniu pod budowę pomnika akurat tego terenu podjęła Rada Miasta (A nie UMT) na sesji 21.10.2010 roku.

MójToruń: Dodatkowo budowa pomnika ks. Jerzego Popiełuszki to nie inicjatywa Urzędu Miasta Torunia, ale inicjatywa Społecznego Komitetu Budowy Pomnika błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki w Toruniu.

Społecznik: No, ale dlaczego nie odbyły się konsultacje dotyczące zagospodarowania tego terenu?

MójToruń: Rada Miasta uznała, że podejmie decyzję bez przeprowadzania konsultacji. Proszę pytać radnych.

Dziennikarka: To Urząd Miasta Torunia nie ma nic powiedzenia w sprawie publicznej przestrzeni miasta Torunia?

MójToruń: Ma, ale decyzje podejmują radni. Nawet jeżeli PMT zaproponuje konsultacje, radni nie muszą się do tego przychylić. Sami radni też mogą zlecić konsultacje przed podjęciem decyzji.

Dziennikarka: A czy w tym przypadku UMT zaproponował konsultacje?

MójToruń: Proszę pytać Rzecznika PMT. Sprawa była głosowana w zeszłym roku, jeszcze za kadencji poprzedniej rady. Dlaczego wtedy nie było pytań?

Dziennikarka: Pytam Ciebie, MójToruniu, bo sądziłam, że zasadne jest kierowanie pytania do tego, kto miał (lub nie miał) inicjatywę, niż do jej adresata. Próba odwrócenia uwagi przez dywagacje o dacie pytań niczego tu nie zmieni.

MójToruń: Nie mamy w redakcji takich danych dlatego kieruje Panią do Rzecznika PMT. Uważamy jednak, że był w tym temacie czas na działanie, który można było wykorzystać.

Dziennikarka: Tak, tak, jasne, wielkie dzięki. Ja za to uważam, że na pytania nigdy nie jest za późno ;-) no i dlaczego w Toruniu tak często muszą działać obywatele, społecznicy czy media, a nie na ten przykład…. Urząd Miasta? ;-) ach, no i teraz piszę jako mieszkanka, nie dziennikarka. a jako taka nie muszę mieć numeru do rzecznika UMT. Co poradziłbyś, MójToruniu, Janowi Kowalskiemu, gdyby był na moim miejscu?

MójToruń: Żeby zapytał swojego radnego, dlaczego nie zorganizował mu konsultacji, lub nie wnioskował o to na posiedzeniu rady.

Niektóre komentarze są cenzurowane. Jeden z internuatów: I tak konserwator nie ma nic do powiedzenia jak dajesz $$$$! ;) MójToruń: Prosimy nie obrażać naszego konserwatora, nie zna Pani uwarunkowań dot. tamtego budynku. Zarzut „$$$” to poważna sprawa.

Praca w urzędzie miasta bywa również frustrująca. MójToruń wyznaje wprost: jeżeli pojawia się komentarz to niemal zawsze jest on negatywny, i to niemal w każdej sprawie. Czasami ma się wrażenie, że urząd to siedlisko zła. Najlepsze na co można liczyć to “no nareszcie”:( Wyrocznią nie jesteśmy.

A na koniec dyskusja o tym, dlaczego magistrat nie chce odblokować tablicy na oficjalnym profilu magistratu na Facebooku.

Internauta #1: Mój Toruniu odblokuj swoją tablicę na FB!

MójToruń: Niemożliwe. To oficjalny miejski profil.

Internauta #2: No to co, że oficjalny i miejski?

Internauta #1: A dlaczego niemożliwe? Tablice Warszawy czy Gdańska są otwarte.

MójToruń: Tablica nie będzie odblokowana.

Internauta #2: Proszę podać powody. Jako mieszkanka Torunia czuję taką potrzebę. Proszę o podanie powodów, dlaczego mogę umieszczać posty np. na stronie Jerzego Buzka, czy na stronach Gdańska czy Warszawy, a swojego miasta nie. No, chyba że Mój Toruń uważa, ze “nie, bo nie” to wystarczająco wyczerpująca/bystra/traktująca interlokutora z szacunkiem.

Znów Internauta #2: O! znów Twoje posty, Mój Toruniu, znikają :-) ma wyglądać, że gadam sama do siebie? ;-)

MójToruń: Mieliśmy już odblokowaną tablicę i skończyło się to zalewem obraźliwych, wulgarnych aplikacji, reklam i spamu. Może to wina tamtego okresu czasu (tuż przed wyborami prezydenckimi w Toruniu), ale jakoś nie mamy ochoty ani czasu ciągle weryfikować pojawiających się publikacji. Nie zmienimy zdania.

Internauta #2: Ale teraz, jeśli ktoś się uprze, też może wkleić obraźliwy link czy wpis w miejsce komentarza. Jedna praca z weryfikowaniem, a byłoby poczucie jakiejś otwartości ze strony miasta. Zresztą podejrzewam, że rzeczywiście było to związane z wyborami. Nie zakładałabym, że ludzie tylko czyhają na możliwość rzucania inwektywami. Trochę zaufania do obywateli ;-)

Internauta #3: A co znaczy że nie zmienicie zdania, a niby dlaczego? Pracujecie dla mieszkańców, prowadzicie FB dla mieszkańców i boicie się ich komentarzy? Spam, reklamy można łatwo wyeliminować, obraźliwe i wulgarne komentarze można zgłosić do moderacji a internetowych trolli można banować. FB to platforma społecznościowa, która zakłada dwustronną komunikację (tzw. dialog).

Internauta #4: Nie można działać w ten sposób to jest tak jakby uchylić drzwi tylko trochę i wmawiać że informacje za nimi się znajdujące są powszechnie dostępne, ludzie doskonale wyczuwają tę tylko trochę skrywaną dwuznaczność tego profilu być może stąd tak niewielka aktywność mieszkańców na nim. Dobrzy rządzący powinni się mierzyć również z trudnymi sprawami a nie tylko i wyłącznie uprawiać propagandę sukcesu.

MójToruń: Ależ kto wam broni komentować jak tylko chcecie i ile chcecie i co chcecie byle bez wyzwisk. A to, że portal jest dla mieszkańców nie znaczy, że mieszkańcy decydują o jego kształcie. Dochodzi też niestety problem prozaiczny – profil na fb nie jest monitorowany 24/h. Mamy mało czasu na zajmowanie się nim w ogóle, nie mówiąc o moderowaniu. Dialog jak najbardziej, pod każdą informacją możecie wyrażać swoją opinię, na którą chętnie odpowiemy. Sama ta dyskusja jest tego przykładem. I ostatnia sprawa: ten profil ma charakter informacyjny. Promujemy to co naszym zdaniem jest ważne i powinno dotrzeć do Was. Jeżeli każdy zacznie publikować, nasze informacje najzwyczajniej utoną.

Miejski profil na Facebooku nie jest czystą propagandą. Gdyby tak było, bohaterem co drugiego wpisu lub zdjęcia, byłyby prezydent Torunia – tak jak to często bywa na oficjalnych stronach miasta. Nie przekreślałbym tej inicjatywy. Na pewno dla wielu torunian i osób związanych z naszym miastem jest to cenne źródło informacji o Toruniu, a kto wie, może nawet jedyne. Zastanowiłbym się jednak poważnie nad rolą administratora tej strony. Powinien się on ograniczyć się do moderacji i odpowiedzi na proste pytania, typu: co, gdzie, kiedy.

Jako torunianin nie życzę sobie, aby na oficjalnej stronie miasta administrator leczył swoje kompleksy, wylewał żale, wdawał się w banalne dyskusje, ganił trolli, pouczał, wymądrzał się, popisywał się poczuciem humoru, itp.

Podwyżek by nie było, gdyby…

Podwyżka cen biletów – dodatkowe 3,2 mln zł. Bilet seniora – ok. 230 tys. zł. Zniesienie ulg dla uczniów, którzy skończyli 24 lata – ok. 500 tys. zł. Podwyżka cen biletów oraz abonamentów w strefie płatnego parkowania – 950 tys. zł. Tymczasem miasto lekką ręką chce wydać miliony na inwestycje, które można by odłożyć w czasie, ba!, rezygnuje z dochodów, dzięki którym mogłoby zrezygnować z niektórych podwyżek.

Nad Pentagonem (czyt. główna siedziba urzędu) zawisły czarne chmury

Tym razem będzie krótko i węzłowato. Polecam wszystkim lekturę „Wykazu osób prawnych i fizycznych oraz jednostek organizacyjnych nie posiadających osobowości prawnej, którym udzielono umorzeń w okresie od 01.01.2001 do 20.06.2011 r.” Ten dość bogaty katalog obejmuje różnorakie umorzenia: od podatku od nieruchomości, zaległości czynszowych, pobyt dziecka w placówce opiekuńczo-wychowawczej, opłat za usunięcie drzew, opłat za zajęcie pasa drogowego czy kar za nieuiszczenie opłaty za parkowanie pojazdu. Nie zamierzam tutaj wymieniać nazwisk, nazw firm i instytucji, którym ich udzielono.

Warto jednak zwrócić uwagę, że dzięki tylko jednej pozycji – opłata za usunięcie drzew – do budżetu miasta nie wpłynęło 1,3 mln zł. Na liście jest jedno centrum handlowe, jeden z większych deweloperów, ale również dwie duże spółdzielnie mieszkaniowe, które raczej nie mają kłopotów finansowych. Co ciekawe, jednej z tych firm darowano 465 tys. zł, czyli niemalże tyle, ile miasto zyska dzięki kontrowersyjnym zmianom w strefie płatnego parkowania. Z 1,3 mln zł pozostaje nam w „portfelu” jeszcze 800 tys. zł. Spokojnie starczy więc nam jeszcze na bilet seniora.

Gorąco zachęcam wszystkich do prostej zabawy pod hasłem: „Znajdźmy 3,2 mln zł w projekcie budżetu miasta na 2012 r., by uchronić torunian od podwyżki cen biletów MZK”. Które inwestycje lub zadania są zbędne, niepotrzebne, nieprzemyślane albo które można przesunąć na kolejne lata? Takich typów mam kilka.

3 mln zł można by zaoszczędzić na rozpoczęciu budowy drugiej nitki na ul. Konstytucji 3 Maja między pl. HDK a Ślaskiego. Kontrowersyjna była już budowa dodatkowej nitki od pl. HDK do Olimpijskiej i dwujezdniowej Olimpijskiej, które na co dzień świecą pustkami. Kolejny odcinek, na którym też specjalnie nie ma dużego ruchu, można by z powodzeniem przesunąć na następne lata.

Kolejne 1,3 mln zł zostałoby w kieszeni, gdyby miasto nie dokładało się do Centrum Dialogi Diecezji Toruńskiej. Tę kwestię pozostawiam bez komentarza. Dodam tylko: jeśli ktoś decyduje się na tak kosztowną inwestycję – która wciąż jest wielką niewiadomą, co więcej, mało kto ma świadomość, jakie przyniesie korzyści dla torunian – i sięga przy tym po fundusze unijne, powinien ją udźwignąć samodzielnie.

A wracając do strefy płatnego parkowania, nie trzeba byłoby podnosić cen za bilety, gdyby miasto nie zdecydowało się wydać 500 tys. zł np. na budowę obiektu magazynowo-usługowego Toruńskiego Centrum Caritas. Magistrat pokryje 25 proc. kosztów tego projektu. W obiekcie o powierzchni prawie tysiąca metrów będzie m.in. magazyn, część usługowo-konferencyjna, mieszkalna. Rozbudowa – jak czytamy w uchwale budżetowej – „ma na celu zapewnienie odpowiednich warunków przechowywania i dystrybucji środków materialnych gromadzonych na potrzeby beneficjentów, zapewnienie bazy na organizowane uroczystości, spotkania i działalność szkoleniowo-profilaktyczną prowadzoną na rzecz mieszkańców Torunia”. Jeszcze raz zachęcam do zabawy.