platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Dziadostwo w toruńskim magistracie

Dwie i pół godziny zajęło mi złożenie dwóch wniosków o wydanie dowodu osobistego w wydziale spraw administracyjnych. Jedyne pocieszenie jest takie, że pewnie nie był to rekord Polski. Tani urząd odbija nam się czkawką.

Wydział na Batorego (fot. Sławomir Kowalski / Polska Press)

Wydział na Batorego (fot. Sławomir Kowalski / Polska Press)

Poniedziałek. Południe. Wjeżdżam na parking za wydziałem spraw administracyjnych przy ul. Batorego. Jest wolne miejsce parkingowe. (Nawet półtora miejsca. Ciężarówka się zmieści.) Tak jakby na mnie tam czekało. Do sali, gdzie składa się wnioski o dowód osobisty, idę na pamięć. Na drugie piętro. Nic się nie zmieniło. Korytarz wciąż wygląda jak poczekalnia w przychodni. Jest schudnie. Trudno się do czegoś przyczepić.

Żona bierze ze stolika dwa formularze. Czy na dowody dla dzieci są inne druki? Czy mamy dobre zdjęcia? Te pytania pozostają bez odpowiedzi, bo do informacji, która jest jednocześnie miejscem wydawania dowodów, jest spora kolejka. Bierzemy się zatem za wypełnianie formularzy. Jest stolik, długopis na sprężynce. Żyć, nie umierać. Nie pobieram numerka w “systemie kolejkowym”, bo na sali nie ma zbyt dużo ludzi, a wnioski do wypełnienia są dwa… I to jest pierwszy błąd. Już na przyszłość będę pamiętać, że pierwsze, co trzeba zrobić po wejściu na salę, to wcisnąć przycisk w prehistorycznym “systemie kolejkowym”.

Maszyna wypluła mi numerek 100. Okazało się, że przede mną jest pięciu petentów. Mój błąd. Takie “systemy kolejkowe” (nie chce szukać mi się oficjalnej nazwy) działają w różnych urzędach od wielu lat. Ten przy Batorego jest wyjątkowo toporny. Jest wyposażony w jeden wyświetlacz, na którym numerek petenta i numerek okienka wyświetla się przez kilka sekund. I koniec. Wpatrywanie się w to cudo nie ma więc żadnego sensu. Nie można za bardzo na żywo śledzić swojej kolejki i ćwiczyć cierpliwości.

Z oczekiwaniem w kolejce jest trochę jak z paskiem postępu podczas instalacji Windowsa. Tyle tych pasków w życiu się naoglądałem, że pierwszy lepszy “system kolejkowy” nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Ale ten wyprowadził. Numerek 99, okienko nr 7 – wyświetlił przebiegle. (Po sekundzie wstała pani siedząca obok i przeszła do drugiej części sali w kierunku okienka nr 7. Szczęściara!). Myślał pewnie, że nie mam refleksu i nie zauważę, że teraz będzie moja kolej. Ale ja już byłem w pełnej gotowości. Uwaga! Nadeszła wiekopomna. Po minucie na wyświetlaczu pojawił się komunikat: numerek 100, okienko nr 7. Poderwałem się z krzesła. Lecę do okienka. A tam… siedzi jakiś mężczyzna. Pani z numerkiem 99 stoi przy okienku i uderza nerwowo palcami w blat. A mężczyzna jest obsługiwany. Ma tysiąc pytań, a pani w okienku tysiąc odpowiedzi. Mija pięć minut. Dziesięć. (Ostatnio jak ubezpieczałem samochód, miła pani z ubezpieczalni wydrukowała mojej córce kilka kolorowanek, żeby przez te kilka minut się nie nudziła. W niektórych restauracjach kelnerki przynoszą kolorowanki i kredki. A w urzędzie opłacanym z moich podatków salka dla dzieci jest… ale na parterze. Na drugim piętrze dziecko może znieść jajko.)

“System kolejkowy” wskazuje: numerek 101, okienko nr 4. Po kilkunastu sekundach: numerek 102, okienko nr 5. A panią nr 99 i mnie krew zalewa. “Dziadostwo” - myślę sobie. “Tani urząd”. Tymczasem do okienka nr 5 żwawym krokiem podąża podejrzany jegomość. Uradowany, że jest jego kolej. Bo on dowodu szybko potrzebuje, bo stary zgubił, a musi iść prędko do lombardu. A potem do Świecia. Na sześć tygodni. Wzdycha. “System kolejkowy” wyświetla: numerek 103, okienko nr 4. Zagryzam wargi. W końcu pani nr 99 podchodzi do okienka. Jestem coraz bliżej. Ciśnienie nieco spada.

Nareszcie moja kolej. Pani w okienku bierze do ręki wnioski i… zdjęcia. Niedobre, nie takie, jak trzeba. I tłumaczy, że od marca jest nowy wzór zdjęć. Wyjmuje z szuflady jakąś kserówkę z jakimiś ciemnymi twarzami, na którym są prawidłowe i nieprawidłowe wzory zdjęć. Cholera, znów mój błąd. Zapełniam szpalty jak robot i taki ważny szczegół umknął mojej uwadze. Mina zbitego psa nie działa na panią z okienka. Fotografa oczywiście nigdzie w bliskiej okolicy nie ma.

No to sru do samochodu. Część planów trzeba zmienić. Przecież jest środek dnia roboczego. Pierwszy lepszy fotograf. Na Bażyńskich. Zdjęcia ekspresowe w… pół godziny. Jestem cierpliwy, jestem cierpliwy, jestem cierpliwy. Jeden, dwa, trzy, cztery… dziesięć. Zdjęcia są jak w zegarku. Teraz powinno być z górki. Triumfalnie wjeżdżam na Batorego. Skręcam na parking. A tam starszy pan manewruje na środku parkingu. Nie ma wolnych miejsc. (Czy parking w jednym z najczęściej odwiedzanych przez torunian urzędzie, musi być tak mikroskopijnie mały? Czy ten wydział musi być na takim zadupiu?) Wypuszczam rodzinę. Jadę szukać wolnego miejsca. Skręcam w prawo, w kierunku Targowej. Ale tam poza poboczem przy garażach (gdzie nie da się wcisnąć już ani jednego auta) i dwoma parkingami firm, których nazw nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć, nie ma żadnych miejsc parkingowych. Te są dopiero na zapleczu pawilonu przy Kościuszki.

Spacerek każdemu się przyda. Dobry jest na nerwy. Po drodze mijam kolejnych petentów nerwowo szukających postoju. Jestem w urzędzie. Krótka wizyta w łazience. Gierka może i ona nie pamięta, ale prezydenta Wieczorka jak najbardziej. “Po prostu tani urząd” – wzdycham. Papier toaletowy przypomina papier ścierny. Na szczęście jest mydło i papierowe ręczniki. Tym razem kolejka idzie szybko. Wynik: dwie i pół godziny.

Lizusostwo i lizusy po toruńsku

W naszym małym toruńskim światku jest chyba coraz więcej przypochlebiania, schlebiania, serwilizmu, nadskakiwania, przymilności, fagasostwa, wazeliniarstwa, wazeliny, służalczości, służalstwa i lokajstwa* niż zwykle (*niepotrzebne skreślić).

Poseł Girzyński w akcji (Fot. Bartek Syta/Polska Press)

Poseł Girzyński w akcji (Fot. Bartek Syta/Polska Press)

1. Nader aktywny w swoim wazeliniarstwie jest ostatnio poseł-podróżnik Zbigniew Girzyński. Wybory parlamentarne coraz bliżej, a wciąż nie zapadła decyzja, która dawałaby posłowi z Torunia zielone światło na startowanie z listy wyborczej Prawa i Sprawiedliwości. Parlamentarzysta nie czeka jednak na rozstrzygnięcia z założonymi rękoma. Założył fabrykę wazeliny. Nie od dziś wiadomo, że politycznym guru Girzyńskiego jest marszałek Józef Piłsudski. Kto był kiedyś w biurze poselskim Girzyńskiego, z pewnością widział niewielkich rozmiarów popiersie marszałka. Dlatego czytając niedawny wywiad z Girzyńskim na portalu wpolityce.pl, trzeba pamiętać, że porównanie Kaczyńskiego do Piłsudskiego to największy komplement, na jaki może zdobyć się nasz były piłsudczyk z PiS.

Cóż takiego powiedział Girzyński portalowi wpolityce.pl? “Historia zatoczyła koło. Trochę wracamy do koncepcji z 20 lecia międzywojennego. Wówczas był prezydent i premier, a trochę z boku marszałek Józef Piłsudski, który po 26. roku był patronem tego co dzieje się w państwie, a nie pełnił żadnej oficjalnej funkcji publicznej. Piłsudski był patronem odnowy państwa – czyli sanacji, a premierzy się zmieniali…” Dziennikarka dalej docieka i pyta: “Taka idea przyświeca Jarosławowi Kaczyńskiemu?” A Girzyński odpowiada: “Nie wiem. Jestem poza partia. Ale gdybym miał szukać analogii, biorąc pod uwagę jego autorytet i znaczenie na scenie politycznej i to kim jest dla obozu politycznego, którego jest liderem, to pewnie taką analogię bym odnalazł. Chyba, że w tle jest pomysł na przywrócenie parlamentowi właściwej roli w strukturach państwa. To widać od dwóch dni. Bo nagle wszyscy się zorientowali, ze marszałek Sejmu to naprawdę druga osoba w państwie, pod warunkiem, że nie jest tylko wyznaczonym przez premiera urzędnikiem do pilnowania parlamentu i rządowych ustaw”.

2. Przymilnością na pewno można nazwać to, co wyczynia ostatnio Łukasz Walkusz, radny PO. Na razie ucina wszelkie pogłoski o tym, że mógłby startować w wyborach do parlamentu. Używa jednak tych samych sztuczek, co w ostatnich latach. Wkłada (w rzeczywistości robią to jego ludzie, nie wiadomo skąd) listy do skrzynek i uprzejmie przeprasza, że nas nie zastał (pech chciał, że akurat tego dnia, kiedy były roznoszone ulotki miałem urlop i cały dzień spędziłem w domu). Ale teraz zamiast petycji w sprawie wielopoziomowych parkingów, Walkusz wpadł na pomysł, że będzie zbierać podpisy pod węzłem autostradowym Czerniewice. Po co? Żeby odbębnić wielki sukces już jesienią. W mieście nie od wczoraj wiadomo, że właśnie przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi PO ogłosi, że są pieniądze na rychłą budowę połączenia Torunia z A1 właśnie poprzez czerniewicki węzeł. Sukces będzie mieć wielu ojców, a jednym, który będzie o tym pewnie najgłośniej piać wszem i wobec będzie najbardziej ukochany radny w naszym smutnym mieście – Łukasz Walkusz. Wybaczcie, ale dziś już nic mądrzejszego o Walkuszu nie napiszę.

3. No i po trzecie. Wyróżnienie za przypochlebianie, schlebianie, serwilizm, nadskakiwanie, przymilność, fagasostwo, wazeliniarstwo, wazelinę, służalczość, służalstwo i lokajstwo należy się również toruńskiej koalicji rządzącej miastem, która jest tak przepięknie bezkrytyczna wobec decyzji podejmowanych przez prezydenta Torunia, jak chyba żadna koalicja, która nadskakiwała do tej pory Michałowi Zaleskiemu. Najlepiej widać to w wystąpieniach klubowych na sesjach rady miasta przy okazji rozpatrywania najważniejszych uchwał: budżetowej i absolutoryjnej. W mieście coraz powszechniejsze jest przekonanie, że z kadencji na kadencję poziom intelektualny rady miasta jest coraz niższy. Trudno z takim sądem polemizować. Z pewnością w coraz mniejszym stopniu radni są partnerami dla prezydenta Torunia. Coraz bardziej ciężar rządzenia miastem, podejmowania kluczowych decyzji przechyla się w stronę prezydenta. Ktoś powie, że taki mamy system. Ale wiele jednak zależy od tego, w jaki sposób duże ugrupowania będą traktować radę miasta. Bo obecnie traktują ją po macoszemu.

Powyborcze okruchy

Jakoś specjalnie nie komentowałem i nie przeżywałem tej kampanii. Spełniłem swój obywatelski obowiązek, ale bez większego przekonania. Z tej kampanii płynie jednak wiele gorzkich wniosków.

fot. Grzegorz Olkowski

fot. Grzegorz Olkowski

Wybaczcie, nie będę się jakoś specjalnie rozpisywać, bo za bardzo nie ma o czym. Wiele osób jak mantrę powtarza słowa, że tych wyborów nie wygrał Andrzej Duda, lecz przegrał je Bronisław Komorowski. Wiele jest w tym racji. Według mnie jednak największym przegranym jest środowisko dziennikarskie. Jeszcze kilkanaście dni temu nigdy bym nie uwierzył, gdyby ktoś mi powiedział, na jak szeroką skalę w te wybory zaangażują się dziennikarskie autorytety lub – jak kto woli – celebryci z dziennikarskiego światka.

Niesmaczne były wystąpienia Adama Michnika czy Jerzego Baczyńskiego, który oficjalnie zadeklarował swoje poparcie dla Bronisława Komorowskiego na łamach „Polityki”. Niezdarni byli celebryci lub prezenterzy prowadzący telewizyjne debaty, którzy zamiast zadawać zwięzłe i celne pytania, budowali jakieś fikuśne konstrukcje złożone ze zdań podrzędnie wielokrotnie złożonych. Popisał się też Tomasz Lis, który nabrał się na fikcyjne tweety pierwszej córki Rzeczypospolitej Polskiej. Dziennikarstwo przez niektórych nazywane dziennikarstwem głównego nurtu lub mainstreamem samo siebie znokautowało. I pokazało, mimo ogromnego pospolitego ruszenia, że ma niewielki wpływ na wybory Polaków.

O politykach i politycznych potyczkach nie chcę za bardzo wspominać. Ale w wieczorach wyborczych w telewizjach to właśnie oni znów królowali. Podobnie jak w wieczorach po telewizyjnych debatach. Nie po to zostawiam włączony telewizor po wyborach lub debatach, aby słuchać tych, których reakcje są dla mnie z góry znane. Reakcji, które mogę sobie równie dobrze sam napisać lub ułożyć w głowie. A przecież nie brakuje u nas ciekawych komentatorów (szkoda, że telewizje korzystają z kilku nazwisk na krzyż).

Nasi regionalni liderzy – zwłaszcza po stronie PO – nie zdali wyborczego egzaminu. Nie chodzi mi oczywiście o wynik wyborczy, bo PO w naszym regionie znów zanotowała całkiem przyzwoity wynik. Chodzi mi o histerię, narrację i emocje, którym poddali się nasi lokalni politycy. Wydawać by się mogło, że osoby, które są w polityce od kilkunastu lat, potrafią się ugryźć w język w odpowiednim momencie. Tymczasem poziom emocji i agresji w wielu ich wystąpieniach był równy lub większy poziomowi “najlepszych” politycznych krzykaczy rodem z Wiejskiej. Popis na Facebooku dał wiceprezydent z ramienia PiS Zbigniew Rasielewski, a później wycofywał się rakiem ze swoich ataków w stosunku do kandydata PO.

Tomasz Lenz, poseł i szef regionalnych struktur PO podczas słynnego “zamachu” w Toruniu na Bronisława Komorowskiego wykazał się nie tylko refleksem, reagując w porę na delikwenta, który robił show za plecami Bronisława Komorowskiego. Na gorąco, po tym incydencie, wypalił również coś takiego: - Jak państwo widzą, Andrzej Duda ma przedstawicieli wszędzie i zachowują się jak Andrzej Duda.

Nawet podczas wieczoru wyborczego PO, gdy politycy partii Ewy Kopacz doskonale wiedzieli, że ich kandydat poniósł porażkę, regionalni działacze nie potrafili powstrzymać emocji i jadu. To nieprofesjonalne. Jak nie mam nic do powiedzenia, to się po prostu nie odzywam. I to samo radziłbym też naszym politykom. Rozumiem, że sekundę po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborów prezydenckich rozpoczęła się już kampania do parlamentu. Ale naprawdę czasem można powstrzymać emocje i nie korzystać z wytartych już klisz, czyli straszenia Polaków PiS-em.

Podczas wieczoru wyborczego Tomasz Lenz przypomniał o piątkowych incydentach w trakcie wizyty Bronisława Komorowskiego w Toruniu. I rzekł: - Osoby, które przyszły na spotkanie, były obrażane, lżone, wyrażano się w stosunku do tych osób wulgarnie. To byli wyborcy naszego przeciwnika, który te wybory wygrał. Nie chciałbym, aby tak wyglądała Polska w przyszłości.

Grzegorz Karpiński, poseł PO i wiceminister spraw wewnętrznych: – Jeśli przypomnicie sobie, co się działo w okresie rządów całkowitych PiS – prezydenta i rządu PiS, to wiecie, że to nie był dobry okres dla Polski. Nie można dopuścić w październiku do takiej sytuacji, że cała władza zostanie oddana w ręce PiS.

W pierś uderzył się tylko Tadeusz Zwiefka, europoseł PO: – To, co stoi za Bronisławem Komorowskim, nigdy nie stało i nigdy stać nie będzie za Andrzejem Dudą. Prawda jest taka, że wyniki wyborcze każą zastanowić się, gdzie i w jaki sposób zostały popełnione. Jeden taki zasadniczy błąd z naszej strony PO i koalicjantów z PSL widzę. W 2011 r., kiedy szliśmy do wyborów parlamentarnych z programem “Polska w budowie”. Pokazywaliśmy, co i w jaki sposób w Polsce się zmienia. A dzisiaj zapomnieliśmy pokazać, że to, o czym mówiliśmy w 2011 r., w istocie się spełniło, że to wszystko się zmieniło i to wszystko zrealizowaliśmy.

Do tych trzech tenorów podczas wieczoru wyborczego dołączył też marszałek Piotr Całbecki, który mówiąc delikatnie, nie jest najlepszym mówcą. W swoim wystąpieniu tak się zaplątał, że raz oznajmił, że trudno będzie zbudować nową płaszczyznę współpracy z głową państwa. Że będzie to prawie niemożliwe. Po kilkudziesięciu sekundach zmienił jednak nieco swoje twarde stanowisko sprzed kilkudziesięciu sekund i wypalił: - Myślę, że czas pokaże, czy nowy prezydent będzie tak samo poświęcał wiele czasu jak Bronisław Komorowski naszemu województwu. Ufam, że tak będzie, bo głowa państwa jest jedna. Musimy uszanować werdykt dzisiejszych wyborów, werdykt Polaków, wszyscy, którzy zdecydowali, że dokonujemy zmiany.

Ale ta huśtawka nastrojów na tym się nie skończyła. Po chwili Całbecki rzekł: – Trudno nam to będzie zaakceptować. Dla mnie to szok, co się stało. Za to liczę, że z nową głową państwa będziemy mogli współpracować, pomimo różnic, które nas dzielą. Pomimo tego czego byliśmy świadkami w piątek w Toruniu, w gorszących scenach, kiedy wygwizdano głowę państwa w tym mieście, dokonano prawie zamachu na prezydenta. Chciałbym, żeby Toruń odkupił winy. Liczę na to, bo nie zasługujemy na to jako województwo, jako miasto, jako region. Chciałbym tylko powiedzieć, że czujemy się wciąż cząstką pięknego państwa, pięknego społeczeństwa, Polski.

Puentą tego wystąpienia kierowanego do szanownych działaczy PO są słowa Całbeckiego: - Boże, broń nasz kraj.

Nie chcę dociekać, w jaki sposób Toruń może odkupić winy i co miał na myśli marszałek województwa katolicko-pobożnego, zwracając się bezpośrednio do Boga. Wybaczcie, pozostawię to bez komentarza. Po prostu sami posłuchajcie tego emocjonalnego wystąpienia Piotra Całbeckiego. Jak dobrze, że te wybory już są za nami.

 

Piłkarska Elana pod lupą prokuratury

W tej sprawie jest mnóstwo niewiadomych. Ale jednocześnie jest też mnóstwo danych pokazujących, jak wyglądało zarządzenie piłkarską spółką w ostatnich latach.

fot. Grzegorz Olkowski

fot. Grzegorz Olkowski

Tak naprawdę oprócz sygnatury postępowania, które prowadzi Prokuratura Rejonowa Toruń Centrum-Zachód, wiemy niewiele. Prokuratura informuje: “W dniu 16 stycznia 2015 r. wszczęto śledztwo 5 Ds. 317/14 w sprawie zaistniałego w latach 2010-2014 w Toruniu nadużycia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków i wyrządzenia szkody majątkowej w wielkich rozmiarach Gminie Toruń w kwocie 2.000.000 zł związanych z zakupem, a następnie sprzedażą akcji Klubu Piłkarskiego ELANA SA oraz udzielonymi w/w spółce dotacjami tj. o czyn z art. 296 par. 1 i 3 kk”.

Zerknijmy zatem najpierw do 36. rozdziału kodeksu karnego, w którym jest mowa o przestępstwach przeciwko obrotowi gospodarczemu. Za nadużycie uprawnień lub niedopełnienie obowiązków grozi kara pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat, a za wyrządzenie szkody majątkowej w wielkich rozmiarach – od roku do 10 lat. Mnóstwo danych dotyczących Elany znajdziemy m.in. na stronie miejskiej. Ich wysyp pojawił się przy okazji sprzedaży udziałów w spółce (69,1 proc. należało do miasta). Przed tą operacją wiele informacji nie przedostawało się do opinii publicznej, zwłaszcza te dotyczące zadłużenia piłkarskiego przedsiębiorstwa.

W lutym 2014 r. sprawa sprzedaży miejskich udziałów w Elanie stanęła na sesji rady miasta. To była poprzednia kadencja – 2010-2014. Radni rozpatrywali projekt uchwały w sprawie wyrażenia zgody na zbycie akcji spółki Toruński Klub Piłkarski Elana SA. Projekt przedstawiła Ewa Kossakowska, dyrektor biura nadzoru właścicielskiego magistratu. Dyskusja o sprzedaży akcji była krótka i niezbyt źywiołowa. W sprawozdaniu z sesji rady miasta wygląda to tak:

Arkadiusz Myrcha, radny PO: “Zapytał komu, i jakie kwoty jest obecnie spółka zobowiązana do spłacenia? Czy i na jakich zasadach został przyjęty system ugodowy spłat? Z jakiego tytułu są należności do ściągnięcia za blisko 700 tys. zł i czy jest ryzyko, że one nie zostaną skutecznie ściągnięte?

Kossakowska: “Odpowiedziała, że od ZUS-u są należności na kwotę 550 444 000 zł. Trwa procedura odzyskiwania pieniędzy. Sprawa jest w sądzie. Istnieje szansa na odzyskanie. Ok. 111 tys. zł to są inne należności. Struktura zobowiązań to: pracownicze 165 tys. zł, wobec dostawców 651 tys. zł, podatkowe i zusowskie 953 tys. zł. Te dane są wstępne, bo nie ma sprawozdania.

Waldemar Przybyszewski, radny PO: “Zapytał, czy spółka składała roczne sprawozdania finansowe? Czy zarząd każdorazowo osiągając takie wyniki otrzymywał skwitowanie z działalności? W uzasadnieniu jest napisane, że zasadne jest znalezienie inwestora strategicznego. Czy to jest pobożne życzenie, czy można się coś więcej dowiedzieć na ten temat?”

Kossakowska: “Odpowiedziała, że pierwszy zarząd, który funkcjonował 2 lata za pierwsze półrocze otrzymał absolutorium, a za 2011 i 2012 r. nie otrzymał. Drugi zarząd za drugie półrocze otrzymał absolutorium, natomiast funkcjonował jeszcze w 2013 r. Sprawozdanie pokaże, jak ocenić zarząd za pierwsze półrocze 2013 r. Sprawozdania są robione corocznie. Wynika to z ustawy o rachunkowości. Zostały przedstawione wspólnikom. Odbywały się zgromadzenia i były przyjmowane. Będzie poszukiwany inwestor z pieniędzmi, który wspomoże spółkę.

Przybyszewski: “Zapytał, czy były składane roczne sprawozdania finansowe do sądu?”

Kossakowska: “Odpowiedziała, że były składane do KRS-u. To jest obowiązek zarządu”.

Myrcha: “Zapytał, jaki jest harmonogram prac? Trochę należy wątpić w harmonogram prac, licząc że przyjdzie inwestor. Jaki wpływ będzie miał ewentualny spadek drużyny do niższej ligi, który jest realny?

Kossakowska: “Odpowiedziała, że tryb zbywania akcji wynika z rozporządzenia. Zostanie powołana komisja, która będzie prowadziła negocjacje z inwestorem. Może to zająć ok. 3 miesięcy, bo jeszcze nie ma wyceny. Ona została zlecona i są zbierane oferty. Po dokonaniu wyceny zbierze się komisja, zostanie opublikowane ogłoszenie. Procedura negocjacji jest etapowa. Po złożeniu ostatecznych ofert zostanie wybrany oferent, z którym będą rozmowy na temat zawarcia umowy zbycia”.

Myrcha: “Zapytał, kto ze struktur urzędu będzie zajmował się pozyskaniem inwestora i wynegocjowaniem jak najlepszych warunków?”

Kossakowska: “Odpowiedziała, że będzie publiczny nabór ofert. To będzie ogłoszone w prasie i na BIP-ie. To regulują przepisy. Być może trzeba będzie to kilkakrotnie ponawiać w celu znalezienia kogoś zainteresowanego spółką”.

Myrcha: “Zapytał, czy liczy się na to, że po przeczytaniu ogłoszenia w prasie znajdą się potencjalni inwestorzy, którzy nabędą akcje klubu?”

Kossakowska: “Odpowiedziała, że na bieżąco są prowadzone rozmowy ze sponsorami. To nie jest tak, że spółka posiłkuje się pieniędzmi z gminy. Wszyscy sponsorzy dowiedzą się o możliwości nabycia udziałów w klubie. Na pewno też będzie oferta skierowana do podmiotów, które wspierały działalność spółki. Zespół negocjacyjny będzie prowadził tryb negocjacji. To określają przepisy“.

Przybyszewski: “Zapytał, jaka jest obecnie wartość akcji?”

Kossakowska: “Odpowiedziała, że nie wie, bo po to została zlecona wycena, żeby się dowiedzieć.

Przybyszewski: “Przypomniał, że przy podejmowaniu decyzji o powołaniu spółki hokejowej i akcyjnej wszyscy byli zadowoleni z pomysłu. Był duży optymizm. Życie pokazało, że gmina może stracić nie tylko prestiżowo, ale i finansowo, bo może okazać się, że wartość akcji będzie znacznie mniejsza. To jest gminna porażka, bo nie udało się osiągnąć celu, jaki przyświecał w momencie ich powoływania. Być może była kiepska rada nadzorcza, którą powoływał zarząd, który raz otrzymywał, a potem już nie, absolutorium. Rodzi się pytanie, gdzie był właściciel? Zgromadzenie akcjonariuszy powołuje radę nadzorczą, a rada wybiera zarząd. Obecnie nie wiadomo, ile straci gmina, a radni mają podnieść rękę za zbyciem akcji.

Ostatecznie za uchwałą głosowało 14 rajców. Pięciu wstrzymało się od głosu. wśród nich był Myrcha, Przybyszewski, a także Krystyna Dowgiałło, Paweł Gulewski i Paweł Wiśniewski (wszyscy z PO, czyli ówczesnej opozycji). Za głosowali radni koalicji Czas Gospodarzy – PiS – SLD.

Dość ciekawą lekturą jest uzasadnienie załączone do projektu uchwały. A z niego możemy się dowiedzieć, m.in. że spółka TKP Elana została utworzona na podstawie uchwały rady miasta 17 czerwca 2010r. z kapitałem zakładowym w wysokości 651 tys. zł (651 akcji po tysiąc zł każda). Do miasta należało wówczas 450 akcji (69,1 proc.), a do pozostałych akcjonariuszy – 201 30,9 proc.). “Celem powołania Spółki była realizacja zadań ważnych dla rozwoju i promocji Gminy Miasta Toruń, w szczególności w zakresie zapewnienia odpowiednich warunków dla rozwoju sportu w Toruniu zwłaszcza piłki nożnej, zapewnienia najliczniejszym grupom młodzieży dostępności do sekcji sportowych, organizowania imprez sportowych, uczestnictwa w profesjonalnym współzawodnictwie sportowym. Podstawowym zadaniem Spółki było uczestnictwo w profesjonalnych zawodach sportowych, promocja sportu oraz prowadzenie działalności na rzecz jego rozwoju i promocji Miasta Torunia poprzez sport”.

Spółka w 2010 r. przejęła zobowiązania od stowarzyszenia TKP Elana. W latach 2010-2011 spłaciła 1,3 mln zł tych zobowiązań. W latach 2010-2014 pozyskiwała przychody z promocji, reklamy, biletów oraz dotacji od miasta. Jak czytamy w uzasadnieniu: “Niestety Spółka nie była w stanie udźwignąć ciężaru pokrywania bieżących kosztów funkcjonowania oraz spłaty przejętego po Stowarzyszeniu zadłużenia przy malejących z roku na rok przychodach od podmiotów zewnętrznych. Spółka od początku swojej działalności przynosiła straty”. Jakie? Za pół roku 2010 r. – 416,6 tys. zł, w 2011 r. – 1,27 mln zł, w 2012 r. – 730,9 tys. zł. “Wg wstępnych danych, za rok 2013 spółka wygeneruje zysk w wysokości ok. 430 tys. zł” – czytamy w uzasadnieniu.

Co ciekawe, poziom zadłużenia na koniec 2013 r. wynosił aż 2,2 mln zł. Spółka posiadała też należności na poziomie 560 tys. zł. “Oznacza to, że aktualne zadłużenie Spółki (zobowiązania minus należności) zwiększyło się z 1.300 mln zł na początku działalności, do poziomu 1.640 tys. zł” – czytamy w uzasadnieniu.

Warto przypomnieć, że za udziały w Elanie miasto w 2010 r. zapłaciło 450 tys. zł. Pięć lat później ta kwota – odkupił je od miasta Marwit – skurczyła się do 45 tys. zł. Skąd zatem prokuraturze wyszła równa kwota 2 mln zł? Na to pytanie poznamy odpowiedź dopiero po zamknięciu postępowania. Wówczas też wrócę do tego tematu.

Jednocześnie mam nadzieję, że w przypadku innych miejskich spółek i wątpliwości z ich funkcjonowaniem koalicjanci prezydenta Michała Zaleskiego i jego klubu Czas Gospodarzy – czyli PO i PiS – wykorzystają narzędzie, jakie dało im porozumienie programowe zawarte w ubiegłym tygodniu. Tam jasno jest napisane, że “priorytetem współpracy Klubów i prezydenta będzie zapewnienie sprawnego i bez zakłóceń działania jednostek organizacyjnych Gminy, w tym instytucji kultury, zakładów budżetowych oraz spółek miejskich. W tym zakresie Kluby zobowiązują się do stałych konsultacji i wypracowywania najbardziej optymalnych, a zarazem niezbędnych do sprawnego zarządzania miastem rozwiązań organizacyjnych i instytucjonalnych, dotyczących min. oświaty, mienia gminnego oraz obsługi inwestorów”.

Dziwny jest ten Toruń

Dziwny? To za mało powiedziane. Przekleństw i wulgaryzmów używać nie zamierzam. Od wyborów samorządowych Toruń zapadł w głęboki sen. I nikt nie zamierza go z tego pięknego snu obudzić.

fot. Jarosław Pruss

fot. Jarosław Pruss

1. Z Michałem Zaleskim jest trochę jak z Władimirem Putinem. I jeden, i drugi w ostatnich tygodniach zbyt często nie byli widywani publicznie. I w tym czasie wokół jednego i drugiego pojawiło się wiele bajek, mitów i legend. Putina mieszać w to już nie chcę, choć pewnie wiele osób znalazłoby wiele podobieństw między prezydentem Rosji a prezydentem Torunia. Skupię się tylko na Michale Zaleskim. Wystarczyło kilka dni, aby jego zniknięcie – czyli zabieg i pobyt w szpitalu – przerodziło się w istną histerię. W ciągu ostatnich dni słyszałem tyle niesłychanych historii, tyle scenariuszy i z ust tylu osób, że prędko przestałem ich słuchać. Jedni widzieli Michała Zaleskiego w butach senatora. Inni zapowiadali rychłą jego abdykację i gorączkowe poszukiwania w partyjnych szeregach jego następcy. A miejscy urzędnicy… tęsknili za swoim szefem. Władimir Putin wrócił. Michał Zaleski również. I na tym koniec tej bajki.

2. Toruń to dziwne miasto. W jednej z miejskich spółek pewnego pięknego dnia pracownicy zdecydowali, że będą się solidaryzować ze swoim szefem, który jest w sporych opałach. I będą się nosić na czarno. Wzruszyła mnie ta lojalność. Drodzy Czytelnicy, w najbliższy piątek na znak solidarności z szefem pewnej miejskiej spółki załóżmy czarne skarpetki.

3. Kiedy wybraliśmy radę miasta? 16 listopada 2014 r. Dokładnie 128 dni temu, a w momencie, kiedy piszę te słowa – ok. 3072 godzin lub 184320 minut temu. Czy to za mało czasu, aby porozumieć się i podpisać umowy koalicyjne? Wątpię. Miasto w tym momencie jest jakby zawieszone w próżni. Nie ma żadnej mapy drogowej na najbliższą kadencję. Niedawno minęło 100 dni czwartej kadencji Michała Zaleskiego. Mało się kto tym przejął. Wciąż nie wiem za bardzo, co planują prezydent wraz z przyszłymi koalicjantami. Na co chcą położyć nacisk w tej kadencji, co zamierzają zrealizować ze swoich pisanych na kolanie programów wyborczych. To takie dryfowanie.

4. Nie byłbym sobą, gdybym się nie przyczepił też do naszej pięknej “opozycji”. Piszę to słowo w cudzysłowie, bo nadal nie ma jeszcze koalicji, więc i dla opozycji jeszcze nie ma miejsca. Ale chodzi nie tylko o semantykę. Również o sposób zachowania się naszej potencjalnej opozycji. Nie rozumiem, dlaczego Czas Mieszkańców zrezygnował z funkcji przewodniczącego komisji rewizyjnej. Tę funkcję zawsze obejmował ktoś z opozycji. To naturalna kolej rzecz – koalicja rządzi, a opozycja sprawdza i kontroluje. Tymczasem Czas Mieszkańców pozbył się tego narzędzia, mówiąc, że do niczego jest mu ono niepotrzebne, że bez tego też będzie sprawdzać, co czyni koalicja. No i dochodzimy chyba do największego paradoksu w historii toruńskiego samorządu, czyli do uchwalonego nie tak dawno planu pracy komisji rewizyjnej na 2015 r. Ów plan, uwaga Panie i Panowie!, składa się z trzech punktów, podkreślam!, z trzech punktów. A niech stracę, przytoczę je w całości:

1. Kontrola realizacji inwestycji – budowa ul. Rudackiej.

2. Rozpatrzenie i zaopiniowanie sprawozdania z wykonania budżetu miasta za 2014 rok oraz wystąpienie z wnioskiem w sprawie absolutorium dla Prezydenta Miasta Torunia.

3. Rozpatrywanie skarg na funkcjonowanie Prezydenta, kierowników gminnych jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych oraz gminnych osób prawnych.

Cudo! Po prostu żyć, nie umierać. Ale ci nasi radni z komisji rewizyjnej będą w tym roku zarobieni. Ale to jest tak, jak na przewodniczącego komisji rewizyjnej wybiera się Mariana Frąckiewicza, czyli wieloletniego przyjaciela Michała Zaleskiego, wiernego, oddanego, lojalnego, itp. Czytając ten plan, uśmiałem się po pachy. Przebudowa ul. Rudackiej bowiem to chyba jedna z niewielu wzorcowo prowadzonych inwestycji w ostatnich latach. Utrudnień nie było zbyt wiele, wykonawca uporał się z najtrudniejszymi pracami dość szybko, a teraz można już bez problemów śmigać jezdnią czy ścieżką rowerową aż miło. Po co więc ta kontrola? Chyba tylko po to, aby pokazać, że w Toruniu można zrobić coś szybko, na czas i bez większych utrudnień. Tak, tak – chwalmy Pana Prezydenta, bo może nam się w przyszłości trafić tylko gorszy.

Co tam piszczy w Chełmży?

Chełmża to stan umysłu. To miasteczko ma prawie wszystko, żeby stać się wymarzonym miejscem w tej okolicy regionu. Ale pewnie nigdy się takim miejscem nie stanie.

 

Źródło: chelmza.pl

Źródło: chelmza.pl

Nie jestem znawcą Chełmży, dlatego już skończę ten przepiękny wywód. Co mnie sprowokowało do tego, aby napisać o tym sympatycznym miasteczku. “Wiadomości z Ratusza”. To taki miesięcznik, który urząd miasta zamieszcza na swojej uroczej stronie internetowej w postaci pdfa. A tam aż roi się od smaczków.

W “Wiadomościach z Ratusza” jest kwintesencja Chełmży. To cudeńko redaguje własnoręcznie sekretarz miasta. Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa: a czasem był jak piorun jasny, prędki, a czasem smutny jako pieśń stepowa, a czasem jako skarga nimfy miętki, a czasem piękny jak aniołów mowa… Aby przeleciał wszystka ducha skrzydłem. Strofa być winna taktem, nie wędzidłem.

Przejdźmy zatem od czynów do słów. Ileż emocji kryje w sobie krótka notka pod tytułem “Posprzątaj po swoim psie”. A co tam. Zacytuję ją w całości: “Władze miasta w dalszym ciągu apelują do właścicieli czworonogów, by sprzątali po swoich pupilach. Nie powinno to stanowić większej trudności dla posiadaczy psów, zważywszy, na fakt, że na terenie miasta usytuowane są dystrybutory z bezpłatnymi higienicznymi pakietami do usuwania psich odchodów. Zatem nasuwa się pytanie, dlaczego na chodnikach i skwerach zieleni usytuowanych w naszym mieście znajduje się tyle psich kup? Czy właściciele psów nie są mieszkańcami Chełmży i nie poczuwają się do obowiązku dbania o czystość wspólnej własność jaką jest nasze miasto?” Poezja. Urzędnicza poezja. Czy wszyscy urzędnicy w tym kraju są wysyłani na jedno szkolenie?

Czytając “Wiadomości”, można się też szczerze wzruszyć: “Dzień Babci i Dziadka to szczególna uroczystość, na której wnuczęta mogą wyrazić miłość, szacunek i przywiązanie do swoich dziadków. Z tej właśnie okazji w chełmżyńskich przedszkolach odbyły się uroczystości. Na zaproszenie dzieci przybyli goście, Babcie i Dziadkowie, mogli podziwiać swoje pociechy w różnych formach artystycznych. Mali artyści z przejęciem odtwarzali swoje
role, śpiewali piosenki, recytowali wiersze, tańczyli, a goście ze wzruszeniem odbierali czułe słowa kierowane pod ich adresem. Podziękowaniom ze strony gości nie było końca”.

I na chwilę wróćmy do świątecznej atmosfery i grudniowych “Wiadomości z Ratusza”. W miesięczniku znajdziemy fotoreportaż z udekorowanej bożonarodzeniowo Chełmży. Jest i choinka “przystrojona świecącą gwiazdą z różnokolorowymi lampkami”, a dookoła choinki “estetyczny drewniany płotek”, na lampach “zlokalizowanych na placu Rynku zamontowane girlandy składające się ze sztucznego zielonego igliwia oraz różnokolorowych lampek”. “Po zmroku Rynek mieni się setkami kolorowych światełek”. Nad ul. Sikorskiego “zawieszonych zostało pięć sztuk świetlnych iluminacji”, a wjeżdżających na starówkę wita napis “Wesołych Świąt”. A na koniec: “Łączny koszt wszystkich prac (…) zamknął się kwotą ok. 45 tyś. (pisownia oryginalna) złotych”.

Afery po toruńsku

Jakie miasto i mieszkańcy, takie afery – można by rzec, obserwując to, czym ostatnio żyli torunianie. Ale to chyba byłoby zbyt daleko idące uproszczenie.

Źródło: google.pl

Źródło: google.pl

“Aferę taśmową” albo “toruńskie taśmy prawdy” (cudzysłów jest wielce nieprzypadkowy w tym przypadku), czyli Paweł Łubowski kontra Michał Zaleski, już chyba odmieniono w mieście przez wszystkie przypadki. Jak to bywa z toruńskimi “aferami”, również i ta zakończyła się tak prędko, jak się pojawiła. Ponoć o tej aferze mówiło się głośno w kolejkach w Biedronce, w przychodni, w mięsnym, w kawiarniach, pubach, a nawet w środkach komunikacji miejskiej Miejskiego Zakładu Komunikacji w Toruniu (ufff….).

Ale tej afery nie było. A tym bardziej afery taśmowej lub toruńskich taśm prawdy. Dziennikarze tak pięknie to nazwali, ale przecież żadnych taśm Łubowskiego nikt nigdy nie opublikował. Nikt nigdy nawet nie dał gawiedzi dowodu, choćby kilku lub kilkunastu sekund rozmowy prezydenta i byłego dyrektora CSW. Mamy zatem aferę taśmową taką po toruńsku. Taką trochę na niby. Nie zamierzam dochodzić do tego, dlaczego tak się stało. Ale mieszkańcy Torunia stracili chyba jedyną w swoim rodzaju okazję, aby zobaczyć, jaki jest wobec swoich podwładnych prezydent naszego pięknego grodu nad Wisłą. Bo o tym, jaki jest wobec swoich współpracowników, jak na razie krążyły po mieście różnego rodzaju opowieści i legendy. Wybaczcie, o sztuce współczesnej nic tutaj nie wspomnę. Wszystkie toruńskie redakcje przy okazji tej pięknej “afery” próbowały wywołać dyskusję o sztuce współczesnej w Toruniu. I nic z tego nie wyszło.

Ale afer po toruńsku jest ci u nas pod dostatkiem. Kolejną jest m.in. sprawa siłowni w hali sportowej przy ul. Bema. Jak dotąd chyba nikt nie dotarł jeszcze do sedna sprawy. A jedną z zasadniczych kwestii jest to, ile miejska spółka wydała na zagospodarowanie powierzchni, które wynajmuje teraz prywatna firma i dlaczego nie zdecydowała się samodzielnie poprowadzić siłowni, fitness czy spa. Pytań jest mnóstwo, a na odpowiedzi trzeba niestety cierpliwie poczekać. Dlaczego? Bo komunikacja z Toruńską Infrastrukturą Sportową to udręka. Ale o tym już niebawem.

Jak nie wiadomo o co chodzi…

Styczniowa sesja rady miasta była przedziwna. Nie zdominowała jej debata budżetowa, ale Toruńskie Sukiennice, które nie są kluczową i strategiczną dla miasta inwestycją. Skąd zatem to napięcie i emocje wśród radnych, zwłaszcza jednej z opcji?

Jedna z wizualizacji Toruńskich Sukiennic - pewnie już dawno nieaktualna (źródło: torun.pl)

Jedna z wizualizacji Toruńskich Sukiennic – pewnie już dawno nieaktualna (źródło: torun.pl)

Prosty ze mnie człowiek z prowincji, dlatego wiele rzeczy biorę na chłopski rozum. Jeszcze przed ubiegłotygodniowym konwentem seniorów wydawało mi się, że najważniejsza na wczorajszej sesji rady miasta będzie debata budżetowa w drugim czytaniu i głosowanie nad planem dochodów i wydatków na ten rok. Pomyliłem się – nie pierwszy i nie ostatni raz.

Teraz sięgnę jeszcze głębiej – do moich chłopskich korzeni. Po zapoznaniu się z porządkiem obrad wczorajszej sesji. Chyba w zeszły piątek – wydawało mi się, że radni nie przejdą obojętnie obok dzierżawy terenu pod Toruńskie Sukiennice. Spodziewałem się, że temat może wywołać ożywioną, a nawet gorącą dyskusję, skoro zdecydowana większość ankietowanych podczas konsultacji społecznych w 2013 r. negatywnie oceniała tę inicjatywę. Ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że na komisji gospodarki komunalnej, a potem na sesji będą takie szopki.

Prosty ze mnie człowiek z Olsztyna, ale wytłumaczcie mi proszę, o co tutaj do cholery chodzi. Dlaczego wśród radnych tyle emocji wzbudził projekt uchwały, który nie dotyczy kluczowej bądź strategicznej inwestycji miejskiej? Którego żaden komitet nie forsował w swoim programie wyborczym? Dlaczego radni poświęcili więcej czasu i uwagi, żeby śledzić punkt po punkcie projekt uchwały i umowy dzierżawy związane z Toruńskimi Sukiennicami, a odpuścili sobie kluczowy dla miasta dokument, jakim jest budżet miasta? Jak nie wiadomo, o co kaman, to chodzi o pieniądze.

Kto chce kręcić lody przy Toruńskich Sukiennicach? Do tej pory niezrozumiała jest dla mnie w tym wszystkim rola działaczy PiS, którzy najbardziej lobbują i kręcą się przy tej inwestycji – na czele z wiceprezydentem Zbigniewem Rasielewskim. Na sesji radni PiS wyglądali tak, jakby doglądali do ostatniej chwili, jakie są nastroje wśród pozostałych radnych, wśród dziennikarzy, czy projekt ma szansę przejść. Mieli uszy i oczy szeroko otwarte. Ukradkiem z założonymi rękoma przysłuchiwali się rozmowom na magistrackim korytarzu. Dlaczego PiS tak bardzo zależy na Toruńskich Sukiennicach? Radni PiS niechętnie rozmawiali na ten temat. W skupieniu czekali na rezultat. Ich miny po wycofaniu projektu uchwały z porządku obrad były… bezcenne.

Bo to nie był przypadek, że Toruńskie Sukiennice trafiły do porządku obrad jako jeden z ostatnich punktów. Zwykle na koniec sesji lądują najbardziej kontrowersyjne tematy. Tak jest, odkąd pamiętam. Może jeszcze ktoś naiwnie wierzy, że dziennikarze do tego momentu tak się zmęczą, że wyjdą z sesji. Pomińmy jednak ten wątek. Bo to po prostu jakaś głupia tradycja. 

Słyszałem też inną wersję, a raczej hipotezę, że może tutaj chodzić o jakiś sprytny mechanizm przejmowania miejskich nieruchomości, które są dzierżawione. Oczywiście na zupełnym legalu. Najpierw ktoś podpisuje umowę na dzierżawę bez żadnego przetargu, mija rok i występuje do miasta o jej zakup, mając prawo do pierwokupu i być może do upustów. W tym przypadku: w jego ręce trafia jedna z najatrakcyjniejszych działek w mieście w tzw. Nowym Centrum Torunia. Ciekawe jest również to, dlaczego od kilku dni przy okazji Toruńskich Sukiennic – na razie w kuluarach – pojawia się nazwisko jednego z działaczy PiS? Jaką rolę ów działacz odgrywa w całej tej sprawie? W takim mieście jak Toruń, gdzie w różnoraki sposób spłaca się polityczne i niepolityczne długi, prędko możemy nie znaleźć odpowiedzi na to pytanie.

Co jeszcze jest ciekawe w tej sprawie? Upór. Podobny upór, nieco irracjonalny jak w przypadku Domu Harcerza. Tam także swój duży udział mieli radni PiS. Ale do dzisiaj tak naprawdę nikt nie wie, o co tak naprawdę chodziło. To, że prezydent wycofał projekt uchwały z czwartkowej sesji, nie oznacza, że Toruńskie Sukiennice nie wrócą. One wrócą prędko i wtedy ci, którym na nich zależy, będą uzbrojeni po uszy. Czy ci, którym zależy na odnalezieniu drugiego dna w tej całej sprawie, spożytkują ten czas i udowodnią, że jest coś na rzeczy? Nie mam pojęcia.

Wiem jedno, niezależnie, czy ta inwestycja ma drugie dno bądź nie, źle się dzieje, że wokół rozwoju przedsiębiorczości i poprawy warunków toruńskich przedsiębiorców powstaje tak gęsta i niezbyt przyjemna atmosfera. Atmosfera podejrzeń, niedomówień i pewnie za chwilę oskarżeń. Jestem za tym, żeby targowisko przy Szosie Chełmińskiej nabrało nieco cywilizowanych kształtów. Nie musi od razu się upodabniać do galerii handlowych.

Toruńskie Sukiennice pewnie wrócą na sesję jak bumerang. Czy do tego czasu toruńscy radni wypracują taki projekt uchwały i umowy z  dzierżawcą, że znikną wszelkie niedomówienia i podejrzenia? Że nie będzie jakichkolwiek zastrzeżeń, niejasności? Że sprawa nie będzie podszyta polityką i nie będzie nosić żadnych politycznych barw? Mam poważne wątpliwości.

PiS, czyli pożoga i smutek

Gdyby nie to, że poseł z Włocławka Łukasz Zbonikowski został pełnomocnikiem toruńskiego PiS, w ogóle zapomniałbym, że w Toruniu działa taka partia. Ba!, że chcą wejść do koalicji rządzącej miastem.

Na stronie toruńskiego PiS posucha. Prof. Górski już nie zapełnia jej swoimi refleksjami...

Na stronie toruńskiego PiS posucha. Prof. Górski już nie zapełnia jej swoimi refleksjami…

Cztery lata temu otwarcie kadencji w wykonaniu radnych PiS było zupełnie inne niż teraz. Wtedy niektórzy nawet skrót tej partii rozumieli jako “Posady i stołki”. Bo panowie i panie z PiS w jakiś dziwny sposób rozpanoszyli się po miejskich jednostkach i spółkach. Był entuzjazm i wiara, że z błogosławieństwem Michała Zaleskiego teraz będziemy rządzić i dzielić, reformować straż miejską, stawiać pomniki, itd. Wtedy PiS w radzie miasta miał zielone światło niemal na wszystko, co sobie wymyślił lub o czym zdążył pomyśleć. Był trochę jak świeżo kupiona maskotka. Radni PiS byli pupilkami Michała Zaleskiego. A ten wobec nich był nadzwyczaj lojalny.

Im dalej w las, tym było gorzej. W pentagonie coraz częściej można było usłyszeć, że PiS się rozpanoszył w mieście. Że należałoby utrzeć mu nosa. Coś zaczęło się psuć w stosunkach Michał Zaleski – PiS bodaj w 2013 r. Wtedy radni PiS się postawili i nie zagłosowali za salą koncertową. Rękę wyciągnęła wówczas PO. To puszczanie oczka przez ludzi PO do Michała Zaleskiego chyba najbardziej doprowadzało do szewskiej pasji toruński PiS. Było to widać zwłaszcza, gdy w konkury do Michała Zaleskiego przychodzili działacze PO np. z dodatkową kasą na most. Koniec końców kampania wyglądała tak, że PO i PiS podszczypywały się, ale najbardziej zależało im na adorowaniu Michała Zaleskiego.

No i dochodzimy do 16 listopada. PiS zdobywa siedem mandatów. Zdobywa w Toruniu największą liczbę głosów, ale jakoś nie potrafi się cieszyć ze zwycięstwa. Nawet specjalnie go jakoś nie świętował. Następuje jakaś stagnacja. Degrengolada. Wszystko zamiera. Po dość prężnej i widocznej w mieście kampanii wyborczej radni – zarówno ci, którzy zostali wybrani po raz pierwszy, jak i ci, którzy weszli po raz kolejny do rady miasta – zamilkli. Rozumiem – tydzień, dwa, a nawet Boże Narodzenie i później sylwester – ale nie ponad dwa miesiące milczenia. Mam świadomość, że dla młodych radnych PiS ciosem było odejście z PiS Zbigniewa Girzyńskiego, ich mentora i politycznego ojca. Ale czas się otrząsnąć z tej pożogi i traumy.

Prędko to chyba jednak nie nastąpi. Mój blog nie działa na toruńskich polityków jak magiczna różdżka. Bywa tak, że jak coś napiszę, to oni robią ze swojej politycznej przekory na odwrót. Ale najczęstsza reakcja – to milczenie. Toruński PiS prędko się nie otrząśnie, bo oto dopadła go kolejna trauma. Bo chyba tak można nazwać wybór na pełnomocnika partii w Toruniu włocławskiego posła Łukasza Zbonikowskiego. Nie spodziewam się jakiejś czystki, bo miejskich radnych, którzy są elementem układanki pod nazwą “koalicja w mieście o. Rydzyka” albo inaczej “jedna z niewielu koalicji, która się udała w dużym mieście”, na pewno nikt nie będzie wycinać. Ale na razie mogą oni sobie tylko pomarzyć o dalszej karierze np. na ul. Wiejskiej.

Zbonikowski bowiem wykonał dość sprytny ruch. Na konferencję prasową zaprosił pozostałych posłów z okręgu toruńsko-włocławskiego i zapowiedział, że Anna Sobecka i Jan Krzysztof Ardanowski oraz ich biura poselskie będą go wspierać w pełnieniu funkcji pełnomocnika. Jak to rozumieć? Wydaje mi się, że ta lista obecności na konferencji prasowej będzie tożsama z kolejnością nazwisk na liście PiS do Sejmu. W momencie, kiedy została zorganizowana ta poniedziałkowa konferencja prasowa, całe zaplecze polityczne Zbigniewa Girzyńskiego, jego młode wilczki, czyli  Zbigniew Rasielewski Michał Jakubaszek, Jacek Kowalski, Karol Wojtasik i Wojciech Klabun, znaleźli się na totalnym marginesie. Co ciekawe, niektórzy z nich o tym, że Zbonikowski przejmuje stery w toruńskim PiS dowiedzieli się dzień przed konferencją.

Ciekawe są też kulisy wyboru nowego prezesa PiS w Toruniu. Jak wieść gminna niesie miał nim zostać radny Jacek Kowalski. Wszystko było już uzgodnione. Kandydat zapewne wyraził nawet zgodę, aby piastować tę funkcję. No i nadszedł pamiętny poniedziałek i wszystko runęło w gruzach. Odejście Zbigniewa Girzyńskiego z PiS pokazało bolesną prawdę, że młodym i ambitnym politykom tej partii jeszcze wiele brakuje do politycznej dojrzałości i samodzielności. Praktycznie zostali całkowicie odsunięci od kluczowych decyzji dla partii w Toruniu.

Ale na tym tle sam Łukasz Zbonikowski nie prezentuje się najlepiej. Oczywiście kluczowymi sprawami dla toruńskiego PiS są w tym roku wybory prezydenckie i parlamentarne, o których tak chętnie rozwodził się poseł z Włoclawka podczas konferencji prasowej. W tym momencie jednak nie ma dla tego ugrupowania chyba ważniejszej sprawy w Toruniu jak wynegocjowanie i zawarcie umowy koalicyjnej, która da PiS jakąś przestrzeń do działania w mieście i umożliwi realizację programu wyborczego. Tymczasem Zbonikowski zapytany przeze mnie na owej konferencji stwierdził, że umowa koalicyjna już została podpisana. Zrobiłem wielkie oczy. Poseł z Włocławka jednak się mylił, co potwierdzili później jego koledzy z partii. Ale oddajmy głos posłowi i niech jego słowa będą puentą tej pożogi, żałoby, smutku i melancholii, jaka towarzyszy toruńskiemu PiS od kilku tygodni. “Z tego, co ja zrozumiałem, to jest już podpisana koalicja między klubem a prezydentem” – odpowiedział Zbonikowski, gdy zapytałem go będzie podpisywać taką koalicję. A kiedy została podpisana? – dopytałem. “Proszę nie wymagać ode mnie dokładnej daty, ale można się to zorientować” - oryginalnie uciął rozmowę poseł.

Ile kosztuje poparcie dla budżetu miasta?

Jaki ten początek kadencji piękny i spokojny. Wszyscy się kochają. Toruń tak pięknie rośnie. A hejterzy i wszelkiej maści krytykanci gryzą piach.

Nasza piękna i młoda opozycja (źródło: Facebook)

Nasza piękna i młoda opozycja (źródło: Facebook)

Przed wyborami samorządowymi i w ich trakcie przyszli koalicjanci adorowali Michała Zaleskiego. Teraz Michał Zaleski otoczył ich swoją miłością. Czy nie odnosicie wrażenia, że wszyscy wszystkich kochają w naszym pięknym mieście? Jest cudownie. Potaniały bilety MZK. Od lipca kierowcy nie będą nękani przez legendarne już granatowe doblo straży miejskiej. Jest tak pięknie, że pewnie niedługo do grodu Kopernika wrócą Erefeńczycy z Torunia albo magistrowie ze zmywaka. Nastały piękne czasy w mieście. W tym roku będziemy mieć rekordową nadwyżkę budżetową. Architekci naszego miasta ze spokojem będą mogli snuć plany, przenosić góry i jeziora. A tereny inwestycyjne i powstające na nich kompleksy nie będą już Patiomkinowskimi dekoracjami. Czas zamknąć tego bloga.

A tak na poważnie. Z wielkim niepokojem patrzę na to, co dzieje się w mieście. Wielu torunian idąc do wyborów wierzyło, że coś się zmieni w Toruniu. Ten ożywczy ferment, burzę mózgów, kreatywne i świeże pomysły miał wnieść Czas Mieszkańców, któremu udało się wprowadzić do rady miasta czworo rajców. Odnoszę jednak wrażenie, że Czas Mieszkańców się sprzedał pogubił. Że bez ładu i składu szuka dla siebie formuły. A ta formuła dla naszego pięknego ruchu miejskiego już została zatwierdzona. Ale nie przez Czas Mieszkańców, lecz przez Michała Zaleskiego. Nie będę wnikać, dociekać czy analizować różnych pogłosek, które pojawiają się gdzieś w kuluarach i za kulisami, że Czas Mieszkańców już ułożył się z Czasem Gospodarzy. Nawet jeśli do tego doszło, nikt nigdy nie puści farby i pary z ust. Po czynach jednak ich poznacie. A o jakich czynach możemy mówić?

Czas Mieszkańców sam zapędził się w kozi róg przy okazji wniosków do budżetu miasta. Radni tego klubu naprodukowali 14 propozycji do planu dochodów i wydatków. A teraz krótki suspense. Wiecie, jak wyglądały prace nad budżetem miasta w poprzednich kadencjach, kiedy łatwiej można było odróżnić koalicję od opozycji? Wyglądało trochę jak w tym wierszyku: Sroczka kaszkę warzyła, swoje dzieci karmiła: temu dała w garnuszeczku, temu dała w rondeleczku, temu dała na miseczce, temu dała na łyżeczce, a temu nic nie dała, tylko łepek urwała i frrr… do nieba poleciała.

A jak jest teraz? Czas Mieszkańców nazywający się górnolotnie opozycją zamiast być uważnym i krytycznym recenzentem projektu budżetu miasta na 2015 r., sam pięknie odnalazł się w roli koalicjanta, proponując swoje piękne wnioski. A czegoż my tam nie mamy? Szczęśliwi będą pracownicy socjalni, uradowani będą kajakarze, zadowoleni będą kierowcy nerwowo szukający postojów na blokowiskach. Będzie pięknie, bo będziemy dyskutować, rozważać i rozmawiać podczas konsultacji społecznych, będziemy wybierać projekty w konkursach urbanistyczno-architektonicznych. Ba!, będziemy mogli nawet sami sobie rower naprawić i może nawet dętkę wymienić. Cudownie!

Czas Mieszkańców wszedł do tej samej piaskownicy, co nasi piękni przyszli koalicjanci, czyli PO i PiS. Dostał grabki i inne piękne precjoza. Wszedł na salony, zasiadł przy jednym stole, ba!, a jego radni potrafią bez instrukcji obsługi posługiwać się srebrnymi sztućcami. Nie muszą czekać na ochłapy z pańskiego stołu. Dzielą i rządzą. Ale zejdźmy na ziemię. Po tym jak Czas Mieszkańców przeforsował większość swoich wniosków do budżetu miasta, mogę zaryzykować stwierdzenie, że cała rada miasta będzie za projektem planu dochodów i wydatków na 2015 r. Nawet jeśli z czystej przekory lub politycznego wyrachowania Czas Mieszkańców będzie robić jakieś szopki w dniu sesji i ostatecznie zdecyduje, że z jakiegoś tam powodu – mniej lub bardziej błahego – wstrzyma się od głosowania, to ja nie cofnę swoich słów, że budżet miasta na 2015 r. będzie również budżetem Czasu Mieszkańców. Że Czas Mieszkańców wprowadzając do budżetu miasta swoje propozycje, stanie się podobnie jak koalicjanci Michała Zaleskiego współodpowiedzialny za miasto i za budżet Michała Zaleskiego. Będzie współrządzić Toruniem i ponosić również odpowiedzialność za błędy Michała Zaleskiego.

Ktoś pewnie nazwie to konstruktywną opozycją. Ktoś szepnie, że w samorządach nie ma miejsca na politykę, że chodnik nie ma barw politycznych. Ale czymże są wnioski Czasu Mieszkańców, jak nie tym, co do tej pory robił Michał Zaleski i jego koalicjanci. W dużej mierze są to błahe wydatki, krótkowzroczne, bez większej wizji. To kosmetyka, kropla w morzu miliardowego budżetu, ba!, kropla w morzu realnych potrzeb i problemów, z jakimi borykają się torunianie. Bo nie oszukujmy się. O co chodzi w tej całej miłości Michała Zaleskiego wobec radnych koalicji i opozycji, jak nie o głosy na budżet miasta. Ten piękny wynik: 25 głosujących za, 0 przeciw i 0 wstrzymujących się, o ten komunikat, który pójdzie w miasto, że oto Michał Zaleski ma poparcie całej rady, że rada miasta jednomyślnie popiera wspaniałomyślnego prezydenta.

Ile za to poczucie, ten spokój Michała Zaleskiego zapłacą mieszkańcy, za te ochłapy rzucone radnym, które zaspokoiły głód ich sukcesu, głód realizacji drobnych wydatków, ich zachcianek, którymi tak pięknie się brzydzili w kampanii wyborczej? Ile za ten komfort jest w stanie zapłacić Michał Zaleski z naszych pieniędzy? Przekonamy się wkrótce, czytając poprawioną przez radnych wersję budżetu miasta. Warto jednak pamiętać, że w rozdaniu na 2015 r. prezydent idealny punkt wyjścia, czyli ok. 70 mln zł nadwyżki budżetowej. Mógł mieć gest podczas uzgodnień z radnymi. Nasza piękna opozycja złapała się na lep. I ogłosiła sukces, bo jej poprawki wejdą do budżetu, bo czuje, że jest partnerem dla Michała Zaleskiego, bo do tej pory Michał Zaleski nie miał z kim rozmawiać, bo inne kluby są be, a nasze pomysły są najlepsze. Ale gdzie jest sukces, skoro Czasowi Mieszkańców nie udało się przeforsować żadnego systemowego rozwiązania, które będzie funkcjonować w naszym mieście przez kolejne lata? Czas Mieszkańców wszedł w buty Michała Zaleskiego, proponując do budżetu miasta jakieś doraźne wydatki, które nie rozwiązują praktycznie żadnych problemów. A wspomniane już rozwiązania systemowe powinny być już widoczne we wnioskach zgłaszanych do budżetu. Tymczasem Czas Mieszkańców wrzucił do budżetu pomysły jak z ulotki Walkusza.

Jaka zatem powinna być opozycja w mieście? Czy nie powinna zgłaszać swoich poprawek do budżetu? Czy powinna odrzucić wyciągniętą do niej dłoń ze strony koalicji? Nie. Ale głosząc hasła podczas wyborów o ograniczeniu wydatków, nie powinna lekką ręką wydawać publicznych pieniędzy na pierdoły. Powinna być niecierpliwa. Powinna drążyć. Dążyć do znalezienia rys, zacięć, zmarszczek, spękań, dziur, nieszczelności, wad, przywar, ułomności i słabości naszego samorządu. A uwierzcie mi one były, są i będą. Będą, jeśli będziemy mieć opozycję, która bez mrugnięcia okiem oddaje przewodniczenie w komisji rewizyjnej w ręce jednego z najbliższych współpracowników Michała Zaleskiego.

Smutne jest również to, że nasi mistrzowie PR, którzy pokazali w kampanii wyborczej cały zestaw swoich medialnych sztuczek, tak pięknie zamilkli tuż po wyborach. Już nie nadają tonu dyskusji w mieście. Nie prowokują. Co więcej, dziennikarze muszą ich ciągnąć za język. Bo praktycznie większość – jeśli nie wszystkie – ich wypowiedzi dla mediów pojawiają się z inicjatywy… mediów. Chyba nie tak miało to wyglądać.

I tak na zakończenie, bo czas już skończyć ten strumień świadomości: nie zamierzam być toruńskim opozycjonistą, obalać kogokolwiek, zwalniać, straszyć, kreować bohaterów czy antybohaterów, wywierać na kimkolwiek presję. Mimo to coraz częściej bywam tak traktowany. W naszym pięknym mieście jednak praktycznie zanika funkcja kontrolna mediów, z czym nie potrafię się pogodzić. I tylko tego oczekuję od opozycji, że będzie spełniać swoją funkcję kontrolną.

Watchdog po toruńsku

Jednym z moich postanowień noworocznych jest stworzenie czegoś w rodzaju toruńskiego Watchdoga. Po co? Żeby to, co robię (co prawda zbyt wiele tego nie ma), nie poszło na marne.

Czy faktycznie to będzie zmiana warty? (fot. Lech Kamiński)

Czy faktycznie to będzie zmiana warty? (fot. Lech Kamiński)

Jeszcze nie wiem, jaką formę powinien przybrać toruński Watchdog. Wiem jednak na pewno, że takie miejsce, takie forum wymiany myśli i informacji, w Toruniu jest bardzo potrzebne. Bo w Toruniu trudno mówić o transparentności w samorządzie i podległych mu jednostkach. Przekonałem się o tym kilka razy np. w kontekście dostępu do informacji ze strony Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania czy Toruńskiej Infrastruktury Sportowej. I jakoś dziwnie się czułem kilka dni przed świętami na bożonarodzeniowym spotkaniu prezydenta z dziennikarzami, kiedy padły słowa, że urzędnicy nie będą przeszkadzać w zbieraniu informacji. Bo moje rozmowy z urzędnikami czy pracownikami komunalnych spółek coraz częściej kończą się w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym.

Liczę na to, że kadencja 2014-2018 pod względem dostępu do informacji publicznej będzie nieco inna. Pierwsze tygodnie nowego samorządu w Toruniu nastrajają mnie dość pozytywnie. Wiem, że w tych dniach prezydent i rada miasta nie musieli mierzyć się z trudnymi tematami. Że było sielsko i anielsko za sprawą Bożego Narodzenia, szopek, życzeń, życzeń i jeszcze raz życzeń. I pewnie przez ten cały świąteczny nastrój lokalni politycy unikali złośliwości i politycznych kuksańców. To, jaka będzie ta rada i jak będzie wyglądała czwarta kadencja Michała Zaleskiego, okaże się już wkrótce. W poprzednich kadencjach, które dane było mi obserwować, to rozczarowanie przychodziło dość szybko. Tym razem nikomu się nie spieszy. Flegmatyczny jest ten początek kadencji. Flegmatycznie zawiązuje się ta koalicja. Prawie w ogóle nie daje powodu, aby o niej pisać. Aby się nad nią pochylać czy pastwić. Ba!, nawet trudno powiedzieć, kto będzie w niej grać pierwsze skrzypce. Na tym skończę, bo już zaczynam noworocznie bredzić. Wszystkiego dobrego w 2015 r.!

Szpekulacje i płotki #1

Jakiś czas temu wpadłem na myśl, że w nowej kadencji w klubie Czasu Gospodarzy zasiądzie przyszły prezydent Torunia. Oczywiście nie chodzi o Michała Zaleskiego.

gospodarze

Źródło: czasgospodarzy.pl

Podtrzymuję tę myśl. Tym bardziej utwierdza mnie w tym przekonaniu (choć bliżej mu pewnie do wróżenia z fusów lub proroctwa) kilka telefonów, które odebrałem od Czytelników od poniedziałku. Nie trzymam więc dłużej Państwa w niewiedzy. Chodzi oczywiście o Marcina Czyżniewskiego, byłem rzecznika prezydenta i obecnego rzecznika UMK. Jeden z Czytelników już teraz widzi go w fotelu wiceprezydenta Torunia np. zamiast Zbigniewa Rasielewskiego. Drugi – widzi w nim wymarzonego prezydenta Torunia, który przejmie pałeczkę po Michale Zaleskim.

Ja na razie pozostaję przy swoim: w nowej kadencji w klubie Czasu Gospodarzy zasiądzie przyszły prezydent Torunia. Głębiej brnąć nie chcę. W ciągu czterech lat może się sporo zmienić na toruńskiej scenie politycznej. Niech Gospodarze pokażą na co ich stać w tej kadencji. Bo wiele osób pokłada w nich nadzieje, że w tej czterolatce nie będą maszynkami do głosowania. Wszystko jednak jak zwykle wyjdzie w praniu.

A tak na zakończenie: ruszyła już giełda nazwisk, kto na przewodniczącego rady miasta (Marian Frąckiewicz, Michał Jakubaszek), kto na wiceprzewodniczących rady miasta, kto na wiceprezydentów (Łukasz Walkusz, Zbigniew Rasielewski, Michał Rzymyszkiewicz). Pożyjemy, zobaczymy.

Ach, co to była za kampania!

Tak dziwnej kampanii wyborczej jeszcze nigdy nie obserwowałem. Co więcej, jeszcze nigdy żadna kampania tak bardzo mnie nie obchodziła.

Śmiać się czy płakać? Tak reklamuje się Piotr Malinowski, kandydat SLD (źródło: Facebook)

Śmiać się czy płakać? Tak reklamuje się Piotr Malinowski, kandydat SLD (źródło: Facebook)

Nie zamierzam specjalnie podsumowywać kampanii samorządowej w Toruniu, bo nie ma za bardzo czego. Dlatego wybaczcie, ale ograniczę się do kilku punktów. Szkoda mi na to czasu. Kolejność zupełnie przypadkowa.

1. Poniekąd sprawdziły się moje proroctwa, że to będzie kampania miłości i adoracji Michała Zaleskiego przez spragnionych koalicji z nim PO, PiS i SLD. Może nie tak dosłownie. Bo jakoś specjalnie kandydaci tych partii nie wyznawali mu swoich uczuć. Ale nie podnosili ręki, nie gryźli po kostkach, nie podstawiali nóg, nie blokowali, nie grymasili. Może i pewną wartością – oczywiście dodatnią – tej kampanii było to, że była to czysta kampania. Że w ogóle możliwa jest w takim mieście jak Toruń czysta kampania. Ale chyba nie o to chodzi w kampaniach wyborczych, żeby było tylko pięknie i miło. Bo kampania wyborcza to także czas podsumowań, oceny mijającej kadencji. Właśnie tego zabrakło.

Bo ta kadencja to nie tylko gigantyczne inwestycje oddawane w pocie czoła i przy błysku fajerwerków. Ale też mnóstwo dziwnych, kuriozalnych i kontrowersyjnych decyzji. Wycinka drzew na Osiedlu Sztuk Pięknych (ale nie tylko w tej części miasta), utajnienie przez miasto umowy na żużlowe Grand Prix albo przez MPO fragmentów umowy na koncert na Motoarenie, synekury i pociotki w instytucjach czy spółkach – to tylko niewielka część spraw, które wymagają wyjaśnienia. Ale takich spraw – uwierzcie mi – jest w naszym mieście mnóstwo. Coraz mniej osób ma jednak odwagę o nich mówić głośno.

2. Co było tematem przewodnim tej kampanii? Jakie były jej lajtmotywy? I tu mam wielki problem. Bo nie jestem w stanie wymienić praktycznie żadnego wątku, nad którym komitety zatrzymały się nieco dłużej. To pewnie wszystko przez most, przez to, że już jest, już stoi. Nie ma tych, co sprzeciwiają się jego budowie, tych szkodników, ale też obrońców, którzy jednym tchem są w stanie wymienić wady trasy na wysokości Waryńskiego. Koniec żartów.

Doprawdy nie wiem, co grało w tej kampanii, co było jej refrenem, z czym będzie mi się kojarzyć za rok lub dwa lata. Pewnie z nijakością i agitacją pod najróżniejszą postacią: plakatów, ulotek, billboardów, ławek, krówek, kalendarzyków, banerów, listów, zawieszek na klamki, oblasków, odblaskowych opasek. To rzeczywiście były żniwa dla agencji reklamowych, drukarni, właścicieli słupów i latarni. Nie chcę rozwijać tego wątku. Bo to, co powinno mnie śmieszyć, co może i było nawet tak głupie, że aż śmieszne, te wszystkie banalne hasła wyborcze; bo to, co powinno mnie denerwować, te kłamstwa radnych-kandydatów markujących przez całą kadencję wytężoną pracę w radzie miasta, chcę przemilczeć. Bo to był, jest i będzie dla mnie rzyg. Wyborczy rzyg.

3. Czy wysokie wyniki w sondażach „Gazety Wyborczej” Zaleskiego i jego gospodarzy, to efekt dobrze prowadzonej kampanii wyborczej? Raczej nie. Bo ta kampania – oprócz plakatów i licznych konferencji prasowych organizowanych chyba głównie z myślą o TVK Toruń oraz tej części jej widzów, którzy bezkrytycznie przyjmują to, co płynie z ekranu – była nijaka. Bez pomysłu. Robiona jakby na kolanie. Trochę jak „kopiuj wklej” z 2010 r. I mówię tutaj nie tylko o oprawie graficznej.

Znów błyszczał przede wszystkim Zaleski, a jego drużyna wiernie stała za nim w tle. Zaleski jak Wałęsa na plakatach dawał pieczątkę swoim kandydatom. A przecież ta kampania była doskonałą okazją, aby gospodarze zabrali głos – w szerszej reprezentacji. Wydawało mi się, że właśnie po to na listach CzG pojawili się wyraźni kandydaci, że po to zostały one nieco odświeżone. Że może się uda gospodarzom nieco zerwać z łatką „maszynek do głosowania”.

4. Kampania samorządowa w 2010 r. w mniejszym lub większym stopniu zmieniła Michała Zaleskiego. Otworzyła mu oczy na niektóre sprawy, na które zwracała uwagę w kampanii PO np. na konsultacje społeczne. Bo co by nie mówić, ta kadencja upłynęła właśnie pod hasłem konsultacji. Wiele dobrego w tej materii się udało, może czasami było to nieco pokraczne, ale mamy już sporo partycypacyjnych narzędzi w mieście.

Wydaje mi się jednak, że ta kampania nie będzie miała takiego wpływu na Zaleskiego jak poprzednia. Że nie wyciągnie z niej wniosków, bo po prostu zbyt wielu wniosków wyciągnąć z niej się nie da. Ale wysoki wynik Zaleskiego – co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości, że będzie wysoki – może jeszcze bardziej utwierdzić go w tym, że jego i tylko jego wizja Torunia jest właściwa, w tym, że już nie musi nikogo słuchać, że mandat, którym go obdarzyli mieszkańcy, pozwala mu na wszystko. Obawiam się, że Zaleski może jeszcze bardziej niż w tej chwili oderwać się od rzeczywistości i zacząć budować swój mit i legendę za życia. Mit o epoce Zaleskiego. Choć nie wykluczam, że stanie się inaczej. Że Zaleski wyciągnie wniosku z tej kampanii i postawi na to, o czym często wspominał w kampanii, czyli na przedsiębiorczość, nowe miejsca pracy, poszukiwania nowych inwestorów, projekty miękkie, kwestie społeczne. Że gospodarz stanie się menedżerem. Czy człowiek bez doświadczenia w zarządzaniu prywatną firmą może być (dobrym) menedżerem?

5. Kilka miesięcy temu nie było mi po drodze z Czasem Mieszkańców, nie wierzyłem, że są w stanie stworzyć cokolwiek wartego uwagi, że mogą być opozycją w stosunku do Czasu Gospodarzy. Trochę jednak się myliłem. Bez wątpienia ta formacja przygotowała najlepszy program w tej kampanii. Pewnie niektórzy zapamiętają tylko przemysł kosmiczny i sprowadzenie do Torunia terenowego oddziału Polskiej Agencji Kosmicznej. Ale tak naprawdę to spójna wizja dla Torunia. Momentami diametralnie różna od obecnych wieloletnich planów, naruszająca status quo, wymagająca rewolucyjnych zmian, pewnie czasami trudnych decyzji.

Niestety ten program przerósł Czas Mieszkańców i jego kandydatów. Przerósł, bo nie doczekał się ani jednej dobrej prezentacji. Kandydatom nie udało się go przełożyć na język ulotek, rozmów z mieszkańcami, odpowiedzi na pytania podczas debat. A może po prostu część z nich go nie przeczytała. Cieszą zapowiedzi, że Czas Mieszkańców niezależnie od wyborczego wyniki będzie działać jako stowarzyszenie. Taki zdrowy i konstruktywny ferment w Toruniu jest potrzebny. Nie wyobrażam sobie – niezależnie od wyniku – żeby Czas Mieszkańców obraził się po 16 listopada i nie wyciągnął ręki do koalicji, która będzie rządzić wkrótce miastem, żeby porozmawiać, jak wprowadzić w życie niektóre z pomysłów zawartych w swoim programie wyborczym. Tak wyobrażam sobie konstruktywną opozycję.

6. O PO w tej kampanii wolałbym nie pisać wcale. Pierwsza siła w radzie miasta mijającej kadencji zupełnie skompromitowała się w tej potyczce. Pierwsze – najsłabsze listy do rady miasta, odkąd PO startuje do toruńskiego samorządu. Drugie – zupełny brak pomysłu i jakiejkolwiek dramaturgii lub choćby cienia scenariusza na kampanię. Trzecie – brak kandydata na prezydenta Torunia. Czwarte – wystawienie na „jedynki” żółtodziobów bez charyzmy i pomysłu na miasto. Piąte – polityczne wydmuszki na listach (wiecie, o kogo chodzi). Szóste – program pisany na kolanie, który nie ma praktycznie żadnej myśli przewodniej, który jest zlepkiem przypadkowo zebranych pomysłów. Siódme – brak debaty ze środowiskami, które były zapleczem tego ugrupowania.

Zadziwiająca jest ta bierność komitetu PO. To nie jest – jak w 2010 r. – praca grupowa. Tam każdy gra na siebie i myśli tylko o własnym tyłku. Bo jak nie wywalę się na każdym słupie, jak nie wrzucę ulotki i listu do każdej skrzynki, to skończy się ciepła posada u partyjnego pracodawcy. Bo dla „liderów” PO walka o radę miasta, to nie tylko walka o mandaty i diety, ale także o przetrwanie w partii i przy życiu. Bo partia to dla nich praca. Partia to dla nich życie. To wszystko, co mają.

7. PO i PiS w kampanii oddały zupełnie pole Zaleskiemu i Gospodarzom. Tak jakby powiedziały: niech się dzieje wola nieba, niech wygra Michał, a jak wygra, to nas i tak przygarnie, bo bez nas nie będzie mieć większości. Zadziwiające są niewielkie ambicje obu komitetów. Zwłaszcza PiS. Przecież za PiS wszystko przemawiało: wyniki w europarlamencie, sondaże w kraju, afery i zawirowania w PO. Jeszcze kilka tygodni wydawało się, że PiS mógłby powalczyć w mieście o zwycięstwo. Że mimo umizgów PO do Zaleskiego, niewykluczony jest ciąg dalszy koalicji PiS – Gospodarze.

Ale toruński PiS, podobnie jak jego mutacja krajowa, stał się wrogiem sam dla siebie. Pogrążał się z tygodnia na tydzień. A to wyrzucając z listy Marię Mazurkiewicz, a to pozywając blogera Andrzeja Padniewskiego, a to Rasielewskim przytakującym Zaleskiemu podczas debat, a to zupełnie bezbarwną i niewidoczną – poza plakatami – w mieście kampanią. Nie chcę zbyt wiele miejsca poświęcać w tym wpisie Rasielewskiemu. Bo w tej kampanii był najmniej wyrazistym kandydatem na prezydenta. A może i w całej historii toruńskiego samorządu. Nawet jeśli uzyska drugi wynik (czym pewnie będzie się chwalić przez cztery lub osiem lat, że przegrał z wielkim Michałem Zaleskim, Kazimierzem Wielkim Torunia), ale nie przekroczy 10 proc., to powinien się poważnie zastanowić nad zmianą fachu.

8. Toruńska kampania samorządowa 2014 to być albo nie być dla Jerzego Wenderlicha. Jeśli nie wprowadzi SLD do rady miasta, może być z nim kiepsko. Stąd pewnie też jego mobilizacja w tych wyborach. Nie pamiętam, aby tak szeroko wspierał miejskich kandydatów swojego ugrupowania w 2010 r. By chadzał z nimi po parkach (czy Marian Frąckiewicz rzeczywiście spaceruje po Martówce w dresach) czy towarzyszył we wszystkich konferencjach. SLD raczej wprowadzi swoją reprezentację do rady miasta. Jak liczną? Nie chcę wróżyć z fusów.

Ale odnoszę wrażenie, że SLD zmarnował wielki potencjał, który tkwił w jego listach. Według mnie tej formacji udało się stworzyć najsilniejsze listy: są tam i celebryci, i znane osoby w swoich środowiskach, spadochroniarze z innych partii, członkowie stowarzyszeń i innych ugrupowań lewicowych. No i co? Wielki klops. SLD przede wszystkim promował i postawił na starych wyjadaczy, czyli Mariana Frąckiewicza i Tomasza Kruszyńskiego, bezbarwnych, bez polotu, bez nowych pomysłów. Pozostali gdzieś przepadli i zostali zostawieni na pastwę losu. Czy ktokolwiek pamięta, że SLD wystawił Mirosława Kowalika?

9. I na zakończenie Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego. Niewiele mam o niej do napisania. W tej kampanii miałem kontakt z tym komitetem tylko dwa razy: podczas debaty „Pomorskiej” i wczorajszej konferencji. I nie mam pojęcia, jak traktować i odbierać to, co usłyszałem i zobaczyłem. Czy to był jakiś żart? Kpina? Czy oni tak na poważnie? Nie chcę dociekać.

Nie będę się denerwować wyborami

W ostatnich tygodniach trzy razy próbowałem napisać coś o wyborach. Ale po kilku zdaniach rezygnowałem. Może to przez tę mgłę nad Toruniem.

SONY DSC

Nad Toruniem zalega gęsto utkana mgła, która niektórym odbiera rozumy. Ale porzućmy tę tkliwość. Trwa kampania, nie ma miejsca na sentymenty.

1. O pierwszej „debacie” samorządowej w CSW sprzed kilku tygodni już nikt nie pamięta. Mimo wcześniejszych zapowiedzi nie będę rozkładać jej na czynniki proste. Ma Czas Mieszkańców swoich PR-owców, to niech się oni martwią. Ale wsłuchując się w obietnice i propozycje programowe CzM, zawsze z tyłu głowy mam jedno. Czego w tych prezentacjach brakuje mi najbardziej? Jeśli kandydaci CzM tak swobodnie poruszają się w kwestii zadłużenia miasta i roztaczają wszem i wobec swoje proroctwa, jak to nasze dzieci i wnuki będą spłacać zaciągane w tej chwili kredyty, powinni być konsekwentni i referując poszczególne elementy swojego programu wyborczego, powinni je wyceniać co do złotówki. Jedynemu komitetowi, który ochrzcił się „jedyną opozycją w naszym mieście”, nie przystoi ot tak sobie rzucać obietnic, nie pokazując, w jaki sposób mają być finansowane i ile będą kosztować. Na razie te piękne wizje są tylko pięknymi wizjami. Wizjami, które są typowe dla komitetu, który wie, że nie będzie rządzić, który wie, że może powiedzieć wszystko i nikt z tego nie będzie go rozliczać. A ja chciałbym zobaczyć złotówki, szacunkowe kwoty. Pewnie część wyborców się nabierze na program CzM, jak na wielopoziomowe parkingi Walkusza. Ale chyba chodzi o coś więcej. Tak mi się przynajmniej wydawało. Na razie wygląda to mgliście. Bardzo mgliście.

2. Komitet Michała Zaleskiego śląc zaproszenia na swoją programową konferencję, pomylił daty. Ta konferencja powinna odbyć się w październiku 2010, a nie w październiku 2014 r. Gospodarze jednak uczą się powoli. Na błędach. Nie sugeruję, że ostatnie cztery lata były zmarnowane. Ale już cztery lata temu, przynajmniej cztery lata temu, do rządzących Toruniem powinno dotrzeć, że ta rewitalizacja, którą uprawiamy w mieście, nie ma nic wspólnego z rewitalizacją. Że w rewitalizacji najważniejszy jest człowiek, a potem metry kwadratowe, sześcienne, itd. Wiem, że to puste slogany i że taka retoryka może wydawać się żałosna. Ale Torunia nie stać na to, żeby ekipa rządząca dorastała, uczyła się, co więcej, uczyła się na błędach. Nie może być miejsca na nieustanne próbu-róbu, jakoś to będzie.

Program wyborczy CzG w tych wyborach jest nadzwyczaj ostrożny. To jest program komitetu, który jest pewien, że osiągnie dobry wynik. O dziwo!, nie ma w nim fajerwerków i kiełbasy wyborczej. Co prawda, kilka kąsków Zaleski i ekipa zostawili sobie specjalnie na wybory np. osiedlowe centra wolnego czasu. To program kontynuacji, ale też naprawiania tego, co się nie udało i tego, co ekipa rządząca zepsuła. Tym razem Zaleski i spółka zupełnie inaczej rozłożyli akcenty. Drogi, transport, komunikacja publiczna – jak zwał, tak zwał – zeszły na drugi plan. Na pierwszym planie zaś są: przedsiębiorczość, nowe miejsca pracy i ludzie. Czas najwyższy. (Tak powinna brzmieć nazwa tego komitetu.) Ale trzeba też zapytać, dlaczego tak późno. Dlaczego musieliśmy czekać na tę zmianę cztery lub więcej lat? Dlaczego muszą nadejść kolejne wybory, żeby Zaleski i jego ekipa wyciągali z nich wnioski? Tak było w 2010 r. m.in. z konsultacjami społecznymi. Gdyby nie PO w wyborach, która na lewo i prawo o nich trąbiła, to pewnie Zaleski i ekipa nie poszliby za tym ciosem.

Każde wybory w mniejszym lub większym stopniu, ale zmieniają Michała Zaleskiego. Mając świadomość, że Zaleski wygra wybory, mam nadzieję, że wyciągnie z nich znacznie więcej wniosków i refleksji niż w 2010 r. To doskonała okazja, aby zreformować wiele dziedzin, którymi zajmuje się miasto. Uderzyć w stół i szurnąć nieco tę ekipę przyspawaną od lat do stołków, której najlepiej wychodzi potakiwanie. Odciąć w końcu pępowinę dawnych układów i znajomości, która jest jak wrzód. Pożegnać szare eminencje toruńskiego samorządu. Nawet nie muszę pisać, o kogo chodzi. Wszyscy znają te nazwiska. Toruń w najbliższej kadencji potrzebuje menedżera. Już nie gospodarza, nie administratora, nie zarządcy. Czy takim menedżerem może być Michał Zaleski? Odpowiedź poznamy za cztery lata. Ale czy Toruń i torunianie to wytrzymają?

3. PiS chyba nie chce wygrać tych wyborów w Toruniu. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, obserwując decyzje podejmowane przez działaczy tej partii. Strzałem w kolano jest z pewnością kwestia miejsca na liście dla Marii Mazurkiewicz. Nie zamierzam dociekać, o co tak naprawdę poszło. To akurat nie jest w tym momencie istotne. Istotne jest to, że PiS sam sobie zrobił pod górkę, rozpętując wojnę wewnątrz swoich struktur i pozbywając się kandydatki, która mogła zrobić ciekawą – nie tylko wizualnie – kampanię. Wnieść nieco życia w smutne szeregi ugrupowania. Ale zupełnie kuriozalną sprawą jest pozew kandydata na prezydenta PiS Zbigniewa Rasielewskiego przeciw blogerowi Andrzejowi Padniewskiemu. Tutaj też nie zamierzam rozkładać na czynniki proste treści pozwu, tego, kto miał rację. Niech oceni to sąd. Ale czy ta decyzja Rasielewskiego przysporzy mu popularności? Wątpię. Nie o taki rozgłos powinien zabiegać. O co w tych wyborach walczy Rasielewski? Nie mam pojęcia. Naprawdę nie mam. To pewnie przez tę mgłę.

4. A o PO tym razem krótko. Nie zamierzam pastwić się nad kandydatami, którzy z pasją wysyłają do torunian nie tylko listy, ale również swoich biednych wolontariuszy. Bo nic to nie da. Niezależnie, jak będę się spinać i próbować zbrzydzić niektórych kandydatów, którzy nie są fair wobec mieszkańców Torunia, to nic nie da. Ludzie się nabiorą. Dadzą sobie wcisnąć kit. Jest pewnie za wcześnie na takie proroctwa, ale sądzę, że ta kampania nie będzie należeć do PO. To nie PO będzie nadawać jej ton. A tak na marginesie: PO nigdy w historii toruńskiego samorządu nie wystawiła tak słabych list. A jej kampania na razie wygląda jak błądzenie we mgle.

Kampania#1. Jak panienki na wydaniu

Za nami już dwa tygodnie kampanii samorządowej. Na razie kandydaci zachowują się jak panienki na wydaniu. Puszczają oczko. Pindrzą się.

YouTube Preview Image

W kampanii samorządowej w Toruniu na razie niewiele się dzieje. Mimo to – nie wiem dlaczego – jakoś dobrze się bawię. Cztery lata temu początek kampanii był nerwowy. Było trochę zamieszania wokół MPO – w sumie taka burza w szklance wody – po którym PO wyszła z koalicji i przeszła do kontrataku. Teraz – poza drobnymi kuksańcami i złośliwościami – kandydaci raczej skupiają się wyłącznie na sobie. Puszczają oczko. Pindrzą się. Pudrują sobie noski przed kolejnymi tygodniami kampanii wyborczej.

Kandydaci na Facebooku są jak panienki na wydaniu - wrzucają coraz to nowsze zdjęcia profilowe – które wkrótce zostaną opatrzone hasłami wyborczymi i numerami jak przykryte toną pudru kandydatki na miss – wyczekując niecierpliwie na recenzje, czy to, czy tamto zdjęcie będzie lepsze na ulotkę i plakat. O dziwo!, w tych wyborach na miss toruńskiego samorządu przodują panowie. To jest bardzo słodkie. Wręcz słodziutkie.

Nic poza wylaszczonym wizerunkiem w kampanii wyborczej nie pokazał kandydat PiS na urząd prezydenta Zbigniew Rasielewski. Niestety, tym razem nie ma gołej klaty. Jego ostatnie, czarno-białe zdjęcie bez marynarki polubiło 98 osób, z czego nieco ponad połowa to mężczyźni. Swoje wyborcze fotki testują też Paweł Gulewski z PO, który już jest kojarzony przez wielu jako radny-słitfocia, Piotr Drążek z Młodych Demokratów.

Na razie więc w Toruniu pozostaje nam dyskusja o tym, czy kandydat nie przesadził z ilością pudru, czy nie wyretuszował sobie ciut za dużo na twarzy, czy wstrzyknął sobie za dużo kwasu hialuronowego w czoło, czy dobrze mu z marynarką czy bez marynarki, czy Cichowicz dobrał dobrą koszulę do sukienki Scheuring-Wielgus w kolorze magenta. Nie narzekam. Naprawdę. Na Facebooku przecież najlepiej się dyskutuje o pierdołach.

Jedziemy dalej. Kronikarze dziejów Torunia pewnie kiedyś opiszą tę kampanię w krótkich słowach. Byli najsmutniejszym komitetem wyborczym, ale znów weszli do rady na plecach swojego prezydenta. Nie będę pisać tu o znużonych twarzach gospodarzy. Rządzenie przecież zużywa i wyczerpuje. Przeraża mnie jednak to, że parcie do rady miasta, stanowisk, stołków, stoliczków i foteli, mają ludzie zupełnie bez wyrazu, polotu. Bez wizji. W tej smutnej masie, która podczas niedawnej konferencji była tłem dla Michała Zaleskiego, nie ma nikogo, kto miałby jakieś większe ambicje, kto nie bałby postawić się Zaleskiemu, kto, by go przegadał. To smutne. W radzie miasta nie są nam potrzebne kolejne maszynki do głosowania. Warto też, by socjolodzy, psycholodzy lub psychiatrzy zbadali dogłębnie to łubu-dubu, które można zobaczyć pod postami na Facebooku Zaleskiego i usłyszeć na spotkaniach, na których słodzą mu bliscy współpracownicy.

Byłbym zapomniał o radnym PiS Jacku Kowalskim. Okazało się, że rajca, który działa w komisji kultury, nie wie, kim jest Mariusz Lubomski. Pomijam, czy to obciach, czy nie. Oprócz tego Mariusz Lubomski nie jest z mojej bajki. Ale ta sprawa pokazała, co innego. Jak łatwo nadszarpnąć wizerunek radnego, który radny pielęgnował od kilku lat. Co więcej, duży udział w tym nadszarpnięciu wizerunku miał sam Kowalski. Zaliczył podstawowe wpadki PR-owe. Trochę jak słoń w składzie porcelany. Stworzył kilka dodatkowych postów na ten temat, powielając screen, w którym jak byk widać jego komentarz, że nie kojarzy Lubomskiego. Sam zatem zwiększył w ten sposób zasięg swojej wpadki. Smutne i żałosne. Wieczorem zaś – może, żeby uspokoić nieco atmosferę – napisał na swoim profilu: „Historia parafii na toruńskich Wrzosach, parafii w której zostałem ochrzczony, przyjąłem: pierwszą Komunię Świętą, sakrament Bierzmowania oraz sakrament Małżeństwa. W tej parafii także przez 8 lat służyłem jako ministrant i lektor”. (Piosenkę „Nie skreślaj mnie” Mariusza Lubomskiego oczywiście dedykuję radnemu.)

I na koniec apel: panie i panowie kandydaci, skończcie z niespodziankami, umizgami wobec mediów i wyborców. Wyłóżcie karty na stół. Dajcie nam mięsa!