platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Kuria dostanie pożyczkę od torunian

To już pewne. PiS i Czg zagłosują za. PO się nie sprzeciwi. SLD pewnie jutro powie, że widzi więcej plusów niż minusów pożyczki. Ruch Palikota zrobi konferencję prasową. I pewnie usłyszymy, że to całe zamieszanie to wina dziennikarzy. Że znów jątrzą.

Powiem szczerze, że w tym temacie nie spodziewałem się niespodzianek, np. że PO z SLD stworzą cichą koalicję, jak w przypadku pomnika Lech Kaczyńskiego i ofiar katastrofy smoleńskiej. Ale jedno jest pewne: dla wszystkich ten temat jest niewygodny. Dla Kurii Diecezjalnej, bo musiała przyznać, że ma problemy z płynnością finansową i prosić o pożyczkę. Dla prezydenta, co doskonale widać po obszernym “komunikacie prasowym”. Dla SLD, bo to kolejny sprawdzian dla lewicy, kolejny odcinek opery mydlanej pt. “Ile lewicy jest w toruńskiej lewicy” lub konkursu pod hasłem: “Która partia lewicowa jest bardziej antyklerykalna”. Dla Ruchu Palikota, który musi zmobilizować dość mizerne struktury lokalne, bo do wyborów nie nadarzy się lepsza okazja, żeby się pokazać w Toruniu. I tak dalej.

Pożyczka dla Kurii Diecezjalnej wpisuje się w decyzje podejmowane w ubiegłych latach. Dlatego mnie nie dziwi. W październiku 2010 r. głosami m.in. rajców PO i SLD (Marian Frąckiewicz był za), rada zgodziła się sprzedać kurii bez przetargu kamienicę przy Podmurnej wycenianą wówczas na blisko 1,43 mln zł. Z 99-proc. bonifikatą, czyli za prawie 14,3 tys. zł. Ma w niej powstać zaplecze Muzeum Diecezjalnego.

W ogóle to powstające od ponad sześciu lat muzeum jest dość ciekawym przypadkiem. Pozwolę sobie przytoczyć tu fragmenty artykułu “Spóźnialscy bez kary” z toruńskich “Nowości” (4 października 2011 r.). “Magistrat nie chciał też egzekwować 385 tys. zł kary za opóźnienie w remoncie kamienicy przy ul. Żeglarskiej 7″ – pisze Małgorzata Oberlan. Warto przypomnieć, że miasto sprzedało ten budynek spółce Spes, wydawcy „Naszego Dziennika”. Transakcja opiewała na 771 tys. zł. “W ciągu dwóch lat miała zacząć remont. Nie zaczęła. Do zobowiązania spółki przystąpiła za to kuria diecezjalna”. W 2010 r. zmieniono termin. Remont potrwa do grudnia 2013 r. Warto przy tej okazji przypomnieć – o czym pisałem w poprzednim wpisie – że miasto od 2006 r. przyznało Kurii Diecezjalnej 988 tys. zł dotacji – właśnie na adaptację kamienicy na Muzeum Diecezjalne. A to oznacza, że suma  dofinansowania przekroczyła o 217 tys. zł kwotę, jaką miasto uzyskało ze sprzedaży kamienicy. Bez komentarza.

Nie podoba mi się to, że kuria stawia władze Torunia i radnych pod ścianą. Bardzo chciałbym dowiedzieć się, co skłoniło kurię, że zdecydowała się na taki krok. Doskonale rozumiem, że w tej chwili ciężko jest sprzedać drogie nieruchomości (patrz: pałac w Nowej Wsi Szlacheckiej), ale zawsze można jeszcze bardziej zejść z ceny lub wystawić na licytację inne nieruchomości. Nie wierzę w to, że ta sytuacja z pożyczką, to sytuacja bez wyjścia. Ale odpowiedzialność ponosi też miasto. Dlaczego? Choćby dlatego że nie zadbało o weryfikację, czy jeden z partnerów projektu “Toruńska Starówka” ma wymagany wkład własny. Czy ktoś poniesie za to odpowiedzialność? Wątpliwości i pytań mam znacznie więcej. Czy w podobny sposób będą traktowani partnerzy miasta w innych projektach? Czy inni właściciele zabytków będą mogli liczyć na podobne, atrakcyjne pożyczki – w skali 6 proc. na rok? Które banki dają pożyczki z takim oprocentowaniem? Czy czeka nas fala inwestycji realizowanych w takim modelu? Czy miasto wyegzekwuje kary umowne za opóźnienie związane z adaptacją? W jaki sposób będzie finansowana działalność Muzeum Diecezjalnego? Czy kuria będzie występować o miejskie dotacje na ten cel?

Przyznam szczerze, że trafia do mnie część argumentów przytaczanych przez prezydenta Torunia w “komunikacie prasowym”. Że “potknięcia” finansowe partnerów grożą utratą 19 mln zł dotacji. Że pożyczka to ratunek dla dużego i ważnego dla miasta przedsięwzięcia. Że pożyczka nie jest “dawaniem komukolwiek czegokolwiek”, jest zabezpieczona wekslem, itd. Ale nie trafia do mnie argument, że “udzielenie pożyczki kurii diecezjalnej w żaden sposób nie zwiększy zadłużenia miasta, bo środki na jej wypłatę miasto wygospodarowało z oszczędności w roku ubiegłym”. Chyba lepiej mieć w budżecie 1,2 mln zł niż nie. Łatwo zbić taki argument, wskazując, co można by zrobić za tę kwotę. W skali całego budżetu to kropla, jeden większy remont drogi. Ale w przypadku kultury czy ogłoszonego niedawno naboru na inicjatywy lokalne (roczny budżet na nie to 50 tys. zł), to naprawdę spora kwota.

Michał Zaleski pisze: “jakiekolwiek <<potknięcie>> finansowe któregoś z partnerów (w tym przypadku okresowe trudności z pokrywaniem udziału własnego dla dwóch spośród pięciu obiektów sakralnych przez stronę kościelną) grozi niezrealizowaniem całości projektu i utratą 19 milionów dofinansowania ze środków unijnych (…) Zdrowy rozsądek i rachunek ekonomiczny podpowiadają więc, że jeśli w zamian za udzielenie partnerowi projektu oprocentowanej i zwrotnej pożyczki w wysokości 1,2 mln zł możemy zyskać 19 mln ze środków zewnętrznych i dokończyć istotny dla Torunia projekt, to jest to rozwiązanie uzasadnione”. Mam déjà vu, czytając te słowa. Już gdzieś to słyszałem. Inna była tylko nazwa projektu i kwoty. Prezydent w podobny sposób pod ścianą stawiał radnych w przypadku Motoareny czy mostu. Problem w tym, że radni poddają się tej grze, która ma zatuszować potknięcia prezydenta. Tym akcentem zamykam temat pożyczki w “Tece toruńskiej”.

Województwo Katolicko-Pobożne

W takim regionie i mieście decyzja dotycząca udzielenia pożyczki dla Kurii Diecezjalnej nikogo nie powinna dziwić. A jednak dziwi. Ale trzeba sobie uświadomić, że władze województwa i Torunia wykorzystują niemal każdą okazję, aby się przypodobać kościelnym hierarchom.

Centrum Dialogu w całej okazałości (fot. Lech Kamiński)

Na głębokie analizy typu “co, gdzie, kiedy, komu, za ile” pewnie przyjdzie jeszcze czas. Teraz chcę się skupić wyłącznie na tym, co pojawia się na styku samorząd – Kościół, na tych granicach, które się między nimi zacierają. Choć to drugie to na razie tylko teza. Rzadko kiedy ktoś szeroko recenzuje poczynania Kościoła w naszym regionie. Łatwo trafić do jednego worka z “Nie” lub “Faktami i mitami”. Pamiętam na początku mojej drogi dziennikarskiej, że chciałem się zabrać za temat, który byłby raczej nie pomyśli diecezji toruńskiej. Szybko jednak wybito mi to z głowy, mówiąc “z czarnymi i tak nie wygrasz”.

Warto jednak pisać o tym, jak szeroki strumień pieniędzy publicznych od wielu lat trafia do Kościoła. Przecież są to nasze pieniądze. Więc powinniśmy doskonale wiedzieć, na jaki cel są one przeznaczane i oglądać te złotówki dokładnie, z każdej strony. Niestety, z tą przejrzystością bywa różnie. Jak? O tym nieco dalej. (Wybaczcie więc, drodzy Czytelnicy, teraz wymienię nieco faktów w punktach. Uwaga, może być monotonnie.)

1. Centrum Dialogu.

Chyba mało kto sobie zdaje sprawę, że jest to jeden z kluczowych projektów Regionalnego Programu Operacyjnego. Obok sali koncertowej na Jordankach, toruńskiej średnicówki, Collegium Humanisticum. Jeśli jest tak kluczowy jak te wymienione inwestycje, to dlaczego tak mało wiemy o tym projekcie. Dlaczego o tej inwestycji dotowanej m.in. przez miasto, prawie nic nie wiedzą toruńscy radni. Kilka tygodni temu przepytałem pięciu z nich. Żaden nie powiedział mi, gdzie powstaje jego siedziba, a tym bardziej, co będzie się tam dziać i ile miasto dołoży do tego projektu pieniędzy. Niektórzy w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że coś takie powstaje. A powstaje przy pl. Frelichowskiego. To jedna z najbardziej tajemniczych inwestycji Kurii Diecezjalnej, ba!, współfinansowanych z funduszy Unii Europejskiej. Bardzo często, jeśli chodzi o unijne projekty, mamy nadmiar wiedzy. PR-owcy prześcigają się, żeby dziennikarzom wcisnąć informację prasową, ulotkę, długopis, notatnik, baloniki i inne gadżety. Przysyłają mnóstwo wizualizacji, zachęcają do przeprowadzenia wywiadów, itp. Z Centrum Dialogu od początku było inaczej. Nikt się nie narzucał. Nikt nie prosił. A i dziennikarze od początku nie byli specjalnie dociekliwi.

Gdybym był złośliwy, napisałbym, że decyzja o budowie Centrum Dialogu była strzałem w dziesiątkę. Zwłaszcza w kontekście tego, jak wygląda “dialog” między dziennikarzami a diecezją toruńską. Można się gimnastykować kilka dni, wysyłać e-maile i cisza. Czy tak ma wyglądać w przyszłości ten dialog? Jeśli tak, to życzę powodzenia.

A teraz garść informacji. Centrum Dialogu ma kosztować 25 mln zł, z czego 17 mln zł to unijna dotacja, a 2,78 mln zł dołoży Toruń. Na własne oczy tego budynku nie widziałem. Ma mieć trzy kondygnacje, na których znajdzie pierwsza profesjonalna biblioteka diecezji toruńskiej ze 180 tys. (!) woluminów na temat różnych wyznań, czytelnia, sale wykładowe i baza noclegowa. Będą się tam odbywać m.in. coroczne debaty Colloquia Torunensia. Diecezja toruńska organizuje różne spotkania. Czy będzie ich znacznie więcej, kiedy Centrum Dialogu zostanie otwarte? Nie mam pojęcia. Ale czy naprawdę potrzebne są nam w Toruniu kolejne metry kwadratowe sal wykładowych bądź czytelni, w momencie kiedy jesteśmy miastem uniwersyteckim?

W jednym z wywiadów z ks. bp. Andrzejem Suskim (http://diecezja-torun.pl/rozmowa) możemy przeczytać: “Na miejsce spotkań, konferen­cji i dyskusji diecezja przeznaczyła budynek przy ul. Łaziennej. Korzystają z niego głównie świeccy, zainteresowani sprawa­mi społecznymi, religijnymi, formacyjny­mi. Nowe centrum dialogu zapewni lepsze miejsce na konferencje i spotkania, a tak­że zaplecze naukowe w postaci biblioteki dostępnej dla społeczeństwa”. Ale przecież Toruń ma przecież całkiem niezłą bazę, którą można wykorzystać na konferencje i spotkania. Byłem na wielu takich imprezach m.in. na UMK, w Dworze Artusa czy w hotelu Filmar i naprawdę trudno się do czegoś przyczepić. Byliśmy przecież w stanie ugościć europejskich gości w ramach polskiej prezydencji.

2. Miejskie dotacje konserwatorskie i Muzeum Diecezjalne

Trudno się dziwić, że Kościół jest największym beneficjentem miejskich dotacji na konserwację zabytków. W jego rękach są najcenniejsze toruńskie budowle. Warto zauważyć, że w latach 2006-2012 Kościół na ich odnowę otrzymał od miasta co najmniej 4,8 mln zł.

Jedną z większych pozycji na liście zabytków odnawianych z publicznych pieniędzy jest Muzeum Diecezjalne. Renowacja obiektu jest dotowana od co najmniej 2006 r. Łącznie dofinansowanie wyniosło już prawie milion złotych. A dokładnie 988 tys. zł. Ile dołożyła do tego kuria? Tego w internecie nie ma. Dokładając do tego ok. 7,4 mln zł – tyle według ostatnich informacji mają kosztować prace w Muzeum w ramach projektu “Toruńska Starówka” – wychodzi nam potężna kwota ok. 8,5 mln zł. Do tego trzeba też wliczyć dotacje z innych źródeł m.in. 250 tys. zł w 2007 r. z resortu kultury.

Czy to dużo jak na zabytek? Raczej nie. Prace konserwatorskie do tanich nie należą. Są to koszty porównywalne z niedawną adaptacją budynku przy ul. św. Jakuba. W ogóle kamienica i samo Muzeum Diecezjalne ma dość ciekawą historię. Przytaczać jej nie będę. Gazety swego czasu dość obszernie rozpisywały się na ten temat. Jedno jest pewne: muzeum rodzi się w bólach. Ciekawostką jest to, że funkcjonuje już od 2 kwietnia 2006 r. Wówczas ks. bp Suski wydał dekret powołujący instytucję.

3. Święto województwa

Mamy marszałka-chadeka, dlatego też święto województwa ma nie tylko świecki wymiar. Nieprzypadkowo punktem kulminacyjnym tego wydarzenia jest 7 czerwca, kiedy przypada rocznica wizyty Jana Pawła II w naszym województwie w 1999 r. Wówczas Piotr Całbecki – bodajże jako członek zarządu miasta – był jednym z gospodarzy tej wizyty. Warto obejrzeć jego wspomnienia dotyczące tamtego wydarzenia.

A oto niektóre z punktów ubiegłorocznego święta województwa: diecezjalne dziękczynienie za beatyfikację Jana Pawła II, akcja edukacyjna “Klasy Jana Pawła II”, jubileusz 600-lecia Katedry Włocławskiej – konferencja “Wielkie postacie w dziejach Katedry Włocławskiej”, msza w intencji województwa oraz z okazji jubileuszu 600-lecia Katedry Włocławskiej, otwarcie wystawy czasowej “Bazylika katedralna we Włocławku – jej obraz w sztuce”, konferencja “Jego ślad” z udziałem Arturo Mari, IV Spływ Papieski, wystawa poplenerowa XXX pleneru malarskiego dla dzieci i młodzieży „Katedra Włocławska”, itd.

Żeby udowodnić, że to nie przypadek, przywołam jeszcze kilka wydarzeń ze święta z 2010 r.: msza w intencji województwa, koncert “Missa Brevis – Siedem ostatnich słów księdza Popiełuszki”, uroczysta sesja sejmiku województwa z udziałem ks. prymasa Józefa Glempa,

Ciąg dalszy kiedyś nastąpi - być może jutro.

Kuria w naszej kieszeni

Burza w Toruniu. Władze chcą udzielić 1,2 mln zł kredytu Kurii Diecezjalnej. – Niech Kościół pożyczy od Tadeusza Rydzyka! – oburza się Janusz Palikot. [Tekst z "Gazety Pomorskiej"]

W czwartek toruńscy radni rozpatrzą zmiany w tegorocznym budżecie miasta. W projekcie pojawia się propozycja, aby miasto pożyczyło Kurii Diecezjalnej 1,2 mln zł. Z taką prośbą do władz Torunia zwrócił się ekonom diecezji toruńskiej. Kuria to jeden z partnerów unijnego projektu „Toruńska Starówka” (liderem jest miasto), który polega np. na budowie Muzeum Diecezjalnego. Prace w obiekcie przy Żeglarskiej pochłoną 7,4 mln zł, z czego kuria opłaciła do końca marca 4,9 mln zł. Reszty nie ma. Musi pożyczyć.

Na pomyśle suchej nitki nie zostawiają politycy. - Jeśli Kuria nie ma pieniędzy, niech pożyczy pieniądze od Tadeusza Rydzyka – uważa Janusz Palikot, prezes Ruchu Palikota, który chce zorganizować protest w Toruniu. – To niebywały skandal. Pierwszy raz spotykam się z tym, by samorząd udzielał pożyczkę Kościołowi. Tak zaciera się granica między państwem a Kościołem. Brakuje mi po prostu słów.

- Kościół popełnia grzech chciwości – podkreśla wicemarszałek Sejmu Jerzy Wenderlich (SLD). – Kuria powinna zwrócić się o pożyczkę do o. Rydzyka. Ma pieniądze, bo nie rozliczył się ze zbiórki dla stoczniowców.

Za to Zbigniew Girzyński nie widzi nic nagannego w tej sytuacji. – Podejrzewam, że miasto dobrze przeanalizowało tę sprawę i uznało, że warto udzielić taką pożyczkę – mówi poseł PiS.

- Kuria powinna zaciągnąć komercyjny kredyt w banku, a nie wyciągać ręce do miasta, które na granicy wydolności finansowej – uważa Tomasz Lenz, poseł PO. – A tymczasem magistrat ustami wiceprezydenta PiS ogłasza, że będzie robić cięcia w szkołach i pracę mogą stracić nauczyciele. To bulwersujące.

Były radny lewicy Krzysztof Makowski: – Miasto nie jest instytucją kredytową. Samorząd nie ma własnych wolnych środków, które może pożyczać. Nie jest też instytucją o charakterze bankowym. Tym bardziej Toruń, który jest w wyjątkowo trudnej sytuacji, ma ogromne zobowiązania. Deficyt tegorocznego budżetu to jest prawie 180 mln zł. W związku z tym miasto samo musi pożyczać pieniądze, aby finansować swoje funkcjonowanie. To kosmiczny pomysł, aby pożyczać pieniądze komukolwiek, a szczególnie jeszcze zamożnemu przecież Kościołowi, trudno to zrozumieć, a tym bardziej zaakceptować. Prezydent Michał Zaleski utracił kontakt z rzeczywistością.

Projekt musi zostać zrealizowany do końca 2012 r. A kuria równolegle buduje też Centrum Dialogu za 25 mln zł. „Realizacja równolegle dwóch projektów i wydłużone procedury realizacji wniosków o płatność spowodowały zachwianie płynności finansowej Kurii” – napisano w uzasadnieniu uchwały.

Zabezpieczeniem dla wkładu własnego kurii dla inwestycji w Muzeum Diecezjalnym miała być sprzedaż za 8 mln zł pałacu z parkiem w Nowej Wsi Szlacheckiej pod Brodnicą. – Zrobiły się zatory płatnicze – tłumaczy sytuację Magdalena Flisykowska-Kacprowicz, skarbnik miasta. – Kuria nie dostała jeszcze pieniędzy z Unii Europejskiej na budowę Centrum Dialogu, przez to brakuje jej na wniesienie wkładu własnego przy Muzeum Diecezjalnego. Pieniędze miały pochodzić ze sprzedaży nieruchomości, ale w obecnej sytuacji na rynku nie udało się znaleźć nabywcy.

Kuria postawiła więc miasto pod ścianą. – W normalnej sytuacji, każdy inny wziąłby kredyt bankowy, ale banki komercyjne nie chcą rozmawiać z Kościołem, bo pożyczanie Kościołowi to duże ryzyko – twierdzi Flisykowska-Kacprowicz. – Kuria nie prowadzi bowiem normalnych ksiąg rachunkowych. Bank nie jest w stanie ocenić zdolności kredytowej takiego partnera. My zaś stanęliśmy przed dylematem, bo jeśli nie pożyczymy kurii tych pieniędzy, możemy stracić 18 mln zł. 8 mln zł już dostaliśmy więc bylibyśmy zmuszeni je zwrócić, gdyby doszło do przekroczenia terminu realizacji projektu.

Spłata ma zostać rozłożona na sześć rat – po 200 tys. zł co pół roku – między czerwcem 2013 a grudniem 2015. Oprocentowanie wyniesie 6 proc. rocznie. Czy miasto coś traci? – Zabezpieczeniem pożyczki jest weksel, więc gdyby kuria nie spłaciła jej, możemy z tym iść do sądu i żądać zwrotu pieniędzy.

Skarbnik przyznaje, że pożyczka pochodzi z nadwyżki, która powstała po zamknięciu zeszłorocznego budżetu. Tylko tyle że miasto ma spory deficyt w kasie i brakujące pieniądze pożycza z banku, więc nadwyżka to środki pochodzące z kredytu. Dodaje, że cała kwota to ułamek w budżecie miasta, a cel pożyczki jest szczytny, bo jako miasto wpisane na listę UNESCO, powinniśmy dbać o zabytki. Tymczasem na koniec tego roku zadłużenie miasta wyniesie ok. 870 mln zł.

- To decyzja ekonomiczna, a nie polityczna – twierdzi Damian Walczak z Katedry Zarządzania Finansami UMK. – Kołem napędowym Torunia są zabytki, więc każda inwestycja w nie przekłada się na wymierne korzyści. Ale jeśli miasto decyduje się pożyczyć pieniądze Kościołowi, to tak samo powinno traktować inne podmioty, które są właścicielami zabytków i mają podobne problemy z ich konserwacją. To musi być początek nowej fali inwestycji. Ale czy nas na to stać?

Skarbnik: – Długo zastanawialiśmy się nad decyzją, bo udzielanie pożyczek nie jest rolą miasta. Ale to wyjątkowa sytuacja.

Próbowaliśmy skontaktować się z rzecznikiem kurii. Był nieobecny. Wysłaliśmy pytania e-mailem. Do zamknięcia piątkowego wydania “Pomorskiej” nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

(WG), (KAF)

PiS przeciw czy za nauczycielami?

Działacze PiS – radni i wiceprezydenci – nie mają za bardzo pomysłu na kolejne dwa i pół roku kadencji. A przed nimi prawdziwa potyczka, z której nie wyjdą bez strat, zadrapań czy też ran. Pierwsze trudne decyzje, czyli zwolnienia nauczycieli.

Już niedługo działaczom PiS nie będzie do śmiechu (fot. Lech Kamiński)

To z pewnością nie było zmarnowane półtora roku w wykonaniu PiS. W ciągu tego okresu działaczom PiS, którzy weszli w struktury urzędu miasta i radnym tej partii, udało się spełnić kilka obietnic i zrealizować kilka ważnych inicjatyw i pomysłów. Na pewno warto wskazać zmiany w straży miejskiej, dzięki którym w tej służbie udało się przywrócić normalność, co więcej, z miesiąca na miesiąc widać efekty np. zwiększa się skuteczność, itp., itd. Ludzie PiS wprowadzili też świeżość do Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej. Trudno mówić tu o rewolucji, bo wciąż jest to motłoch tkwiący dwiema nogami w PRL-u i zarządzający wieloma rozpadającymi się obiektami, w które wciąż zbyt wiele się nie inwestuje. Ale jest jakiś krok do przodu. Godziny otwarcia biur obsługi mieszkańców dopasowane do potrzeb mieszkańców, odpracowywanie długów, nowa strona www czy też biuro zamiany mieszkań – to może nie jest dużo. Ale dobre i to w porównaniu z tym, jaki pomysł na ZGM miała ekipa Michała Zaleskiego. Z inspiracji rajców PiS pod lupę laboratorium drogowego poszły ulice remontowane w ostatnich latach. I pewnie nie jest to ostatnie słowo.

Kolejnym sukcesem PiS – choć trudno to nazywać sukcesem – jest uchwała w sprawie przeniesienia tablicy Juliana Nowickiego z al. Solidarności na cmentarz komunalny. (PiS idzie nawet dalej. Na swojej stronie pisze: “Decyzja Radnych Miasta Torunia z dnia 29 marca 2012 roku przejdzie do historii Rady”.) Były też spektakularne porażki np. wycofanie z porządku obrad projektu uchwały dotyczącej pomnika Lecha Kaczyńskiego i ofiar katastrofy smoleńskiej. Ale też głosowanie z zaciśniętymi zębami za podwyżką cen biletów MZK z 2,5 na 2,7 zł. I pewnie znalazłoby się jeszcze kilka sukcesów i porażek.

Co dalej? Nie jestem jasnowidzem z Człuchowa. Jestem jednak przekonany, że PiS czeka teraz naprawdę poważny sprawdzian. Jesteśmy w przededniu zmian w toruńskiej oświacie. Bardzo poważnych zmian. Wielu nauczycieli może stracić pracę. Tego nie da się przeprowadzić bezboleśnie. Będą łzy i zgrzytanie zębami, ale też ciskanie gromów. Kto wie, może i protesty. Reakcją na słowa “oszczędności”, “rachunek ekonomiczny” na pewno będą bardzo ostre epitety. Ale nauczyciele nie wyjdą na ulice. Wszystko rozegra się w zaciszu pokoi nauczycielskich.

Ale to nie będzie wygodna sytuacja dla PiS, które teraz w kraju idzie ramię w ramię z oświatową “Solidarnością”. Teraz wiceprezydent PiS od oświaty Ludwik Szuba, dawny szef toruńskiego ROP, dawny działacz oświatowej “S”, a także były nauczyciel w-f, będzie musiał swoim kolegom i koleżankom belfrom oraz związkowcom wytłumaczyć się z trudnych decyzji, z zaciskania pasa. Z pewnością PiS będzie próbować jakoś zaklinać rzeczywistość. Z łatwością mogę wskazać, w jaki sposób działacze tej partii będą się bronić i tłumaczyć swoje trudne decyzje. Rozbroić tę bombę. Jak zwykle wszystko zrzucą na PO, którego minister edukacji wprowadza nową podstawę programową. Można znów wskazać, że subwencja oświatowa jest za niska i samorząd rokrocznie musi dokładać do utrzymania szkół. Ale to dla mnie żadne tłumaczenie. Jakoś nie przypominam sobie, żeby w czasach, gdy PiS rządził w Polsce, w jakiś magiczny sposób pojawiła się górka w pozycji subwencja oświatowa w budżecie Torunia i każdej innej gminy.

Niedawno rozmawiałem z wiceprezydentem Szubą (rozmowa ukaże się jutro w gazecie) i wiele wątków, które poruszył, nie daje spokoju. “Większość zadłużenia miasta – bo ok. 80 proc. – generuje oświata, jej niedofinansowanie” – wskazuje Szuba. W ten sposób o długu Torunia mówiła też niedawno skarbniczka miasta na spotkaniach prezydenta z mieszkańcami. Ale dla mnie jest to żadne tłumaczenie. To kuriozalne zrzucać winę na oświatę i nauczycieli “przejadających” pieniądze, które można by zainwestować w dziesiąty most, itp. W podobnej sytuacji są inne gminy. A te 80 proc. odwraca uwagę od długów, jakie zaciągamy na inwestycje, które są wątpliwe, megalomańskie oraz czasami nieprzemyślane. Podczas rozmowy Szuba wspomniał też, że w tym roku może brakować ok. 15 mln zł na oświatę i że teraz trwa szukanie oszczędności. To nie jest mała kwota. Bodajże tyle w tym roku miasto wyda na remonty dróg. W przypadku oświaty mówimy jednak o ludziach, a także o przyszłości naszego miasta, czyli poziomie wykształcenia młodych torunian. Kolejne metry sześcienne asfaltu, docieplone szkoły, polbrukowe chodniki, bezsensowne linie tramwajowe do kościołów czy centrów handlowych nie mogą być przecież ważniejsze od ludzi. A miasto w trakcie kryzysu nie powinno się kierować rachunkiem ekonomicznym i rezygnować w szkołach z administracji i obsługi (sprzątaczek, kucharek, woźnych, itp.). Może i ta administracja jest przerośnięta i pewnie trzeba by tam zrobić porządek, ale w kryzysie, gdy jest bardzo ciężko o pracę, gwałtowne i zdecydowane ruchy, mogą okazać się tragiczne. To są mieszkańcy Torunia, którzy mają rodziny, czynsze do opłacenia, itd. Miasto nie jest przecież przedsiębiorstwem, gdzie co chwilę trzeba robić mniejsze lub większe restrukturyzacje. A wszystko idzie właśnie w tym kierunku.

Czy PiS opowie się za nauczycielami, administracją i obsługą szkół? Czy w trudnych czasach będzie ich bronić przed zwolnieniem? A może przyłoży rękę do zwiększenia bezrobocia w Toruniu i liczby torunian, którzy będą składać wnioski o zasiłki w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie? Na pewno wreszcie działacze PiS przekonają się, że rządzenie to nie tylko rozdawanie pieniędzy, akcje pod publiczkę i media, ale także podejmowanie trudnych decyzji i ponoszenie za nie odpowiedzialności.

Co dalej? Przeglądając program PiS z 2010 r., raczej nie spodziewam się w ciągu kolejnych dwóch i pół roku tej kadencji jakichś fajerwerków. PiS chciał np. uelastycznić politykę miasta “w zakresie wymiaru podatku od nieruchomości” (na razie PiS bezmyślnie podwyższa podatki), wprowadzić “ułatwienia w nabywaniu nieruchomości bądź wznoszeniu nowych obiektów dla firm mających swoje siedziby w Toruniu”, chciało skupić się też na “takim lokowaniu środków na przeciwdziałanie bezrobociu, które wzmacniałyby rozwój, konkurencyjność i ekspansję firm mających siedziby w Toruniu”. Była też mowa o wsparciu “firm toruńskich w ich promocji w Polsce i za granicą”. To tylko puste hasła? PiS chciał też tworzyć nowe obszary “dla intensywnej działalności gospodarczej, otwartych na lokalizację nowych firm”, rewitalizować nie tylko Starówkę i Bydgoskie, ale też Chełmińskie, Jakubskie i Podgórz. Czy te punkty programu trafiły do kosza? A gdzie jest zapowiadana europejska promocja Torunia? Gdzie są toruńskie parki np. Park Jana Pawła II na Jordankach czy na Bielanach? “Stworzymy koncepcję zagospodarowania i rozpoczniemy realizację kompleksowego zagospodarowania nadbrzeży Wisły”. Czyżby?

Jak Mocowała Się Młodzież…

W Toruniu weekendy zerują pamięć. Wszystko, czym żyli mieszkańcy i śledzili z emocjami, przestaje istnieć. Rzadko jakieś sprawy zaprzątają głowę torunian dłużej niż dwa, trzy dni. Politycy wszystkich opcji mogą więc spać spokojnie.

Jak działa MSM? (źródło: http://www.prairienaturals.ca)

O wyborach do rady nadzorczej Młodzieżowej Spółdzielni Mieszkaniowej już się nie mówi na mieście. Nie pamiętam także, żeby ktoś na dłużej pochylił się nad tą sprawą. Jakiejkolwiek błyskotliwej analizy. Tak już jest w tym pięknym, ale coraz smutniejszym mieście. Temat odfajkowany, idziemy dalej. Zero refleksji. Zero wniosków. I niech już tak pozostanie. Wszyscy chcą mieć święty spokój.

Nie odkryję Ameryki, pisząc, że wybory w MSM jeszcze bardziej spolaryzują toruńską scenę polityczną: na tych wokół prezydenta Michała Zaleskiego (Czas gospodarzy, SLD i PiS) i tych przeciw niemu (PO i kto wie – może Ruch Palikota). Ten podział z miesiąca na miesiąc będzie się coraz bardziej umacniać, radykalizować, ubierać w coraz ostrzejsze słowa i reakcje.

Paradoksalnie, ta porażka PO w wyborach (bo nie oszukujmy się, władze PO dały błogosławieństwo Bartłomiejowi Jóźwiakowi, radnemu PO oraz liderowi opozycyjnej listy w wyborach do rady nadzorczej MSM) jeszcze bardziej scementuje klub PO, który nie był monolitem. Już nie będzie żadnych tajnych wycieczek do prezydenta, żeby załatwić jakieś drobne osiedlowe remonty uliczek czy chodników. Teraz w tej krucjacie przeciwko Zaleskiemu ramię w ramię pójdą Paweł Gulewski i Łukasz Walkusz, Maciej Cichowicz i Michał Rzymyszkiewicz.

Ale to nie wszystko. Wydawać by się mogło, że największym przegranym tych wyborów jest Bartłomiej Jóźwiak. Nic bardziej mylnego. To zdecydowanie jeden z największych wygranych tych wyborów. Oczywiście, wygrana byłaby o wiele większa, gdyby ta piętnastka przejęła władzę w MSM. Ale w polityce nie zawsze chodzi o to, żeby przejąć władzę, rządzić, rozdawać stołki. Bardzo często chodzi o to, by budować i umacniać swoją pozycję. I to bez wątpienia udało się Jóźwiakowi. Udowodnił władzom PO, że jest kimś, kto może postawić wszystko na jedną kartę, wziąć na siebie wszelkie ciosy, całą odpowiedzialność, poświęcił czas i pieniądze. A za to w polityce wcześniej czy później można liczyć na jakąś “premię”. Jeśli Jóźwiak utrzyma ten kurs, jeżeli będzie punktować władze Torunia w podobny sposób jak MSM, kto wie, może wyrośnie na lidera PO w toruńskiej radzie miasta. Choć szczerze w to wątpię. Jóźwiakowi brakuje charyzmy. To – jak mówią niektórzy – ciepła klucha.

Bez wątpienia PO dość mocno odsłoniła się w tych wyborach. Zapewne przy kolejnych wyborach samorządowych mało kto będzie o tym pamiętać. Ale z pewnością warto głośno mówić o tym, jak działa ta formacja. W jej działaniach jest znacznie więcej PR i marketingu, pustych haseł, frazesów niż konkretów. Ale w tym PR i marketingu – trzeba to przyznać – są całkiem nieźli. Gorzej jest jednak ze skutecznością. Doprawdy nie wiem, co by się stało z MSM, gdyby ta piętnastka przejęła rządy. Na pierwszy rzut oka pewnie byłaby to rewolucja. Ale tylko na pierwszy rzut oka.

Muszę szczerze przyznać, że z MSM nie jest mi po drodze. Że nie pałam sympatią do “dziennikarstwa”, jakie uprawia TVK Toruń. Ale jest to jedna z najprężniejszych spółdzielni w Toruniu. Która cały czas inwestuje, rozwija się. (Wybaczcie mi tę ogólnikowość. Spółdzielczość to nie moja działka. MSM na pewno byłaby wdzięcznym tematem na reportaż.) Ale nie podoba mi się ta “polityczna twarz” osób działających w MSM. Te wybory pokazały, jak wielu osobom w mieście zależy na tym, aby utrzymać status quo. Wskazały też, że to środowisko związane ze spółdzielnią potrafi jeszcze dbać o swoje interesy, potrafi się zmobilizować. Że choć na skroniach niektórych członków spółdzielni pojawiły się już siwe włosy, to nadal potrafią walczyć, nie bronić się, lecz atakować, nie dają się tak łatwo przechytrzyć, nadal są młodzieżą – Młodzieżową Spółdzielnią Mieszkaniową.

Ale to też jest smutne. Te wybory pokazały dobitnie, że spółdzielczość to relikt. Władze spółdzielni – a zwłaszcza zarządy – powinny być wybierane nie na walnych zgromadzeniach, ale tak jak w wyborach powszechnych; w dogodnym dla spółdzielców terminie i miejscu.

Spotkałem się ostatnio z ciekawą tezą, że PO ożywiło się teraz, by skompromitować władze Torunia oraz szefa rady miasta Mariana Frąckiewicza i jego klub SLD, zanim zacznie się kolejna wielka passa sukcesów prezydenta Zaleskiego, czyli hala widowiskowo-sportowa, młyny, most, tramwaj na Bielany, tramwaj do Portu Drzewnego, sala koncertowa, itd. Bo za rok lub dwa ciężko będzie się im przebić do mieszkańców, ciężko będzie bić w prezydenta, który będzie przecinać wstęgi na kolejnych, długo oczekiwanych przez torunian obiektach. Na pewno bez MSM, a także tego, co chyba najbardziej interesowało PO, czyli tej całej tuby medialnej: TVK Toruń, słupów ogłoszeniowych, ekranów LED, gazetki – nie będzie to takie łatwe.

PO pewnie tak jak zwykle obudzi się na kilka miesięcy przed wyborami. Kiedy będzie już za późno.

Czy to już koniec Andrzeja Szmaka?

Tak. Przynajmniej w PO. Dlaczego ma opuścić jej szeregi? Bo nie płacił partyjnych składek. Przez ponad dwa lata uzbierało się 120 zł (5 zł co miesiąc – w promocji oczywiście). To nie wszystko…

Wybaczcie, ale nie stać mnie na Photoshopa

PO znów chce się wybielić. Tym razem zamierza się zupełnie odciąć od dyrektora biura Toruńskiego Centrum Miasta Andrzeja Szmaka, od jego sukcesów i porażek. Chce też umyć ręce, mówiąc: TCM to nasz pomysł, ale wykonanie należy do prezydenta i jego ludzi. Skąd  to znamy? Tak samo było w przypadku walki o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury i wielu innych punktów porozumienia programowego, które łączyło w ubiegłej kadencji PO i gospodarzy.

Nie zamierzam bronić Szmaka. Ale czuję niesmak, kiedy czytam w “Nowościach”, że “działacze PO wskazują również na to, że po objęciu stanowiska przez Andrzeja Szmaka ten nigdy nie przedstawił strategii rozwoju biura i planów wobec starówki. Ich zdaniem, jedyne efekty pracy dyrektora to ustawiane na starówce pomniczki“. Jedyne? Gratuluję więc działaczom PO spostrzegawczości,  wydawania sprawiedliwych sądów i skrupulatnego śledzenia toruńskiej prasy, która opisywała bardzo wiele lepszych lub gorszych inicjatyw Szmaka. Działaczy PO odsyłam m.in. do lektury artykułów z ostatnich czterech lat. Nie będę ich przytaczać, bo nie chodzi w tej chwili o to, ile ich było czy też o ich ocenę, skuteczność czy jakość, itp. W ogóle wątpię, czy toruńska PO jest w stanie merytorycznie zrecenzować działalność TCM.

Śmieszny jest też Tomasz Lenz, lider regionalnej PO, kiedy mówi “Nowościom”: “Platforma wpisała BTCM do swojego programu 5 lat temu. Chcieliśmy stworzyć samodzielną jednostkę, która zajęłaby się obszarem starówki”. Dlaczego śmieszny? Bo na tym haśle wpisanym do porozumienia programowego PO i gospodarzy, zakończyła się praca PO nad biurem Toruńskiego Centrum Miasta (pomijając oczywiście wkład jej wiernego członka PO Andrzeja Szmaka). Radnym i działaczom PO jakoś specjalnie nie zależało na wypełnianiu treścią tego hasła. Nie przypominam sobie, aby już w trakcie działalności TCM, podsuwali jakieś pomysły dla biura, recenzowali jego pracę. A jeśli coś takiego było, to przeszło to bez echa.

(A tak na marginesie warto pamiętać, jak PO umiejętnie gładzi wewnątrzpartyjnych konkurentów. Patrz: radny Przemysław Pawlikowski i wielu innych działaczy z Polski.)

Idąc dalej tym tropem, zaraz pewnie PO będzie chciało się wybielić w kwestii prywatyzacji MZK. Dlaczego? Bo na horyzoncie już widać ciemne chmury. Magistrat już wyciął kursy linii nr 23. Zaraz to samo czeka linię nr 19. Jak w tym przypadku PO będzie bronić swojej skóry? Odpowiedź jest prosta: atakując lub stwierdzając, że  miało być inaczej, a wyszło jak zwykle.

Spadłem jednak pod stół, czytając kolejną wypowiedź Lenza: “Kiedy jakaś partia ma władzę, to zapisują się do niej ludzie, którzy chcą coś na tym ugrać. Dyrektor Szmak zapisał się do PO chcąc zająć stanowisko, które dzisiaj pełni”. A więc tak wyglądały rządy PO w mieście? Tak wyglądają rządy PO w województwie i w kraju? Ta wypowiedź bez wątpienia rzuca nowe światło na listę stołków, którą kilka dni temu zamieściłem na “Tece Toruńskiej”.

Ciekaw jestem, czy działacze PO naiwnie wierzą teraz, że po wyrzuceniu Szmaka z partii w ich ślad pójdzie prezydent Michał Zaleski. Szczerze w to wątpię. Zapewne na złość PO będzie teraz publicznie chwalić działalność swojego podwładnego, podwładnego, o którym jeszcze nie tak dawno było bardzo głośno, który błyszczał mocniej od swojego szefa. Bo jeszcze dobrze pamiętam te czasy, gdy Szmak miał dobrą passę i niemal wszystko, czego się dotknął, zamieniał na złoto, a dziennikarze jedli mu z ręki. Potem coś pękło. Trudno powiedzieć teraz, kiedy coś zaczęło się psuć. Coraz częściej pojawiały się pogłoski o rychłym zwolnieniu (teraz też się pojawiają), zakazie wypowiadania się, pisania bloga. Rzecz w tym, że Szmakowi w ostatnich miesiącach podcięto skrzydła. Gdyby je rozwinął, gdyby TCM miał znacznie większą autonomię i znaczenie, gdyby PO zwracało większą uwagę na TCM w tamtej kadencji, podsuwało pomysły, dopingowało, gdyby Zaleski nie widział w Szmaku zagrożenia, kogoś, kto spija medialną śmietankę – to już dawno byśmy mieli plan zagospodarowania Starówki, już dawno by się zakończył Restart (o ile w ogóle byłby potrzebny). A teraz, niestety, cały czas jesteśmy na początku drogi i znów robimy restart.

Restart, czyli Trampolina pana prezesa

Co jest najsłabszym punktem Restartu? Albo inaczej: kto? Paradoksalnie: jeden z liderów projektu – Maciej Karczewski, prezes Fundacji Stare Miasto. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że zależy mu głównie na zbiciu politycznego kapitału za sprawą tego projektu. A Starówka schodzi na dalszy plan.

Maciej Karczewski. Kandydat na prezydenta Torunia w 2014 r.? (fot. Lech Kamiński)

Bez wątpienia Restart jest trampoliną do kariery Maciej Karczewskiego. Złośliwi pewnie by powiedzieli, że chodzi o darmową reklamę jego firmy. Może i tak. Nie wiem. Ale coraz częściej, na razie w kuluarach, słyszę o wielkich i wciąż rosnących ambicjach politycznych Karczewskiego. Do tej pory mówiło się, że mógłby w 2014 r. z poparciem PO powalczyć o fotel prezydenta Torunia. Słyszałem nawet o dalej idących koncepcjach: o tym, że Karczewski myśli, by wystartować na prezydenta z własnego komitetu, który powalczy również o miejsca w radzie miasta.

Wróćmy jednak do Restartu. Tak dobrej prasy już chyba dawno nie miał żaden z toruńskich projektów. Budził prawie wyłącznie pozytywne skojarzenia. Pojawiło się mnóstwo hurraoptymistycznych artykułów. Projekt jednocześnie rozbudził wielkie nadzieje. Pokazał, że w Toruniu za jednym stołem mogą zasiąść mieszkańcy, społecznicy, radni, przedsiębiorcy, urzędnicy, itd. I po prostu pracować. Że w Toruniu też można. Niestety, cieniem na tym projekcie kładą się ambicje polityczne Karczewskiego.

Przejdźmy do rzeczy. Z dużym niesmakiem czytałem ostre komentarze Karczewskiego, gdy niedawno “Nowości” podsumowywały działalność Andrzeja Szmaka i kierowanego przez niego biura Toruńskiego Centrum Miasta. Karczewskiemu nie odmawiam prawa do takich ocen. Ale podgrzewanie atmosfery w momencie, kiedy realizuje ze Szmakiem (TCM jest przecież partnerem projektu) jeden projekt, do niczego nie prowadzi. Może jedynie zaszkodzić tej słusznej idei. Usztywnić jedną ze stron. Bo w tak ciężkiej atmosferze nie da się po prostu pracować. Prace nad programem rewitalizacji powinny bowiem przebiegać w spokoju i skupieniu. Emocje są tutaj zupełnie zbędne. Szum, a zwłaszcza krytyczne tyrady, na pewno mu nie służą.

Według mnie błędem była też publikacja raportów ze spotkań grup tematycznych w ramach projektu Restart. Są to na razie szkice, zarysy zarysów, listy ciekawych pomysłów, ale też propozycji odstających od rzeczywistości, bardzo ogólnych i bardzo konkretnych. Te raporty w wielu miejscach nie pozostawiają suchej nitki na urzędnikach i TCM. Na tym etapie nie powinny one ujrzeć światła dziennego. Mogłyby być równie dobrze opublikowane po zakończeniu prac nad efektem końcowym, czyli programem rewitalizacji. Wówczas byłyby doskonałym dokumentem, jak wyglądały prace nad programem i co z tych wszystkich raportów, badań i ankiet zostało wykorzystane i zapisane w ostatecznej wersji. Tymczasem koordynatorzy zdecydowali się włożyć kij w mrowisko przed najistotniejszym etapem Restartu, czyli spotkaniami grupy rekomendacyjnej.

Czy ten raptus i krzykacz z ul. Tartacznej ma szanse w walce o fotel prezydencki? Czy jego komitet zwojuje coś w radzie miasta? Pożyjemy, zobaczymy. Ale niech w końcu zacznie mówić otwartym tekstem, a nie zasłaniać się fundacją, przedsiębiorcami, społecznikami, projektem Restart…

Na pewno ciekawą lekturą jest ostatni wpis Kamila Sakałusa na blogu. W tym przypadku zupełnie nie zgadzam się z jego ocenami: ”Temat toruńskiej Starówki na pewno będzie ważny w 2014 roku. Może też doprowadzić do powstania ponadpartyjnego komitetu wyborczego złożonego z przedsiębiorców. (…) Lokalny komitet wyborczy, nie związany z żadną partią polityczną ma więc szansę w Toruniu powstać. By osiągnąć sukces potrzebuje jednak sensownego kandydata prezydenckiego, który pociągnie całą listę i wprowadzi przynajmniej czterech radnych, po jednym z każdego okręgu”. Ciekawe, o kim myślał Kamil, pisząc “sensowny kandydat”?

Karczewski wygrać, nie wygra z Michałem Zaleskim. Ale ma duże szanse, żeby odebrać głosy PO. Bo prawdę mówiąc toruńscy przedsiębiorcy w radzie miasta nie mają praktycznie żadnego przedstawiciela. Większość radnych ma w nosie to środowisko lub zupełnie nie ma pojęcia o jego problemach. Ale poparcie przedsiębiorców nie przyniesie czterech mandatów.

Panie Macieju, co Pan wybiera: start czy Restart?

Epilog

Regulamin konsultacji. I co dalej?

Grupa reprezentatywna zakończyła prace nad regulaminem konsultacji społecznych. To chyba jeden z najjaśniejszych momentów ostatnich lat w Toruniu. Ale to dopiero początek drogi.

YouTube Preview Image

Wreszcie po wielu miesiącach rozmów urzędnicy i mieszkańcy doszli do porozumienia w sprawie regulaminu konsultacji społecznych. Nie przypominam sobie miejskiej inicjatywy, która wywarłaby na mnie tak pozytywne wrażenie i emocje. To duża sprawa – przynajmniej w naszej lokalnej, toruńskiej skali.

Na razie znam główne założenia projektu dokumentu. Mimo to jestem pewien, że nastąpił jakiś przełom. Regulamin nie narzuca żadnych sztywnych ram, jeśli chodzi o metody konsultacji i to, jakie projekty konsultować, a jakie nie. Najważniejszą kwestią jest to, że mieszkańcy będą mogli wziąć sprawy w swoje ręce. Już nie tylko prezydent i rada miasta będą mogli inicjować konsultacje. Najistotniejsze jest to, że nie będą mieć nic do gadania, jeśli konsultacji zażąda 500 torunian.

A teraz sobie trochę pomarudzę. Według mnie proponowana przez grupę liczba mieszkańców niezbędna do złożenia wniosku jest zbyt wysoka. Zdarzyło mi się kiedyś zbierać głosy pod petycją i wiem, że to ciężka praca. Nie będzie to łatwe zadanie zwłaszcza w przypadku mniejszych, osiedlowych przedsięwzięć. Jeśli do złożenia społecznego projektu uchwały potrzeba 150 podpisów, to w przypadku wniosku o obowiązkowe konsultacje ten limit mógłby wynosić 300 zamiast 500 autografów. To i tak jest już bardzo dużo i może skutecznie gasić zapał wszelkiej maści społeczników. I tak przecież wynik konsultacji, rekomendacje i wnioski, jakie z nich płyną, nie będą wiążące dla rządzących miastem.

To, czy regulamin został dobrze skonstruowany, wyjdzie w praniu podczas pierwszych, drugich i entych konsultacji. Bardzo chciałbym, aby to narzędzie zostało wykorzystane przy tworzeniu budżetu miasta na 2013 r. – między pierwszym a drugim czytaniem uchwały budżetowej, kiedy radni i rady okręgu mają czas na zgłaszanie wniosków. Jak to zrobić? Nie mam zielonego pojęcia. Ale chętnie złożę podpis pod wnioskiem o konsultacje przyszłorocznego budżetu i wezmę w nich udział. Może warto też zastanowić się, aby przenieść cykl corocznych spotkań prezydenta z mieszkańcami, na koniec roku i połączyć je z konsultacjami dotyczącymi budżetu. Bo w tej chwili te zebrania polegają na referowaniu tego, co już jest przyklepanie i spisywaniu potrzeb, które będą realizowane w kolejnym roku lub kolejnych latach.

I na koniec trochę smutnych wniosków. Szkoda, że regulamin konsultacji społecznych powstał dopiero teraz. Nie zamierzam w tym punkcie szukać winnych, kogokolwiek oskarżać. Tego typu dokument z pewnością by się przydał już kilka lat temu, gdy trwały przygotowania do budowy mostu, trasy średnicowej, hali widowiskowo-sportowej, sali koncertowej, centrum nowoczesności i innych dużych projektów. Żaden z tych projektów nie został wystarczająco skonsultowany z mieszkańcami. A “konsultacje”, które się odbywały do tej pory (np. w przypadku mostu czy trasy średnicowej), mogłyby posłużyć do napisania regulaminu pod hasłem “Jak nie prowadzić konsultacji społecznych”. Nie chodzi mi tylko o szeroko rozumiane współuczestnictwo czy partycypację (tych praktycznie w ogóle nie było), ale również warstwę podstawową tych inwestycji, czyli informacje, co, gdzie, kiedy, za ile, a szczególnie – po co.

Regulamin to dopiero początek drogi. Drogi ku temu, by mieszkańcy Torunia mieli znacznie większy wpływ na to, co się dzieje w mieście. Drogi ku współrządzeniu miastem. Dojrzeć do tego muszę nie tylko mieszkańcy, ale zwłaszcza władze Torunia i urzędnicy. Mam nadzieję, że te pokłady dobrej woli ze strony magistratu prędko się nie wyczerpią (tu ukłony należą się Robertowi Małeckiemu z wydziału komunikacji społecznej i informacji magistratu) i nie wrócimy do punktu wyjścia. Bardzo chciałbym, aby pojęcia “konsultacje społeczne” i “polityka” rzadko szły ze sobą w parze. Liczę na to, że to dopiero początek oddawania władzy przez rządzących miastem, że w rękach mieszkańców z roku na rok będzie coraz więcej instrumentów. Że podobnie jak w Bydgoszczy obywatele Torunia wkrótce wezmą w ręce kulturę i inne dziedziny życia.

Who is who w Toruniu

Kto ma więcej stołków: PiS w urzędzie miasta czy PO w urzędzie marszałkowskim? Ilu gospodarzy znalazło posady w urzędzie miasta? Oto krótka lista powiązań w Toruniu. Zachęcam do wpisywania propozycji kolejnych nazwisk w komentarzach!

YouTube Preview Image

Roman Bicki, dyrektor Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej. Startował z listy PiS w wyborach samorządowych m.in. do rady miasta w 2006 r. Wcześniej dyrektor departamentu spraw społecznych w urzędzie marszałkowskim. Bicki skończył wydział matematyczny Akademii Bydgoskiej, w Poznaniu – podyplomówkę z zarządzania i administracji, a pozyskiwania funduszy europejskich uczył się w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.

Leokadia Bobek, członek rady nadzorczej spółki Toruńska Infrastruktura Sportowa. W 2010 r. kandydatka do rady miasta z listy Czasu gospodarzy. W wyborach uzyskała 213 głosów. Z wykształcenia socjolog i ekonomistka. Wspólnie z mężem Januszek Bobkiem (do niedawna dyrektorem ZGM) prowadzi tzw. domowy kościół.

Joanna Bogdan, podinspektor w wydziale promocji urzędu miasta. Startowała w 2010 r. z listy Czasu gospodarzy. Chciała działać jako radna na rzecz najuboższych i wykluczonych. Skończyła pedagogikę, była m.in. wolontariuszką w świetlicy środowiskowej Szkoły Podstawowej nr 6.

Janusz Borkowski, wiceprzewodniczący rady nadzorczej Targów Toruńskich. Były radny SLD. Zasiadał w radzie miasta trzy kadencje. Ukończył w Warszawie studia wyższe pedagogiczne i politologiczne i podyplomową Szkołę Zarządzania i Marketingu. “Jego hobby to żona, muzyka poważna, książki i działka” – czytamy w biogramie na stronie magistratu.

Lidia Chamarczuk-Mazurek, doradca prezydenta Torunia ds. społecznych. W poprzedniej kadencji radna PO. Wystąpiła z klubu, gdy okazało się, że PO zagłosuje przeciw powiększeniu dachu na Motoarenie. W ostatnich wyborach samorządowych startowała z listy prezydenckiego Czasu gospodarzy. Bez skutku. Kilka tygodni po wyborach została doradcą prezydenta. – Pani Lidia Chamarczuk-Mazurek to osoba, która całe życie zawodowe poświęciła pracy pedagogicznej, naukowej oraz samorządowej – mówił w 2011 r. prezydent Michał Zaleski. Wcześniej pracowała jako nauczyciel chemii i była wicedyrektorem Zespołu Szkół Przemysłu Spożywczego i VIII Liceum Ogólnokształcącego.

Krystyna Dowgiałło, pełnomocnik projektu “e-Usługi – e-Organizacja” w urzędzie marszałkowskim (umowa zlecenie). Radna PO. Zasiada w toruńskiej radzie miasta już czwartą kadencję. Ekspert projektów unijnych. Wykształcenie wyższe. Pracowała m.in. w Wojewódzkim Urzędzie Pracy.

Anna Jakubaszek, członek miejskiej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych. Prywatnie żona radnego PiS Michała Jakubaszka. Weszła do komisji niedługo po wyborach samorządowych. Absolwentka pedagogiki na UMK. Specjalizuje się w pedagogice opiekuńczo-wychowawczej i oligofrenopedagogice, współpracowała z toruńskim klubem abstynenta “Flisak”.

Jerzy Janczarski, dyrektor departamentu kultury i dziedzictwa narodowego urzędu marszałkowskiego. Członek PO. Wiceszef toruńskich struktur tej partii. Był radnym Unii Wolności. Absolwent historii i podyplomowego studium organizacji i zarządzania UMK. Pod koniec lat 90. był członkiem zarządu miasta odpowiedzialnym za oświatę i komunikację.

Maciej Janusz, wicedyrektor ds. technicznych Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej. Administrator strony internetowej toruńskiego PiS. Nie należy do tej partii. 33-latek. Z wykształcenia magister inżynier informatyki. Pracował w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. W konkursie na wicedyrektora miał jednego rywala. ”Jest osobą komunikatywną, posiadającą odpowiednie predyspozycje osobowościowe istotne z punktu widzenia przyszłej pracy, tj.: umiejętność organizacji pracy, samodzielność, odporność na stres. Posiadana wiedza, umiejętności oraz doświadczenie wybranego kandydata umożliwią właściwe wykonywanie pracy na stanowisku, na które została przeprowadzona procedura naboru” – czytamy w informacji o wynikach konkursu.

Bartłomiej Jóźwiak, koordynator projektów w Kujawsko-Pomorskiej Sieci Informacyjnej, która podlega urzędowi marszałkowskiemu. Radny PO. Absolwent prawa, politologii i  studiów europejskich w Centrum Studiów Europejskich im. Jeana Moneta. Był asystentem europosła Tadeusza Zwiefki.

Wojciech Klabun, pracownik spółki Urbitor (wśród obowiązków m.in. redakcja Biuletynu Informacji Publicznej. Kandydat PiS do rady miasta (3. miejsce w okręgu nr 1). Uzyskał 438 głosów, ale nie dostał się do rady miasta. Wcześniej m.in. rzecznik prasowy toruńskiego klubu piłkarskiego TKP. Absolwent stosunków międzynarodowych UMK. Prezes stowarzyszenia “Nasz Podgórz”.

Andrzej Kłopotek, członek miejskiej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych. Brat Eugeniusza Kłopotka. Związany z PSL. Były poseł i zarazem gorący zwolennik Michała Zaleskiego. Ludowcy wspierali prezydenta w kampanii. Kłopotek pracował w podobnej komisji w Chełmży. Ma doświadczenie z zakresu profilaktyki uzależnień, przeciwdziałania agresji i przemocy, był członkiem sejmowej komisji pracy i pomocy społecznej.

Agata Koman, podinspektor ds. promocji projektów w wydziale gospodarki komunalnej urzędu miasta od października 2011 r. Prywatnie żona Krzysztofa Komana, kandydata do rady miasta z komitetu Czas gospodarzy. Absolwentka zarządzania i marketingu UMK. Wcześniej pracowała jako doradca na rynku nieruchomości, doradca ds. produktów bankowych, specjalista ds. sprzedaży.

Krzysztof Koman, inspektor ds. public relations w Miejskim Przedsiębiorstwie Oczyszczania. Kandydat do rady miasta i rzecznik prasowy  komitetu Czas gospodarzy w 2010 r. Wokalista grupy H5N1. Wcześniej pracował w biurze poselskim Mariana Filara, który w wyborach samorządowych poparł Michała Zaleskiego. Prowadzi program w TVK Toruń – “Weekend (nie)wolny od polityki”.

Maciej Krużewski, dyrektor departamentu współpracy międzynarodowej w urzędzie marszałkowskim. W 2010 r. startował z listy PO do toruńskiej rady miasta. Absolwent socjologii UMK. Wcześniej dyrektor departamentu planowania strategicznego i gospodarczego w urzędzie marszałkowskim i główny specjalista wydziału rozwoju i integracji europejskiej urzędu miasta.

Beata Krzemińska, rzeczniczka prasowa urzędu marszałkowskiego. Startowała z listy PO w ostatnich wyborach parlamentarnych. W trakcie kampanii pisała bloga – “Mój blogostan”. Wyznała tam, że że nie lubi zawiści, myszy i… zapachu benzyny, a na bezludną wyspę zabrałaby rodzinę, internet (“jest dla mnie jak jedzenie, kilka razy dziennie”). Absolwentka politologii UMK, studium podyplomowego PR w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Piotr Lenkiewicz, specjalista ds. pozyskiwania środków zewnętrznych i reklamy w Dworze Artusa od grudnia 2011 r. Kierownik biura poselskiego Mariana Filara. Wspierał w wyborach samorządowych Michała Zaleskiego. Członek stowarzyszenia Czas gospodarzy. Absolwent prawa i europeistyki UMK. W 2011 r. pracował w wydziale promocji magistratu. Gitarzysta grupy H5N1.

Ewa Liszka-Jóźwiak, podinspektor w gabinecie marszałka. Prywatnie żona radnego PO Bartłomieja Jóźwiaka. Wiceprezes stowarzyszenia Instytutu Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Studiowała prawo handlowe na UMK oraz rachunkowość i zarządzanie finansami w Wyższej Szkole Bankowej w Toruniu.

Marcin Lutowski, wicedyrektor ds. administracyjnych Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej. Były członek PiS. Startował z listy tej partii do Sejmu. Na początku roku w konkursie na stanowisko w ZGM pokonał dwóch innych kandydatów. Wcześniej – od listopada 2011 r. do marca 2012 r. – był prezesem szpitala w Golubiu-Dobrzyniu. Skończył prawo na UMK, podyplomówkę z prawa i finansów samorządowych oraz kilka kursów, m.in. z zarządzania. Pracował m.in. w bydgoskim Kujawsko-Pomorskim Centrum Zdrowia Publicznego. Był członkiem rady okręgowej NFZ.

Edyta Macieja-Morzuch, naczelnik kancelarii marszałka. Była m.in. wiceszefową toruńskich struktur PO. – To osoba kompetentna i sprawna w działaniu. Nowa twarz, która – wierzę – dobrze zrobi partii – mówił o niej w 2010 r. ówczesny poseł PO Grzegorz Karpiński. Była redaktor naczelną “Immunitetu” wydawanego przez Niezależne Zrzeszenie Studentów.

Przemysław Münnich, naczelnik wydziału ochrony środowiska w urzędzie marszałkowskim. Startował w 2010 r. z listy PO do toruńskiej rady miasta. Jest m.in. przewodniczącym rady nadzorczej Kujawsko-Pomorskiego Funduszu Pożyczkowego.

Adam Olender, zastępca kierownika giełdy towarowej spółki Urbitor. Kandydat PiS do rady miasta w 2010 r. Przed podjęciem pracy – w lipcu 2011 r. – został wybrany na wicedyrektora ds. projektów infrastrukturalnych w wydziale gospodarki komunalnej magistratu. Absolwent zarządzania i marketingu UMK i studiów podyplomowych w zakresie organizacji i techniki handlu zagranicznego oraz marketingu. Ma doświadczenie w ocenianiu wniosków unijnych, w realizacji i rozliczaniu planów pracy oraz w zarządzaniu zespołami.

Kazimiera Podgórska, wicedyrektor ds. pomocy społecznej Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. W czerwcu 2011 r. wystartowała w konkursie na to stanowisko. Pokonała jednego konkurenta. Nominację na to stanowisko odebrała w lipcu 2011 r. W 2002 r. startowała do rady miasta z listy “Porozumienia Toruńskiego”. W 2010 r. była “piątką” na liście PiS na Bydgoskim Przedmieściu.

Grzegorz Potarzyński, dyrektor departamentu w kancelarii sejmiku województwa. Radny AWS. Startował z listy PO do rady miasta w 2006 r.

Alfred Rak, dyrektor departamentu kontroli i audytu urzędu marszałkowskiego. Skarbnik zarządu regionalnego PO. Wcześniej prowadził własną firmę. Z wykształcenia jest inżynierem elektronikiem.

Andrzej Rakowicz, radca prawny urzędu marszałkowskiego. Działacz PO, członek rady regionu i rady krajowej tej partii, niedoszły poseł. Technik ogrodnik, radca prawny. “W ciągu sześciu lat razem z przedsiębiorcami w regionie zbudował od podstaw firmy zatrudniające dziś łącznie ponad 600 osób” – pisze na swojej stronie internetowej.

Roman Skibiński, prezes spółki Toruńska Infrastruktura Sportowa, która jest odpowiedzialna za budowę hali widowiskowo-sportowej przy ul. Bema. W poprzedniej kadencji radny Czasu gospodarzy. W ostatnich wyborach uzyskał zbyt mało głosów. Na otarcie łez został powołany na prezesa TIS. Ma wieloletnie doświadczenie menedżerskie i wiedzę merytoryczną potrzebną do kierowania spółkami prawa handlowego – wskazywał w 2011 r. prezydent Michał Zaleski.

Marek Smoczyk, członek rady nadzorczej Toruńskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Związany z PiS. Z listy tej partii startował w wyborach parlamentarnych w 2005 r. Sekretarz województwa. Wykształcenie wyższe magisterskie – administracyjne, absolwent UMK w Toruniu. Ukończył studia podyplomowe „Szkoła Umiejętności Społecznych” na Uniwersytecie Warszawskim i SGH, uzyskując kwalifikacje w zakresie podejmowania decyzji: komunikacji społecznej, kierowania zespołami pracowników, zarządzania przedsięwzięciami. Kierował między innymi gabinetem ostatniego wojewody toruńskiego.

Wojciech Świtalski, prezes miejskiej spółki Urbitor. Wcześniej wiceburmistrz Lipna. Działacz PiS. Ma wieloletnie doświadczenie menedżerskie i wiedzę merytoryczną potrzebną do kierowania spółkami prawa handlowego – wskazywał w 2011 r. prezydent Michał Zaleski.

Łukasz Walkusz, dyrektor departamentu urzędu marszałkowskiego, wcześniej asystent marszałka Piotra Całbeckiego. Radny PO. Absolwent politologii UMK. Ukończył studia podyplomowe na UMK z wiedzy o Unii Europejskiej i pozyskiwania funduszy europejskich, a także prawa i finansów samorządowych. Działacz Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Organizator m.in. Wampiriady.

Ciąg dalszy – oczywiście – nastąpi…

Komisja rewizyjna o sali koncertowej

3 kwietnia. Godz. 15. Posiedzenie komisji rewizyjnej toruńskiej rady miasta. Dyskusja nad protokołem pokontrolnym dotyczącym przygotowania do budowy sali koncertowej na Jordankach.

YouTube Preview Image

Krystyna Dowgiałło, radna PO, przewodnicząca komisji rewizyjnej rady miasta, szefowa zespołu, który kontrolował przygotowania do budowy sali koncertowej: Na podstawie dokumentacji stwierdzono, że w załącznikach do konkursu specyfikujących oczekiwania zamawiającego dotyczących charakterystyki sali koncertowej w jednym z punktów dotyczącym zmiennej akustyki znalazł się zapis „czas rewerbalizacji, czyli pogłosu przy funkcji koncertowej co najmniej 2 sekundy”, co sugeruje, że im dłuższy czas, tym lepszy. W opinii pana inż. Jerzego Gumińskiego z 28 stycznia 2008 r. znajduje się informacja „dla sal koncertowych zaleca się 2, maksimum 2,1 sekundy pogłosu”. W kolejnym punkcie znajduje się zapis „scena o szerokości 30 m, wysokości 20 m, głębokość według wymogów teatralnych”. Tak nieprecyzyjny zapis daje prawo projektantowi do dość swobodnej interpretacji oczekiwanej głębokości sceny. Ponadto projektant zmniejszył parametry do 20 m szerokości i 15 m wysokości. Przy czym można uznać, że projektant oparł się o zapis jednego z załączników dokumentacji konkursowej, gdzie w jednej z tabeli powierzchnie użytkowe poszczególnych pomieszczeń wraz z określeniem ich funkcji sceny koncertowej wraz z proscenium wpisano „scena główna o szerokości nie mniej niż 20 m, o wysokości ok. 15 m”. Z opinii zespołu oceniającego projekt prowadzonego przez Wojciecha Zagułę przekazanej 2 grudnia 2008 r. wynika, że zaprojektowane przez projektanta rozwiązania dotyczące akustyki, stanowią istotny mankament i projekt nie nadaje się do realizacji bez ich korekty. Ponadto w opinii wskazano na cały szereg elementów niezbędnych do prawidłowej realizacji zaplanowanych funkcji, a nieuwzględnionych przez projektanta. Wniosek kontroli. Dokumentacja dotycząca tak poważanego i kosztownego przedsięwzięcia, jakim jest wielofunkcyjna sala koncertowa, a w szczególności w części dotyczącej właściwości funkcjonalno-użytkowych przed ogłoszeniem (Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia – SIWZ – przyp. WG) powinna zostać poddana krytycznej ocenie niezależnego zespołu eksperckiego. Czy mają Państwo jakieś pytania?

Jarosław Beszczyński, szef prezydenckiego klubu Czas gospodarzy: Materia tego obiektu jest złożona.

Dowgiałło: Bardzo i dlatego uważamy, że powinien być do niego koreferat do SIWZ (Specyfikacja Istotnych Warunków Zamówienia – przyp. WG).

Beszczyński: Jasna sprawa. Teraz już zapomniałem, o czym mam mówić.

Dowgiałło: Szkoda.

Beszczyński: Szkoda. Dziękuję, że dała mi Pani dojść do głosu. Pani przewodnicząca. Materia jest bardzo skomplikowana. Pewnie można by to z dziesięć razy czytać i niewielu z nas jest w stanie jakieś takie rozsądne, moim zdaniem, wnioski wyciągnąć. Uważam, że wnioski z tej kontroli są krótkie. Za krótkie. Nie uwzględniają tego, że naprawdę wiele dobrej roboty w to włożono. I…

Dowgiałło: (śmiech)

Beszczyński: Co?

Dowgiałło: Proszę kontynuować. Ustosunkuję się jako przewodnicząca zespołu kontrolnego na koniec. Ale to zabawne.

Beszczyński: Dla mnie też niektóre rzeczy są zabawne, ale nie zawsze to komentuję.

Dowgiałło: Ja nie skomentowałam, tylko po prostu się nie powstrzymałam.

Beszczyński: Na razie tyle. Dobrze.

Dowgiałło: Dobrze.

Beszczyński: Krótko było i dość chłodno, tak?

Dowgiałło: Tak.

Jacek Kowalski, szef klubu PiS: We wniosku z kontroli jest napisane, że „przed ogłoszeniem powinna zostać poddana krytycznej ocenie niezależnego zespołu eksperckiego”. Kto był w poprzednim zespole z imienia i nazwiska? I jak ten niezależny zespół ekspercki miałby wyglądać? Przez kogo miałby zostać powołany?

Dowgiałło: Przez prezydenta Torunia. To jest dla mnie jasne.

Kowalski: A kto uczestniczył w poprzednim zespole?

Dowgiałło: Ja nie mam pojęcia, jaki był zespół, bo miasto nie utworzyło zespołu do napisania SIWZ. W całej dokumentacji, z jaką się zapoznaliśmy, to mamy taką sytuację, że prezydent zwraca się do dyrektora Baja Pomorskiego (Zbigniewa Lisowskiego – przyp. WG), żeby określił, jak powinny wyglądać warunki sceny. Na co dyrektor Baja Pomorskiego pisze, że nie czuje się kompetentny i wysyła mu ekspertyzę inż. Gumińskiego. Prezydent nie powołał zespołu do napisania SIWZ, zlecił jego napisanie i ogłoszenie konkursu Stowarzyszeniu Architektów Polskich, czyli powierzył to osobom kompetentnym. Gdybym ogłaszała ten konkurs, po opracowaniu dokumentacji przez SARP, nie dopatrując się złej woli, poddałabym ją krytycznej ocenie, żeby mieć 100 proc. pewności, że SARP w sposób prawidłowy ją przygotował. Jest zasada podwójnych oczu w niektórych przypadkach. Wydając więcej na ekspertyzę, można uniknąć nadmiernych kosztów na etapie realizacji, żeby nie przyjąć gniota. Najlepszym dowodem, że gniot został przyjęty i znalazł się jako ogłoszenie przetargowe to to, że ja oraz kolega i koleżanka z komisji, czytając wnikliwie dokumenty, wypatrzyliśmy podstawowe błędy. W tej samej dokumentacji raz się pisze, że scena ma mieć 20 m szerokości, a raz, że 30 m, raz, że 15 m wysokości, a raz że 20 m, w różnych załącznikach. Pisze się też, że głębia sceny ma zostać zaprojektowana „według potrzeb teatralnych”. A inne potrzeby ma mała scena i duża scena. Co to jest „według potrzeb teatralnych”?! Co to jest za stwierdzenie do SIWZ. Następna kwestia: jeśli my jako laicy znaleźliśmy w opinii inż. Gumińskiego dotyczącej kryteriów, jakie ma spełniać sala, tej, którą przesłał prezydentowi dyrektor Baja Pomorskiego jeszcze przed opracowaniem SIWZ, jest wyraźnie napisane, jaki ma być pogłos, maksimum 2-2,1 sekundy, a w SIWZ czytam o co najmniej 2 sekundach pogłosu, to przepraszam uprzejmie, ale kto spieprzył SIWZ!

Kowalski: To skąd my wiemy, że pan Gumiński jest takim…

Dowgiałło: I dlatego warto było sięgnąć po inne ekspertyzy. Marszałek, kiedy dostał dokumentację od miasta, powołał zespół fachowców do oceny projektów. Ten stwierdził, że pogłos jest za długi. Podstawowym zarzutem Urzędu Marszałkowskiego do projektu, jaki trafił do nich, aby zawrzeć umowę, była akustyka. Inż. Gumiński miał więc rację. To komuś z SARP mogło się omsknąć, mógł mu nawet komputer zmienić, zamiast maksimum 2 sekundy, na co najmniej 2 sekundy. A to jest kolosalna różnica. Dlatego w takich przypadkach powołuje się dodatkowego koreferenta, kogoś, kto jeszcze przeczyta i ewentualne literówki i uchybienia wyszuka. I my tutaj jako zespół stawiamy bardzo liberalny wniosek. Nie oczekujemy od prezydenta, że kogoś wbije na pal i urządzi pręgierz na osiołku. My proponujemy, aby na przyszłość przy takich projektach, powinna być zasada dwóch oczu, że jeden pisze, a drugi robi koreferat. Żeby takich wpadek uniknąć. Bo te wszystkie opowieści dziwnej treści, że sala teatralna nagle się pojawiła ni z gruchy, ni z pietruchy, nie znajdują odzwierciedlenia w dokumentach, które czytaliśmy. Bo o parametrach dużej sali była mowa we wcześniejszych dokumentach przez SIWZ. I one na etapie pisania SIWZ gdzieś tam znikły.

Beszczyński: Da mi się pani wypowiedzieć?

Dowgiałło: Panie kolego Jarku, ja bym prosiła, żeby kolega swoje uwagi schował do kieszeni, dlatego że jeżeli odpowiadam koledze radnemu na zadane przez niego pytanie, to chcę to zrobić w sposób wyczerpujący, a nie po to, żeby pan powiedział, że czegoś nie dopowiedziałam. Teraz oddaję głos pytającym.

Beszczyński: Jest pani dla mnie fachowcem, bo zajmuje się pani programami unijnymi. Dużo pani teraz ciekawych rzeczy mówi. Dlaczego sobie pozwoliłem przerwać? Dlatego że chciałem w międzyczasie, bo była pani w zespole, ma to w jednym palcu, przynajmniej dużo więcej wie, więc chciałem w międzyczasie zadawać pytania, a taki długi monolog czasami zapomnę tego, co pani mówiła.

Dowgiałło: Kolega ma laptopa, można zapisać na laptopie, na kartce zapisać można.

Kowalski: Wolno chodzi ten komputer.

Beszczyński: Wydaje mi się, że to, co pani mówi warto przedyskutować na bieżąco niż czekać 15 minut, a później wracać do czegoś.

Dowgiałło: Oddaję głos, bo kolega chciał o co zapytać.

Beszczyński: Ja nie pamiętam dokładanie. Z tego, co kojarzę, to o 5 tys. m sala nam urosła w wyników jakichś rozmów, protestów czy sugestii środowisk.

Dowgiałło: No właśnie nie ma tych protestów. Dokumenty, które nam pokazały wydziały, nie zawierały żadnych pism z protestami odnoszącymi się do pierwszego projektu. Nie ma czegoś takiego. Jest jedynie recenzja Urzędu Marszałkowskiego, która odrzuca ten projekt. Została opracowana przez pracowników marszałka powołanych jako zespół analizujący projekt.

Beszczyński: To kiedy pojawił się ten przyrost o 5 czy 7 tys. m.

Dowgiałło: To proszę spytać wydział inwestycji i remontów. W dokumentach nie ma żadnych podstaw do tego, aby to powstało. Protesty co do sceny były, ale dlatego że w SIWZ były dwa różne parametry podane. To jest sen wariata. To, co potem czytaliśmy w prasie, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Największy zarzut, jaki postawił Urząd Marszałkowski, to była kwestia akustyki sali. Przed śmiercią Marek Wakarecy, który pracował w tym zespole u marszałka, wskazywał, że największym problemem i mankamentem jest akustyka. I to, że te pierwsze pochodzące jeszcze z opracowania inż. Gumińskiego parametry sceny, nie zostały zachowane. One były w fiszce złożonej przez miasto do Regionalnego Programu Operacyjnego. Znalazły się one w dwóch załącznikach do SIWZ: w jednym zgodne z opinią inż. Gumińskiego i fiszką, czyli 30 m szerokości i 20 m wysokości sceny, a w drugim – zaniżone do 20 m wysokości i 15 m szerokości sceny. Projektant posłużył się tymi drugimi i stąd te nieprawidłowe parametry sceny. Tam jeszcze więcej napisane, ale było mi wstyd, aby coś takiego znalazło się w protokole pokontrolnym, bo to kompromituje urząd miasta do bólu. Było napisane, że 15 m wysokości – chyba że konserwator zabytków wyrazi zgodę na 20 m. To takie rzeczy się pisze w dokumentacji konkursowej? To jak wy wyglądacie! To projektant ze świata ma się pytać naszego konserwatora zabytków, czy się zgodzi na 15 czy 20 m, to nie właściciel ustala?!

Romuald Popławski, szef wydziału organizacji i kontroli urzędu miasta: Ale pamięta pani, jaka była awantura o różnicę wysokości o 5 m?

Dowgiałło: Ale w dokumentacji konkursowej się nie pisze, że projektant ma sobie poszukać naszego konserwatora. To my musimy jako właściciel ze swoim konserwatorem się dogadać i już do dokumentacji konkursowej wpisać prawidłowy parametr.

Popławski: To był projekt na 20 m.

Dowgiałło: Ale kochaniutki, ja cytuję dokumenty i na tej podstawie wygrała ta hiszpańska firma i na tej podstawie takich schrzanionych załączników zrobiła projekt. To, jakie mają być parametry sceny, nie wyskoczyło podczas projektowania, one były znane przedtem. Ale projektant oparł się o ten drugi, błędny załącznik i miał do tego prawo. To nasza wina, dyrektora wydziału inwestycji i remontów (Marcin Maksim – przyp. WG), że zaufał, ktoś przecież tę pracę od SARP przyjął. Rozumiem, że ktoś miał do SARP takie zaufanie, że przyjął bezkrytycznie SIWZ, nie przeczytał, nie przeanalizował. Specjalista, jakim jest dyrektor wydziału inwestycji i remontów, nie był w stanie tych błędów znaleźć, które zespół nas, amatorów znalazł, czytając tylko wnikliwie dokumentację. Tu nie ma mojej interpretacji, zero mojego szperania po książkach.

Beszczyński: A nie zaprosiła dzisiaj pani do nas dyrektora Maksima?

Dowgiałło: Przepraszam uprzejmie, ja nigdy nie zapraszam pracowników urzędu miasta. Porządek spotkania jest znany, nie jest to żadna tajemnica, kto chce, może przyjść, a kogo chce pan prezydent, tego przysyła. Natomiast dzisiaj nie musi być dyrektor Maksim, nikt dzisiaj nie musi być z urzędu, bo procedura jest taka, że po przyjęciu sprawozdania zespołu, protokół idzie do prezydenta, który ma prawo do ustosunkowania się do spostrzeżeń zespołu kontrolnego i udzielenia odpowiedzi. Potem my się z nią zapoznajemy jako komisja i albo weryfikujemy zdanie, uzupełniając kontrolę, przyjmujemy uwagi prezydenta i prezentujemy to na sesji rady miasta.

Jakubaszek: Mam jedną wątpliwość. SIWZ przygotowało SARP. Jest to z pewnością grono osób, które mają dużą wiedzę i doświadczenie, o których można powiedzieć profesjonaliści. Jakbym miał jakiś problem, czy to ze zdrowiem, czy natury prawnej, również bym się zgłosił do profesjonalisty, nie szukałbym pomocy u amatora. W mojej ocenie urząd miasta zwracając się do SARP, zwrócił się do profesjonalistów i trudno zakładać, że zespół profesjonalistów przygotował SIWZ niekompletnie, niedokładnie, z pominięciem niektórych kwestii. Trudno mi dyskutować z chirurgiem czy naukowcem z dziedziny biologii, czy jego wnioski i przemyślenia, jego praca jest wykonana w sposób prawidłowy. Zakładam, że jeśli idę do takiej osoby, zlecam wykonanie pracy, to tę pracę wykonuje rzetelnie.

Dowgiałło: Jest takie powiedzenie: ufaj i kontroluj.

Jakubaszek: I z takim założeniem i z dobrą wiarą rozumiem, wystąpił urząd miasta zlecając przygotowanie SIWZ, całe szczęście na etapie kontroli tego wniosku okazało się, że są niedociągnięcia.

Dowgiałło: To nie szczęście, to stało się po fakcie.

Jakubaszek: To jest po fakcie, ale całe szczęście, bo dzięki temu udaje się wprowadzić zmiany, które funkcjonalność tej sali zwiększają, a nie zmniejszają. Więc w mojej ocenie, jak mógł postąpić inaczej urząd miasta.

Dowgiałło: Normalnie tak, jak osoba odpowiedzialna za wydatkowanie pieniędzy postępuje. Jeżeli zamówię projekt architektoniczny na własny dom, ufam architektowi, bo wybieram go z listy np. SARP, ale komuś innemu daję zrobić weryfikację, bo dla mnie wybudowanie domu w skali moich dochodów jest wydatkiem potężnym, który zaciąży na moim życiu ekonomicznym na 20-40 lat. To jest inwestycja w skali miasta porównywalna. Od tego panie radny jest koreferat, żeby ewentualne błędy wychwycić. Bo to jest bardzo poważna sprawa. I teraz pan mówi, że pan się opiera na zaufaniu. Czy nie słyszał pan o błędach lekarskich profesorów medycyny? Czy nie słyszał pan o omyłkach sądowych najlepszych mecenasów, sędziów i prokuratorów? Każdy ma prawo do popełnienia błędu. I chcę wierzyć, że SARP pracował w dobrej wierze, z pełnym zaangażowaniem, ale może mieli kaca albo mieli fantazję, albo nonszalancko podeszli do do przygotowania SIWZ. Dlatego bierze się zawsze koreferenta?

Jakubaszek: Zawsze się bierze koreferenta?

Dowgiałło: Tak, przy dużych kwotach bierze się dodatkowych ekspertów.

Popławski: Ale to marszałek powołał ekspertów.

Dowgiałło: Ale to już było po projekcie, kochany.

Popławski: Ale gdzie? W trakcie, pani przewodnicząca.

Dowgiałło: Dlaczego my prowadzimy kontrolę Jordanek?! Dlatego że opóźnia się w sposób dramatyczny realizacja tego projektu. Gdyby przed publikacją SIWZ, były wyłapane pewne błędy, to one by się w projekcie nie pojawiły. A tak w projekcie pojawiła się za mała scena i zła akustyka sali, co jest wynikiem tak, a nie inaczej napisanego i ogłoszonego SIWZ.

Popławski: Ja pani przewodnicząca przepraszam, mnie to jest ogromnie przykro, bo dziś przy tej dyskusji powinien…

Dowgiałło: Ale to trafi przecież do prezydenta.

Popławski: Dzisiaj powinien być tu ktoś, kto byłby tym… O ile dobrze pamiętam losy tego projektu. Nie jestem ekspertem, nie chciałbym się tutaj wypowiadać. Państwo macie dużo większą wiedzę. Macie tę wiedzę zdobytą na dokumentach. O ile dobrze pamiętam, to projekt został skonstruowany. Przekazane założenia tego projektu do projektanta. Projektant poczynił wstępne założenia do tego projektu. Pojawiła się gdzieś ta bryła architektoniczna, o której mówiliśmy. Ona miała pierwotnie wysokość ok. 20 m, ale została oprotestowana przez środowisko konserwatorów, zdaje się przez ekspertów, takie uznane sławy i potem stąd pojawiło się to stwierdzenie, że nie może przekraczać określonego poziomu 15 m.

Dowgiałło: Ale te 15 m nie dotyczy bryły, tylko sceny.

Popławski: Ale scena jest wpisana tam… I potem pan marszałek, który był koreferentem w tym miejscu, o czym pani przewodnicząca nie powiedziała.

Dowgiałło: Ale był już był na etapie projektu.

Popławski: Po pierwszym wyborze bryły pan marszałek stał się koreferentem tego projektu. Do pewnego momentu, do połowy bodajże konstruowania tego projektu, pan Wojciech Zaguła reprezentował interesy pana marszałka, bo pan marszałek dokładał bardzo dużą ilość pieniędzy do tego, bo 80 mln zł, o ile dobrze pamiętam. Ten projekt szedł w kierunku sala koncertowa bez funkcji teatralnej.

Dowgiałło: W pierwszej fiszce do Regionalnego Programu Operacyjnego była sala teatralna. Proszę mi nie opowiadać takich banialuków. Nie ma ani jednego dokumentu, który mówi o tym, że mu się wycofujemy z funkcji teatralnej. Ona jest w pierwszej fiszce i w każdym następnym dokumencie.

Maciej Cichowicz, radny PO: Z jednej stronie mamy pana Zagułę, który reprezentuje miasto. Jest powołany przez miasto jako ekspert w momencie, kiedy były robione tzw. założenia użytkowe. Oprócz pana Zaguły pojawia się firma Trias, która została wybrana w przetargu i przygotowała założenia. Pojawia się inż. Gumiński, który nie jest osobą zatrudnioną, ale stwarza pewne dodatkowe informacje, które potrafią spiąć ten obiekt. Sala od początku miała być wielofunkcyjna i mieć funkcję teatralną. Pierwszy dokument, który był podstawą do tego, że miasto było zmuszone, do tego, aby tę funkcję zaakceptować, była propozycja wpisu do RPO zgłoszona przez miasto, która została przyjęta przez marszałka i tam była zapisana obligatoryjna wielkość sceny. Jeśli byśmy tego nie spełnili, marszałek, by powiedział szkoda, zbudujecie coś bez 50 mln zł mojego wsparcia, bo mam zapisany takie parametry i nie ma co z nimi dyskutować. Mamy więc sytuację taką, że jest zrobiony konkurs, SARP jest jego organizatorem, a program użytkowy daje miasto, czyli inwestor. W maju 2008 r. mamy SIWZ konkursu, w październiku komisja wybiera jeden z projektów. Są zapisy mówiące, że ten projekt jest najlepszy, ale już komisja konkursowa mówi, że trzeba poprawić akustykę i scenę. Od razu pan Zaguła jako ekspert komisji konkursowej mówi o takich rzeczach, taki protokół jest widoczny. Menis Arquitectos wie o tym, że musi coś poprawić. Trzy miesiące później pojawia się dopiero inż. Gumiński jako ekspert Urzędu Marszałkowskiego, marszałek tworzy swój zespół, który wspiera miasto wokół tego projektu. Od początku wiemy, że jest niespełnionych wiele rzeczy.

Beszczyński: Co pani Jadwiga Oleradzka (dyrektor Teatru Wilama Horzycy – przyp. WG) zmieniła?

Dowgiałło: Nie ma żadnych dokumentów, które by mówiły o tym, że pani Oleradzka coś zmieniła.

Cichowicz: Pani Oleradzka tylko odniosła się do zapisów RPO mówiących o tym, że nie możemy mówić o funkcji teatralnej, którą architekt Fernando Menis traktuje w ten sposób, że dla niego przedstawienie teatralne to jest to, że ktoś przyjedzie i na czterech metrach stworzy dekorację. Odniosła się do tego, że w zapisach RPO było jasno określone, że będą kieszenie sceniczne, jakie będą parametry sceny. Marszałek wykazał dobrą wolę, powiedział, że przedstawi za swoje pieniądze kogoś, kto was będzie wspierał, by wyegzekwować te najlepsze rozwiązania. Ale możecie zrobić też, co chcecie, bo to jest miasto Toruń, natomiast jeśli chcecie dostać wsparcie z RPO, to musicie zrealizować zapisy, które są przyjęte w RPO. I to była podstawa. A że wokół tego zrobiono medialną taką historię, że nagle pani Oleradzka się obudziła, to jest polityka. Moja interpretacja wniosku z tej kontroli jest taka, że komisja konkursowa powinna dołożyć głębszych starań, żeby przed ogłoszeniem samego werdyktu głęboko przeanalizować, czy wszystkie kryteria zostały spełnione.

Dowgiałło: To nie są żadne nowe oczekiwania, to są wytknięte niedociągnięcia projektu, który powstał na bazie schrzanionego SIWZ. I tu jest grzech pierworodny.

Aleksander Rojewski, radny Czasu gospodarzy: Pani przewodnicząca podała dwie różne wartości w załącznikach. Dlaczego projektant nie zwrócił uwagi, że znalazły się tam dwa różne parametry? Nie możemy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie zadał sobie takiego trudu?

Cichowicz: Ale nie ma obowiązku, panie radny.

Rojewski: Jak nie ma obowiązku, jeżeli ja projektuję i mam dwie różne wysokości…

Dowgiałło: Ale ja nie mam kompetencji, żeby pytać o to projektanta. Może urząd ma wiedzę o pytaniach składanych przez projektanta w trakcie konkursu.

Rojewski: Pani przewodnicząca w takim razie mam propozycję, żeby poprosić pana dyrektora Maksima…

Dowgiałło: Nie, kontrola się zakończyła.

Rojewski: …żeby na pewne nasze sugestie, ewentualnie niedomówienia odpowiedział.

Dowgiałło: Jak dostanie ten protokół, to będzie odpowiadał. Nasze upoważnienie do prowadzenia kontroli wygasło 31 grudnia i my już nie mamy żadnej kompetencji zadawania pytań w ramach tej kontroli. Możemy tylko przekazać do prezydenta sprawozdanie i służby się do tego odniosą.

Rojewski: Jeśli mamy wątpliwości, że pewnych pytań nie było, to chciałbym usłyszeć odpowiedzi. Jeśli pani przewodnicząca nie jest mi w stanie ich udzielić, to chciałbym je usłyszeć od osoby kompetentnej.

Dowgiałło: Jak ten protokół pójdzie do pana prezydenta, to będzie otwarta ścieżka pytań, bo odpowie nam na ten protokół dyrektor Maksim i może ktoś jeszcze i zawita na komisję rewizyjną. I zadać pytania będzie można na etapie ustosunkowania się urzędu do tego protokołu. A sprawa jest cały czas otwarta. To nie idzie na sesję, ale do prezydenta. Czy są jeszcze jakieś pytania do zespołu kontrolującego? Nie widzę pytań do zespołu kontrolującego.

Jakubaszek: Pięć minutek jeszcze można poprosić przerwy?

Dowgiałło: To jest tak śmieszne, że już śmieszniejsze być nie może. Idźcie skonsultować do pana prezydenta, co macie zrobić. Bardzo proszę.

Jakubaszek: Pani przewodnicząca, ja nie chodzę na przerwach do pana prezydenta. Tylko chcielibyśmy porozmawiać z kolegami jeszcze.

Dowgiałło: Oczywiście, jeśli sobie panowie życzycie, to przerwę dostaniecie, ale chciałbym, abyście zechcieli patrzeć na to merytorycznie, a nie koalicyjnie.

Jakubaszek: Ale właśnie tak patrzymy.

Kowalski: Ale pani przewodnicząca, to że skonsultujemy to z prezydentem, naprawdę było nie na miejscu.

Dowgiałło: Nie?

Kowalski: W życiu nic nie konsultowałem z prezydentem.

Dowgiałło: Niemożliwe.

Kowalski: No proszę.

Dowgiałło: (śmiech)

5 minut przerwy

Beszczyński: Składam wniosek formalny o przesunięcie głosowania na przyszłą komisję. Chcemy jeszcze zadać dodatkowe pytania dyrektorowi Maksimowi. Nie uciekamy od tematu.

Dowgiałło: A co robicie? Ale właściwie nie do końca warto głosować, bo macie większość.

Beszczyński: Chciałbym też złożyć wniosek, abyśmy na następnej komisji wysłuchali opinii ekspertów.

Dowgiałło: A jak ja mogę ich zmusić, żeby do nas przyszli.

Beszczyński: Nikt nikogo nie zmusi.

Dowgiałło: To jest wniosek za daleko idący. Komisja rewizyjna ma swoje kompetencje. Może sobie zaprosić pracowników urzędu i to jest wszystko.

Beszczyński: Nie możemy nikogo spoza?

Epilog. Ostatecznie zgodnie ze statutem gminy protokół pokontrolny nie musiał być głosowany, by trafić dalej – do prezydenta Torunia. Teraz prezydent ma czas na przedstawienie uwag do protokołu, które trafią do komisji rewizyjnej. Wówczas będzie czas na uwagi, pytania czy poprawki członków komisji rewizyjnej i ostateczne głosowanie. Następnie protokół pokontrolny trafi pod obrady rady miasta, która go przyjmie bądź nie.

Krajobraz po bitwie w radzie miasta

Na dzisiejszej sesji – po raz pierwszy w kadencji – nie było podziałów na koalicję i opozycję. Po potyczce o tablicę Juliana Nowickiego rajcy wrócili na wcześniej zajmowane pozycje. Ale już nic nie będzie takie jak przed sesją. Pozostanie rysa.

Po bitwie zostały tylko wiaderka i grabki

Podczas dyskusji nad tablicą Juliana Nowickiego radni zachowywali się jak w amoku. Ta sprawa uwolniła ogromne pokłady energii: zarówno tej pozytywnej, jak i negatywnej. Mimo iż padały wielkie słowa, nie brakowało patosu, wysokich tonów, ale też politycznych wycieczek i zwyczajnego, regularnego mordobicia, nie mogę się uwolnić od jednego skojarzenia – do zabawy w piaskownicy.

Niestety, projekt uchwały – w tym miejscu jest nieważne, czy się z nim zgadzam, czy nie – został przygotowany na kolanie. Wymagał wielu autopoprawek. Podobnie było z argumentami. Jakoś niespecjalnie przekonały mnie te miałkie i płytkie tyrady – zwłaszcza radnych PiS. Bo ten projekt uchwały – prawdę mówiąc – to zlepek nie tylko emocji, ale powstał on z chęci odegrania się (za brak poparcia SLD dla pomnika Lecha Kaczyńskiego), wykazania się przed partyjnymi bossami (każda mniejsza lub większa wiktoria PiS na lokalnym podwórku umacnia pozycję Zbigniewa Girzyńskiego i może być argumentem dla władz partii, gdy zajmą się uwagami do niedawnych wyborów prezesa okręgu toruńsko-włocławskiego) i czystej złośliwości (pierwotnie tablica miała być przeniesiona najpóźniej dzień przed pierwszomajowym pochodem).

Najbardziej bulwersują mnie metody, jakich użyli radni PiS i ich koledzy z PO. Jedną z ważniejszych rzeczy w polityce jest skuteczność. Do celu można, a nawet czasami trzeba, dojść po trupach. Nie podoba mi się to, ale tak po prostu jest. Ale w tym przypadku można to było rozegrać zupełnie inaczej. Znacznie spokojniej. Projekt uchwały mógł przejść przez komisje, kluby, konwent seniorów, a kto wie, nawet konsultacje społeczne.

Daleki jestem od stwierdzeń typu “w końcu coś się działo na sesji rady miasta”, “wreszcie nie wiało nudą”. Jestem jednak przekonany, że sesje rady miasta nie powinny zamieniać się w regularne bitwy radnych lub inaczej: rajcomachię. Już starczy nam wojna na górze. Toruńskie problemy nie powinny mieć politycznych barw. A że problemów do rozwiązania jest teraz naprawdę wiele, nie muszę chyba nikogo przekonywać.

Zdaję sobie sprawę z tego, że polityka – nawet ta lokalna – to targi, gry, różnej maści sztuczki, fortele i podstępy. Tego nie zmienię. Nie można jednak schodzić poniżej pewnego poziomu. Jeśli radni PiS i PO chcieli uderzyć w świętość SLD, symboliczne miejsce spotkań toruńskiej lewicy, to jednak przyzwoitość nakazywałaby, aby rajcy tej formacji dowiedzieli się o tym przynajmniej na konwencie seniorów, a nie w dniu sesji – od dziennikarzy. Po co sięgać po tak niskie metody? Po co upokarzać koalicjantów? To jest niesmaczne. Jak teraz będą tłumaczyć swoje zachowanie radni PO, że sięgnęli po metody, których sami się brzydzą? Bo przecież ta partia jak katarynka powtarza, że trzeba konsultować, rozmawiać, przygotowuje rezolucje zobowiązujące do takich dyskusji. Ręce mi opadają.

Ten “sukces” radnych PiS i PO przypomina mi sytuację jeszcze z poprzedniej kadencji, kiedy m.in. radni Czasu gospodarzy kolanem dopychali podwyżki biletów. Wówczas użyto podstępu i głosowano aż do skutku. I bilety poszły w górę. Bądźmy poważni i traktujmy się poważnie.

Co dalej z koalicją? Ta rysa, która się na niej pojawiła, pozostanie. Jest zbyt głęboka. Ale nie sądzę, że jej rozpad jest rychły. Koalicja będzie dryfować. Tak jak do tej pory. Aż w końcu się rozpadnie. Ale wtedy już na horyzoncie będzie już widać kolejne wybory samorządowe.

Nie chcę już pisać o śmierci toruńskiego SLD i kolejnym gwoździu do trumny tej formacji. Bo wspominam o tym przy każdej okazji. Bez wątpienia szef rady miasta Marian Frąckiewicz znalazł się w trudnej sytuacji. Działacze SLD nadal nie mogą mu wybaczyć paktu z PiS i braku stołków w urzędzie miasta czy radach nadzorczych miejskich spółek. I na pewno nie wybaczą mu tego, co się stanie z tablicą Juliana Nowickiego. Chyba nie ma, co się pokazywać 1 maja na al. Solidarności. Co więcej, na sesji było widać jak na dłoni, że pogłoski o tym, że źle dzieje się na linii Michał Zaleski – Marian Frąckiewicz, nie były przesadzone. Wcześniej czy później można się spodziewać zmiany na fotelu przewodniczącego rady miasta. Już kilku radnych przebiera nóżkami, aby wdrapać się na ten fotel – dzielić i wstęgi przecinać.

Radni swoim zachowaniem potwierdzili, że mają w głębokim poważaniu, co myślą mieszkańcy, że “konsultacje” to puste hasło, że najchętniej zajmowaliby się sobą i swoimi partyjnymi interesami. Tym razem nie będą apelować o opamiętanie się. I tak wiem, że to nic nie da.

Co piszczy w toruńskiej radzie?

PO bije pianę, forsując którąś z kolei rezolucję, PiS odnosi sukces za sukcesem, czego chorobliwie zazdrości mu Czas gospodarzy, a SLD jak mysz siedzi pod miotłą. Radni zajmują się sobą. Targują, negocjują. A prawdziwe problemy czekają na rozwiązanie.

Konsultacje przebudowy pl. Rapackiego czy budowa linii tramwajowej na lewy brzeg Wisły – to tematy zastępcze, którymi karmią nas radni PO. Więcej jest w tym bicia piany niż chęci rozwiązania jakichś problemów. Największy klub w radzie nie powinien robić medialnego szumu w momencie, kiedy są pilniejsze sprawy, gdy np. na naszych oczach umiera Starówka. Do tej pory nie doczekałem się jednoznacznego stanowiska radnych PO w tej sprawie. Klub PO nie może przejść obojętnie obok tego tematu, bo to on wyszedł kilka lat temu z inicjatywą powołania biura Toruńskiego Centrum Miasta i członek tej partii stoi na czele tej jednostki.

Tymczasem PO woli zajmować się nie tym, co tu i teraz, ale bajkami przyszłości, wizjami, których zapewne nie zobaczą nasze dzieci lub wnuki. Dobrze mieć wizję i marzenia. W Toruniu to rzadkość. Ale takie dalekosiężne plany można snuć zawsze i wszędzie. To zdecydowanie łatwiejsze niż zakasanie rękawów. Łatwiej mamić ludzi tanimi wizjami, jest w nich znacznie więcej fajerwerków niż w mozolnej i codziennej pracy, gdzie jest pot, łzy i zakwasy. A PO woli rozmawiać, dyskutować, konsultować niż ubrudzić sobie rączki przy pracy. Pracy u podstaw.

Dobrze pokazują to lata 2006-2010, kiedy PO współpracowała z prezydentem. Nie przypominam sobie, aby w poprzedniej kadencji PO zrobiła coś od początku do końca, zrobiła rewolucję lub gruntowną reformę w jakiejś miejskiej jednostce. PO wolała być dziewicą: nie brała stołków, ale również pełnej odpowiedzialności za to, co działo się w mieście. Wolała rozmawiać, dyskutować i konsultować. I ta ostrożność daje teraz efekty. Negatywne efekty.

PO nie doprowadziła żadnego tematu do końca. Rzucała tylko hasła: zróbmy biuro Europejskiej Stolicy Kultury, zróbmy biuro obsługi inwestora, zróbmy biuro Toruńskiego Centrum Miasta. I na tym się kończyło. Te hasła treścią wypełniał Michał Zaleski i jego ludzie. Lepiej lub gorzej. Czy PO nie zależało na tym, aby doprowadzić te sprawy do końca? Nie wiem. Z pewnością zastanawiające jest to, że teraz ta „dziewica” z pianą na pysku szczypie swoje bękarty, że biuro obsługi inwestora jest tylko biurem obsługi inwestora z nazwy, itp., itd.

Na drugim biegunie jest PiS. Radni tego klubu obrali nieco inną strategię. Zaraz po wyborach zabrali się ostro do pracy, po cichu robili swoje i ostatnio mieliśmy festiwal sukcesów i sukcesików. Dobra passa trwa. To drobne kroki, ale kroki w bardzo dobrym kierunku, np. jeśli chodzi o straż miejską czy Zakład Gospodarki Mieszkaniowej. Wreszcie ktoś zabrał się za nieco głębsze reformy. PiS uzdrawia to, na co nie mieli pomysłu Zaleski i PO. Na razie nie chcę oceniać tych zmian. Bo jest jeszcze za wcześnie. Warto jednak zauważyć, jaka jest cena tych zmian. A ceną są stołki. Nie przypominam sobie w toruńskim samorządzie takiego skoku na stołki, jak w wykonaniu partii Jarosława Kaczyńskiego. To staje się już niesmaczne. PiS nie ma jednak większych oporów i jakoś specjalnie się z tym nie kryje.

Ugrupowanie weszło głęboko w koalicję z Czasem gospodarzy i prezydentem. Momentami zamieniło się w „bojówkę” Zaleskiego, która rozbraja tykające bomby, np. straż miejską. PiS to przekleństwo dla rajców Czasu gospodarzy. Co więcej, czasem można nawet odnieść wrażenie, że Zaleski darzy PiS większą miłością niż swój klub. Wielu złośliwych nazywa Czas gospodarzy statystami w radzie miasta. I pewnie tak się czują, widząc kolejne sukcesy oraz sukcesiki PiS. W kuluarach już się jednak mówi, że radni PiS muszą się trochę uspokoić i wyciszyć, bo się za bardzo rozbrykali, za bardzo poczuli wiatr w żaglach. Dlatego też pewnie przez najbliższe tygodnie radni PiS zamkną się w sobie i dadzą o sobie zapomnieć. Dla dobra sprawy. By nie przyćmić za bardzo blasku Michała Zaleskiego.

Czego najbardziej się jednak obawiają gospodarze? Ano tego, że gdy PiS już zrobi wszystko, co sobie zaplanował w tej kadencji, być może za rok lub półtora, wyjdzie z koalicji i w przypadku niektórych kwestii znajdzie wspólny język z PO. A wtedy może się zacząć jazda w radzie miasta i dociskanie prezydenta. Kilka dni temu blady strach ogarnął gospodarzy na wieść, że PiS i PO rozmawiają o dość delikatnej sprawie, czyli upamiętnieniu ofiar katastrofy smoleńskiej. W polityce nie ma nic za darmo. Co dostanie za to PO? Wcześniej czy później się dowiemy.

Problemów ze stołkami na pewno nie mają radni SLD. O trzyosobowym klubiku jest cicho. Nic dziwnego. Pod znakiem zapytania stoi przejście podziemne na pl. Rapackiego, sztandarowy projekt forsowany przez tę partię podczas wyborów samorządowych. Nienawidzę plotek. Ale coraz częściej mówi się, że nie jest najlepiej na linii Marian Frąckiewicz – Michał Zaleski. Poza tym podobno beton SLD ma bardzo dużo żalu do szefa rady miasta, że w urzędzie miasta nie udało się zdobyć choćby kilku stanowisk. Toruński SLD gaśnie.

Jego miejsce w radzie miasta zajmie Ruch Palikota. Mimo iż partia Palikota nie ma stołków w radzie oraz urzędzie miasta, jest coraz silniejszym graczem w toruńskiej polityce. To potencjalny koalicjant dla gospodarzy i PO. Dlatego też i jedni, i drudzy puszczają teraz oczko do ludzi Palikota. Kto okaże się lepszym amantem? To się okaże w najbliższej kampanii samorządowej.

MZK na rzecznika wzięło MuZyKa?

Zboczenie zawodowe kazało mi zgooglować Piotra Reicha, nowego rzecznika prasowego MZK. Czyżby “ustami” nowej miejskiej spółki został toruński hip-hopowiec Piker?

YouTube Preview Image

“Grzebiąc” jeszcze głębiej, można się dowiedzieć, że nowy rzecznik pracował do tej pory w MZK jako ślusarz-spawacz i skończył licencjat na WSB. Czekam więc na pierwszą rymowaną odpowiedź, np. dlaczego autobus linii nr 22 o numerze bocznym 666 spóźnił się o 5 minut, dlaczego motorniczy fuknął na pasażerkę, a kierowca “dziesiątki” zatrzasnął drzwi przed nosem gołowąsowi z GiLA.

Jeśli to wszystko, co piszę, się potwierdzi, wszem i wobec ogłoszę, że idzie nowe w Miejskim Zakładzie Komunikacji. A kto wie, może wkrótce wszyscy zapomną o Miejskim Zakładzie Karnym i wszystko będzie grać jak należy i rządzić będzie MuZyKa.

EDIT #1: Piotr Reich w rozmowie z Radiem Gra zdementował informacje, jakoby miał być Pikerem. Z jego profilu na nk.pl zniknął też dziś takowy pseudonim.

EDIT #2: A jednak przyznał się… Był Pikerem. Ale to już zamknięty rozdział. Teraz interesuje się koszykówką, a jego idolem jest Marcin Gortat.

EDIT #3: Rzecznik skutecznie czyści swoją przeszłość. Jego nagrania zniknęły z You Tube.

EDIT #4: Tak jak napisałem powyżej – w MZK idzie nowe i cieszę się, że spółka stawia na młodych i wykształconych ludzi, chce zmieniać toruńską komunikację, wprowadzać udogodnienia, itp. Chciałoby się, aby tempo tych zmian było większe, ale cóż – niektórych rzeczy nie da się przeskoczyć albo po prostu od czegoś trzeba zacząć. Szczytem moich marzeń nie jest “Pudelek”, lecz “Życie na gorąco”. A w której restauracji spożywał obiad?

Święto Demokracji w Toruniu

Tournée prezydenta Torunia to Święto Demokracji. Ważniejsze od samych wyborów samorządowych. Brakuje tylko wódki i jadła jak u naszych sąsiadów zza wschodniej granicy.

Dziewiąte tournée Michała Zaleskiego (źródło: um.torun.pl)

Jeszcze kilka lat temu byłem przekonany, że spotkania prezydenta z mieszkańcami to cenny element naszej małej, lokalnej demokracji. Ba! Twierdziłem nawet, że ten, kto się na nie nie wybierze, ten nie ma prawa narzekać na to, co się dzieje w mieście. Więcej jednak w tym wszystkim jest propagandy sukcesu, czy po prostu budowania i umacniania wizerunku prezydenta jako gospodarza, który jest blisko mieszkańców.

Zasadniczym błędem tych spotkań, który jest powtarzany od dziewięciu lat, jest to, że organizowane są one w lutym i marcu, gdy wszystko jest już po ptokach, budżet na dany rok jest uchwalony, nie ma już miejsca na wnioski, a o wielu zgłoszonych przez mieszkańców kwestiach i postulatach można mówić w kontekście kolejnego roku lub przyszłych lat. Na pewno lepszym rozwiązaniem byłoby zwoływanie takich zebrań przed uchwaleniem planu dochodów i wydatków. A najlepiej między jednym a drugim czytaniem projektu uchwały, kiedy swoje wnioski mogą zgłaszać radni czy rady okręgu. A najlepszym rozwiązaniem byłoby po prostu konsultowanie z mieszkańcami projektu budżetu. Ale do tego trzeba woli ze strony władz. Czy lutowo-marcowe spotkania mają utwierdzić mieszkańców w tym, kto tutaj rządzi? Komu mamy dziękować? Kto ma ostatnie słowo? W ogóle drażnią mnie te liczne podziękowania, ochy i achy dla władz – nie tylko tych toruńskich, na wszystkich szczeblach. Te niskie ukłony i składane hołdy (za dotację, odnowioną uliczkę, wyremontowany chodnik, docieploną szkołę, itp.) wyglądają czasem w ten sposób, jakby to nasi włodarze z własnej kieszeni wspaniałomyślnie nam coś fundowali. Za co mamy im dziękować? Za to, że lepiej lub gorzej wydają nasze pieniądze? Wiem, że to, co napiszę, będzie banalne. Ale to przecież my jesteśmy pracodawcami. My zatrudniamy wójtów, burmistrzów, prezydentów. I tu paradoks. Zachowujemy się jak petenci lub zgadzamy się na odgrywanie takiej roli.

Ten dialog prezydenta z mieszkańcami nie jest prosty. Podobnie jak proste nie było niedawne tournée premiera w Tuskobusie, gdy dzień w dzień słyszał pytania typu: “Jak żyć?” Ale w ten sposób zdobywa się dodatkowe punkty, buduje się wśród mieszkańców przekonanie, że włodarz nie boi się konfrontacji, nie boi się trudnych tematów, krytyki. A Michał Zaleski w specyficzny sposób prowadzi te spotkania. Nie ma tam za bardzo miejsca na polemikę i gorącą dyskusję. Gdzie więc jest miejsce na taką wymianę zdań? Ponadto z tych spotkań płynie niewiele wniosków. To forum dla drobnych spraw: dziura, koleiny, zmiana trasy autobusu, ułożenie kanalizacji, ustawienie latarni. Wiem, że dla osób, które je zgłaszają, są one najważniejsze na świecie, istotniejsze niż mosty, hale i średnicówki razem wzięte. Ale o kluczowych inwestycjach w ogóle się nie dyskutuje albo po prostu oznajmia się, że coś będzie lub jest budowane. I tyle.

Oprócz tego uczestnicy nie mają, co liczyć na szczegółowe i wyczerpujące informacje. Duży stopień ogólności odpowiedzi, jakie można usłyszeć na pytania zadawane przez mieszkańców, doskonale prezentują relacje z zebrań na stronie miejskiej. Czytamy tam: “Czy na stary most drogowy mógłby powrócić tramwaj? Przynajmniej do Dworca Głównego. Miasto powinno przywrócić tramwaj na lewobrzeżu, bo tu jest duży potencjał rozwojowy miasta. Od wielu lat nic się w tej sprawie nie dzieje, a powinno. (Analizy ekonomiczne wykluczają to działanie. Nie ma możliwości przywrócenia tramwaju do Dworca Głównego)”.

To coś w nawiasie, to odpowiedź miasta. Wyczerpująca, szczegółowa, poparta analizami, liczbami, statystykami opracowanymi przez ekspertów. Nie było mnie na spotkaniu na Stawkach i Podgórzu, gdzie była poruszana ta kwestia. Ale pewnie mieszkaniec, który zadał to pytanie, usłyszał niewiele więcej. O przywróceniu torowiska tramwajowego do  dworca Toruń Główny mówi się od wielu lat. Słyszałem wiele opcji, zapowiedzi, widziałem nawet kreski na mapach. Ale do tej pory chyba nikt nie mówił o jakichkolwiek analizach ekonomicznych. Co więcej, nie było takich jednoznacznych deklaracji, że nie ma możliwości przywrócenia linii na moście i ul. Kujawskiej. Ciekaw jestem, jak więc wyglądają analizy ekonomiczne dla linii tramwajowej do Portu Drzewnego. Czy w tym przypadku też możemy liczyć tylko na Słowo Pańskie, że w tym przypadku inwestycja ma uzasadnienie ekonomiczne? Kilka tygodni temu próbowałem dotrzeć do kluczowych dokumentów dla trasy do Portu Drzewnego. Niestety, bezskutecznie.

A wracając do spotkań… Pewnie to, co napiszę będzie niesprawiedliwe i krzywdzące, ale ich oprawa coraz bardziej kojarzy mi się z wyborami zza naszej wschodniej granicy. Te spotkania zamieniają się powoli w Święto Demokracji. Do tej pory niepełnosprawni mogli liczyć na bezpłatny transport przy okazji wyborów. Ale to nie wszystko. Pomyślano też o maluchach, które mogą się pobawić w kąciku dla najmłodszych, gdy ich rodzice spełniają swój obywatelski obowiązek. To nie koniec. Jest też kawa, herbata, mleko, cytryny, a nawet cukier. No i mnóstwo papierów, ankiet, ulotek. Żyć, nie umierać.

Cytat tygodnia. W Toruniu jak w Berlinie

Na wczorajszej sesji toruńscy radni grzebali w bebechach projektu sali koncertowej. Ale żaden z rajców nie popisał się taką błyskotliwością jak wiceprezydent Zbigniew Fiderewicz.

“Chcielibyśmy, aby w naszej sali, która ma futurystyczny kształt i rozwiązania, odbywały się takie imprezy jak w Berlinie czy Mediolanie. Dziś nie możemy powiedzieć, ile będzie się imprez rocznie. Chcemy, aby sala zarabiała na siebie. To będzie zależało od przedsiębiorczości zespołu, który będzie nią zarządzać i od tego, czy będzie zapotrzebowanie na tego typu imprezy w mieście”.

Tym razem bez komentarza.